– Widzieli, jak mnie napadnięto?
– Twierdzą, że wpadłeś w zaułek i nie widzieli, co się tam działo. Obserwowali klub.
– I Adam tam był?
– Tak utrzymują. Jednak nie chcieli powiedzieć mi nic więcej. Nie wiem, czy widzieli, jak wychodził. Jednak nie miej złudzeń. Oni chcą znaleźć waszego syna. Chcą, by obciążył klub Jaguar lub osobę, która go prowadzi. Mówią, że Adam jest jeszcze dzieckiem. Jeśli będzie współpracował, dostanie tylko po łapach.
– Co im powiedziałaś? – spytała Tia.
– Najpierw odtańczyłam rytualny taniec. Zaprzeczyłam, że wasz syn wie cokolwiek o tych prywatkach lub twoich receptach. Potem zapytałam, co konkretnie oznacza ich oferta w kategoriach zarzutów i wyroku. Nie umieli podać żadnych konkretów.
– Adam nie ukradłby blankietów recept Mike'a – oświadczyła Tia. – Jest na to za mądry.
Hester tylko obrzuciła ją pokerowym spojrzeniem. Tia zrozumiała, jak naiwnie zabrzmiały jej słowa.
– Znacie stawkę – kontynuowała Hester. – Nieważne, co wymyślicie lub co ja sądzę. Mówię, jaka jest ich teoria. I mają środek nacisku. Pana, doktorze Baye.
– Jak to?
– Udają, że nie są zupełnie przekonani, że nie brał pan w tym udziału. Przypominają, że – na przykład – zeszłej nocy szedł pan do klubu Jaguar, gdy wdał się pan w bójkę z kilkoma mężczyznami kręcącymi się w pobliżu. Skąd wiedział pan o istnieniu tego miejsca, jeśli nie był pan w to zamieszany? Dlaczego znalazł się pan w tej okolicy?
– Szukałem syna.
– A skąd pan wiedział, że syn tam jest? Proszę nie odpowiadać, wszyscy wiemy. Jednak rozumie pan, czego chcę dowieść. Mogą zbudować sprawę, opierając się na założeniu, że był pan w zmowie z tą Rosemary McDevitt. Jest pan dorosły i jest pan lekarzem. FBI miałoby fajne nagłówki w gazetach, a pan długo posiedziałby w więzieniu. A jeśli jest pan na tyle głupi, by sądzić, że może pan wziąć na siebie winę Adama, no cóż… równie dobrze mogą twierdzić, że robiliście to obaj. Adam zaczął. Chodził na te prywatki. Razem z tą panienką z klubu dostrzegli okazję zbicia forsy dzięki lekarzowi. Namówili pana.
– To idiotyzm.
– Wcale nie. Mają pańskie recepty. Z ich punktu widzenia to solidny dowód. Czy pan wie, o jakie tu chodzi pieniądze? Oxycontin jest wart fortunę. Podrabiane recepty stają się istną plagą. A pan, doktorze Baye, byłby wspaniałym kozłem ofiarnym. Stałby się pan sztandarowym przykładem tego, że należy zachować ostrożność przy wypisywaniu recept. Pewnie wyciągnęłabym pana z tego. Prawdopodobnie. Tylko jakim kosztem?
– Zatem co pani radzi?
– Chociaż wzdragam się na myśl o współpracy myślę, że to może być nasze najlepsze wyjście. Jednak na to jest jeszcze za wcześnie.
Teraz musimy znaleźć Adama. Przyciśniemy go i dowiemy się, co dokładnie zaszło. Potem, znając fakty, podejmiemy decyzję.
■ ■ ■
Loren Muse wręczyła Neilowi Cordovie fotografię.
– To Reba – powiedział.
– Tak, wiem – odparła Muse. – To zdjęcie zrobione przez kamerę w sklepie Target, w którym wczoraj robiła zakupy.
Podniósł głowę.
– W czym nam to pomoże?
– Czy widzi pan tamtą kobietę?
Muse pokazała ją wskazującym palcem.
– Tak.
– Zna ją pan?
– Nie, nie sądzę. Macie zdjęcie zrobione pod innym kątem?
Muse podała mu drugą fotografię. Neil Cordova skupił się, chcąc znaleźć coś konkretnego, co mogłoby pomóc. Jednak tylko pokręcił głową.
– Kim ona jest?
– Mamy świadka, który widział, jak pańska żona wsiadła do furgonetki, a inna kobieta odjechała acurą Reby. Pokazaliśmy temu świadkowi nagrania z kamery. Twierdzi, że to ta kobieta.
Cordova spojrzał ponownie.
– Nie znam jej.
– W porządku, panie Cordova, dziękuję. Zaraz wrócę.
