Выбрать главу

Czy nie było prawdopodobne, że Brett może wiedzieć więcej, niż mówi?

■ ■ ■

– Halo?

– Mike? – odezwała się Ilene Goldfarb.

Mike patrzył, jak Tia i Brett wchodzą do domu. Przycisnął telefon do ucha.

– Co się dzieje? – zapytał wspólniczkę.

– Rozmawiałam z Susan Loriman o biologicznym ojcu Lucasa.

To zaskoczyło Mike'a.

– Kiedy?

– Dzisiaj. Zadzwoniła do mnie. Spotkałyśmy się na obiedzie.

– I?

– I to ślepa uliczka.

– Prawdziwy ojciec?

– Tak.

– Jak to?

– Chciała, żeby zostało to między nami.

– Nazwisko ojca? Niedobrze.

– Nie chodzi o nazwisko ojca.

– To o co?

– Podała mi powód, dla którego akurat to podejście absolutnie nic nam nie da.

– Nie nadążam – rzekł Mike.

– Po prostu mi zaufaj. Wyjaśniła mi sytuację. To ślepy zaułek.

– Nie rozumiem, jak to możliwe.

– Ja też nie rozumiałam, dopóki Susan mi tego nie wyjaśniła.

– I chce, żeby ten powód zachować w tajemnicy?

– Zgadza się.

– Zatem zakładam, że to coś kłopotliwego. Dlatego chciała porozmawiać z tobą, a nie ze mną.

– Nie nazwałabym tego kłopotliwym.

– A jak?

– To brzmi tak, jakbyś nie ufał mojej ocenie sytuacji.

Mike przyłożył komórkę do drugiego ucha.

– Zwykle, Ilene, zaufałbym ci, nawet gdyby chodziło o moje życie.

– Jednak…?

– Jednak właśnie byłem przesłuchiwany przez połączone siły DEA i prokuratury.

Cisza.

– Z tobą też rozmawiali, prawda? – zapytał Mike.

– Owszem.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś?

– Ponieważ mi zabronili. Powiedzieli, że rozmawiając z tobą, zaszkodziłabym ważnemu śledztwu. Zagrozili mi procesem sądowym i utratą praktyki, jeśli coś ci powiem.

Mike milczał.

– Pamiętaj o tym – dodała Ilene z odrobiną irytacji w głosie – że moje nazwisko również widnieje na tych receptach.

– Wiem.

– Co się, do diabła, dzieje, Mike?

– To długa historia.

– Czy zrobiłeś to, co oni utrzymują?

– Proszę, powiedz mi, że nie pytasz poważnie.

– Pokazali mi nasze recepty. Dali mi listę przepisanych środków. Żaden z tych ludzi nie jest naszym pacjentem. Do diabła, połowy tych specyfików nigdy nie przepisujemy.

– Wiem.

– Tu chodzi i o moją karierę. Ja otworzyłam tę praktykę. Wiesz, co ona dla mnie znaczy.

W jej głosie usłyszał nutę żalu, którego źródłem były jakieś głębsze powody.

– Przykro mi, Ilene. Ja też próbuję jakoś dojść z tym do ładu.

– Myślę, że należy mi się coś więcej niż tylko „to długa historia”.

– Prawdę mówiąc, sam jeszcze nie wiem, o co chodzi. Adam zaginął. Muszę go odnaleźć.

– Jak to zaginął?

Szybko zapoznał ją z faktami.

– Nie chcę zadawać oczywistego pytania – powiedziała, kiedy skończył.

– To nie zadawaj.

– Nie chcę stracić mojej praktyki, Mike.

– To nasza praktyka, Ilene.

– Racja. Zatem gdybym w jakiś sposób mogła pomóc znaleźć Adama… – zaczęła.

– Dam ci znać.

■ ■ ■

Nash zatrzymał furgonetkę przed apartamentem Pietry w Hawthorne.

Musieli odpocząć od siebie. Rozumiał to. Pojawiły się pęknięcia. Zawsze będą z sobą związani – nie w taki sposób jak on z Cassandrą, w żadnym razie. Jednak coś ich łączyło, jakaś więź, która raz po raz dawała o sobie znać. Zapewne zaczęło się to jako rodzaj rewanżu, wdzięczności za ocalenie z tamtego okropnego miejsca, ale może ona po prostu nie chciała, by ją ocalił. Może ocalenie stało się dla niej przekleństwem i teraz to on był jej dłużnikiem, a nie odwrotnie.