– Mogę zatrzymać to zdjęcie? Na wypadek gdyby coś mi się przypomniało?
– Pewnie.
Gapił się na nie wciąż oszołomiony po zidentyfikowaniu zwłok.
Muse wyszła z pokoju. Ruszyła korytarzem. Recepcjonistka wpuściła ją, pomachawszy ręką. Muse zapukała do drzwi gabinetu szefa, Paula Copelanda. Zawołał, żeby wejść.
Cope siedział przy stoliku z monitorem. W biurze prokuratora hrabstwa nie było weneckich luster w pokojach przesłuchań. Zastępowały je kamery. Cope przyglądał się rozmowie z Neilem Cordovą. Nadal nie odrywał oczu od ekranu, obserwując go.
– Wyszło jeszcze coś – powiedział do niej.
– Tak?
– Marianne Gillespie zatrzymała się w Travelodge w Livingston. Miała wymeldować się dziś rano. Mamy również kogoś z personelu hotelowego, który widział, że Marianne przyjęła jakiegoś mężczyznę.
– Kiedy?
– Nie był pewien, ale wydawało mu się, że cztery lub pięć dni temu, mniej więcej wtedy, kiedy się zameldowała.
Muse skinęła głową.
– To ogromny postęp.
Cope wciąż nie odrywał oczu od monitora.
– Może powinniśmy zorganizować konferencję prasową. Powiększyć zdjęcie tej kobiety. Zobaczyć, czy ktoś zdoła ją rozpoznać.
– Może. Nienawidzę ujawniać mediom wyników dochodzenia, jeśli nie muszę.
Cope nadal przyglądał się mężowi zaginionej na monitorze. Muse zastanawiała się, o czym myśli. Cope też miał za sobą tragiczne chwile, w tym śmierć pierwszej żony. Muse rozejrzała się po gabinecie. Na stole stało pięć nowych iPodów, jeszcze w pudełkach.
– Co to? – zapytała.
– iPody.
– Wiem. Pytam, po co ci one?
Cope nie spuszczał z oka Cordovy.
– Niemal mam nadzieję, że to on.
– Cordova? On tego nie zrobił.
– Wiem. Prawie czuje się jego ból.
Cisza.
– Te iPody są dla druhen – powiedział Cope.
– Słodkie.
– Może powinienem z nim pogadać.
– Z Cordovą?
Cope skinął głową.
– To mogłoby pomóc.
– Lucy lubi smutne piosenki – rzekł. – Wiesz o tym, prawda?
Chociaż miała być druhną, Muse nie znała Lucy zbyt długo i – pod wieloma względami – aż tak dobrze. Mimo to skinęła głową, ale Cope wciąż patrzył w ekran.
– Co miesiąc wypalam jej nową płytkę kompaktową. To śmieszne, wiem, ale ona to lubi. Tak więc co miesiąc szukam absolutnie najsmutniejszych piosenek, jakie zdołam znaleźć. Łamiących serce. Na przykład w tym miesiącu mam Congratulations Blue October oraz Seed Angie Aparo.
– Nigdy ich nie słyszałam.
Uśmiechnął się.
– Och, usłyszysz. Ten prezent. Listy utworów zostały załadowane do iPodów.
– Wspaniały pomysł – pochwaliła Muse.
Poczuła lekkie ukłucie zazdrości. Cope wypalał płyty kompaktowe dla ukochanej. Ależ z niej szczęściara!
– Kiedyś zastanawiałem się, dlaczego Lucy tak bardzo lubi te piosenki. Rozumiesz, o czym mówię? Siedzi po ciemku, słucha ich i płacze. Muzyka tak na nią działa. Nie pojmowałem tego. A w zeszłym miesiącu? Znalazłem tę piosenkę Missy Higgins. Znasz ją?
– Nie.
– Jest świetna. Wystrzałowa muzyka. Ta piosenka mówi o byłym ukochanym i o tym, że chociaż wie, że nie powinna, to nie może znieść myśli, że dotykają go dłonie innej.
– Smutne.
– Właśnie. A Lucy jest teraz szczęśliwa, prawda? Chcę powiedzieć, że jest nam tak dobrze. W końcu odnaleźliśmy się i bierzemy ślub. Dlaczego więc ona wciąż słucha tych smutnych piosenek?
– Pytasz mnie?
– Nie, Muse, ja ci coś wyjaśniam. Długo nie mogłem tego zrozumieć. Teraz już wiem. Te smutne piosenki to bezpieczny ból. Odwracają uwagę. W kontrolowany sposób. Być może pozwalają sobie wyobrazić, że prawdziwe cierpienie będzie podobne. Nie będzie. Oczywiście, Lucy o tym wie. Nie można się przygotować na prawdziwe cierpienie. Musisz pozwolić, żeby rozdarło cię na strzępy.