Pietra spojrzała za okno.

– Nash?

– Tak?

Podniosła dłoń do gardła.

– Ci żołnierze, którzy zamordowali moją rodzinę. I robili im te okropne rzeczy. I mnie…

Zamilkła.

– Słucham – powiedział.

– Myślisz, że wszyscy ci żołnierze byli mordercami, gwałcicielami i sadystami, tak że robiliby takie rzeczy, nawet gdyby nie było wojny?

Nash nic nie powiedział.

– Ten, którego złapaliśmy, był piekarzem – kontynuowała. – Kupowaliśmy w jego sklepie. Cała nasza rodzina. Uśmiechał się. Dawał nam lizaki.

– Do czego zmierzasz?

– Gdyby nie wojna, oni żyliby normalnie. Byliby piekarzami, kowalami lub stolarzami. Nie zabójcami.

– I myślisz, że ciebie też to dotyczy? Sądzisz, że nadal byłabyś aktorką?

– Nie pytam o siebie, tylko o tych żołnierzy.

– Dobrze, w porządku. Jeśli dobrze zrozumiałem, uważasz, że presja wojny wyjaśnia ich zachowanie.

– A ty tak nie uważasz?

– Nie.

Powoli obróciła głowę i spojrzała na niego.

– Dlaczego nie?

– Ty twierdzisz, że wojna zmusiła ich do postępowania sprzecznego z ich naturą.

– Tak.

– Może jednak było wprost przeciwnie. Może wojna wyzwoliła ich prawdziwą naturę. Może to społeczeństwo, a nie wojna, zmusza człowieka do zachowania sprzecznego z jego naturą.

Pietra otworzyła drzwi i wysiadła. Patrzył, jak znika w budynku. Uruchomił silnik i ruszył do swego następnego miejsca przeznaczenia. Pół godziny później zaparkował na bocznej uliczce między dwoma domami wyglądającymi na puste. Nie chciał, by ktoś zauważył furgonetkę na parkingu.

Przykleił sztuczne wąsy i nałożył czapeczkę baseballową. Przeszedł trzy przecznice dalej do dużego budynku z cegły, który sprawiał wrażenie opuszczonego. Nash był pewien, że drzwi frontowe są zamknięte. Jednak w bocznych drzwiach tkwiło pudełko zapałek, które je blokowało. Otworzył drzwi i ruszył schodami w dół.

Korytarz był obwieszony dziecinnymi pracami, głównie rysunkami. Na tablicy wisiało kilka wypracowań. Nash przystanął i przeczytał kilka z nich. Były napisane przez trzecioklasistów i wszystkie opisywały ich samych. Tego dzisiaj uczy się dzieci. Myśl tylko o sobie. Jesteś fascynujący. Jesteś kimś wyjątkowym, jedynym i nikt, ale to absolutnie nikt nie jest zwyczajny, co – jeśli się zastanowić – czyni wszystkich zwyczajnymi.

Wszedł do klasy na dole. Joe Lewiston siedział ze skrzyżowanymi nogami na podłodze. W ręku miał kilka kartek, a w oczach łzy. Spojrzał na wchodzącego Nasha.

– To na nic – powiedział Joe Lewiston. – Ona wciąż przysyła mi te e – maile.

32

Muse ostrożnie przesłuchała córkę Marianne Gillespie, ale Yasmin nic nie wiedziała.

Yasmin nie widziała się z matką. Nawet nie wiedziała, że ona wróciła do miasta.

– Myślałam, że jest w Los Angeles – powiedziała.

– Tak ci mówiła? – spytała Muse.

– Tak. – I zaraz się poprawiła: – No, przysłała mi e – mail.

Muse przypomniała sobie, że Guy Novak mówił to samo.

– Masz go jeszcze?

– Mogę sprawdzić. Czy Marianne nic nie jest?

– Mówisz do matki po imieniu?

Yasmin wzruszyła ramionami.

– Ona naprawdę nie chciała być matką. Doszłam do wniosku, że po co jej o tym przypominać? Dlatego nazywam ją Marianne.