– Romantyk z ciebie – odparłem. – A co z ubogimi Sardyńczykami, którzy porywają dziecko z biednej, sardyńskiej wioski i wymuszając okup, sprawiają, że tamtejsi mieszkańcy stają się jeszcze ubożsi?
– Nikt, kurka, nie jest doskonały.Właśnie dlatego z początku sprzeciwiał się przyjęciu mnie do firmy i pomimo iż uważał się za lepszego ode mnie – pod każdym względem – gdy zdarzyło się nam wspólnie pracować, nie było między nami żadnych zgrzytów. Przedzierał się przez umysły przestępców jak przez pole minowe, lecz wolał, abym to ja zajmował się rodzinami ofiar.
– Kiedy jesteś z nimi, jakoś się, kurka, trzymają. Jeżeli ja zaczynam im klarować, co mają robić, od razu, Cholerka, pękają.
Najbardziej lubił współpracować z mundurowymi, którzy z miejsca darzyli go olbrzymim poważaniem i szacunkiem. Mówi się, że armiami dowodzą dobrzy sierżanci, i faktycznie muszę przyznać, że Tony miał wielki posłuch u ludzi. Wystarczyło, że spojrzał groźnie, i zaraz robiło się cicho jak makiem zasiał.
W SAS nie zezwalano na przedłużanie okresu służby i kiedy w końcu wykopano go z uwagi na wiek, Tony nie miał co z sobą zrobić. Zaczął się nudzić.
Wreszcie ktoś podszepnął mu, że istnieje możliwość, aby powalczyć z terrorystami w nieco inny sposób, a Liberty Market nigdy nie pożałowała, że przyjęła go w swoje szeregi.
– Widziałeś, że wpisałem cię na moje miejsce na nocny dyżur w niedzielę? – zapytał.
Skinąłem głową.
– Żona przygotowała piórkowane przyjęcie z okazji rocznicy i gdybym miał stawić się wtedy na dyżur, byłaby nielicho najeżona.
– W porządku – rzekłem.
Był niski jak na żołnierza – powiedział mi kiedyś, że to bywało przydatne, gdy musiał udawać kobietę.
Jasne włosy, niebieskie oczy, koci chód, fanatyczne zamiłowanie do ćwiczeń fizycznych – to właśnie on nakłonił wszystkich, aby w piwnicy utworzyć siłownię, a potem jeszcze namawiał ich, by z niej korzystali. Nie mówił nigdy, skąd pochodził, choć sądząc po akcencie, z jednej z mroczniej szych dzielnic Londynu.
– Kiedy wróciłeś? – spytałem. – Słyszałem, że ostatnio byłeś w Kolumbii.
– Pod koniec tygodnia.
– I jak było? – zapytałem.
Skrzywił się. – Wyciągnęliśmy tych zafajdanych zakładników i przeprowadziliśmy w bezpieczne miejsce, aż tu nagle miejscowe gliny tak się podjarały, że zaczęły pruć do terrorystów jak do kaczek, mimo że ci wyszli, kurka, z rękoma w górze i chcieli się poddać. – Pokręcił głową. – Tym dzikusom za szybko zaciskają się palce na spuście. Większość z nich to kompletne matoły. Skończone jełopy, nie ma co.
Strzelanie do poddających się terrorystów było, moim zdaniem, szczytem głupoty i w tym przypadku zgodziłem się z Tonym Vinem. Takie wieści rozchodziły się jak błyskawica i następna grupa terrorystów, mając świadomość, że gliny i tak ich rozwalą, nieważne, czy sprzątną swoje ofiary, czy nie, najprawdopodobniej zdecyduje się urządzić krwawą łaźnię.
Ominęło mnie poniedziałkowe zebranie, na którym poruszony był ten właśnie temat, ale miałem jeszcze do napisania raport dotyczący przebiegu wydarzeń w Bolonii. Przesiedziałem nad nim całą sobotę i część niedzielnego poranka, po czym pokonałem sto parę kilometrów na zachód, aby dotrzeć do Lambourn.
Popsy Teddington mieszkała, jak się okazało, w wysokim, białym domu nieomal w samym środku wioski; przy domu, który równie dobrze mógłby pasować do londyńskiego przedmieścia, rozciągały się od frontu rozległe stajnie. Aż do teraz nie pomyślałbym nawet, że stajnie koni wyścigowych mogą znajdować się wewnątrz wioski, lecz kiedy o tym wspomniałem, Popsy odparła z uśmiechem, że powinienem zobaczyć Newmarket – konie trzymano tam w miejscach, gdzie w innych miasteczkach stały zwykle garaże, szklarnie i szopy.
Gdy nadjechałem, stała na zewnątrz, nachylając się nad mierzącym półtora metra mężczyzną, który wyglądał na zadowolonego, że coś odwróciło jej uwagę.
– Zajmij się tym, Sammy. Powiedz im, że na to nie pójdę – rzekła z naciskiem, gdy otworzyłem drzwiczki auta. Odwróciła głowę w moją stronę i przez chwilę jej czoło zmarsowiało, jakby zastanawiała się, kim jestem. – Ach, tak, przyjaciel Alessi. Alessia jest gdzieś z tyłu. Proszę za mną.
Przeprowadziła mnie obok domu i stajni i oto nagle oczom naszym ukazał się nieduży, otoczony niskim parkanem padok, na którym powoli cwałowała na koniu drobna dziewczyna pod czujnym okiem drugiej, stojącej nieopodal.
Nieduży padok wydawał się ściśnięty pomiędzy tylnymi ścianami stajni i innych budynków, a porastająca go trawa najlepsze dni miała już za sobą.
– Mam nadzieję, że zdoła jej pan pomóc – rzekła bez ogródek Popsy, gdy podeszliśmy bliżej. – Nigdy jej takiej nie widziałam. To bardzo niepokojące.
– To znaczy? – spytałem.
– Jest taka niestabilna. Niepewna. Wczoraj nie chciała nawet pojeździć na powrózku, choć zawsze to robi, kiedy mnie odwiedza, zresztą proszę na nią spojrzeć, to ona powinna teraz trenować, a nie przyglądać się, jak sobie radzi moja stajenna.
– Czy dużo opowiadała o tym, co ją spotkało? – zapytałem.
– Ani słowa. Uśmiecha się tylko od ucha do ucha i powtarza, że jest już po wszystkim…
Alessia odwróciła się lekko, gdy podeszliśmy bliżej, a mój widok sprawił jej chyba sporą radość.
– Już się bałam, że nie przyjedziesz.
– Niepotrzebnie.
Miała umalowane usta, a na sobie dżinsy i koszulę w kratę, ale po sześciu tygodniach w słabym świetle wciąż jeszcze wydawała się nienaturalnie blada. Popsy krzyknęła do stajennej, żeby odprowadziła konia do stajni.
– Chyba że ty, moja droga, chciałabyś… – zwróciła się do Alessi. – Może jednak?
Alessia pokręciła głową. – Może jutro?
Zabrzmiało to, jakby naprawdę miała taki zamiar, ale widziałem, że Popsy w to nie wierzy. Objęła Alessię matczynym gestem i uściskała.
– Rób, co chcesz, moja droga. A co powiesz na coś do picia dla naszego spragnionego wędrowca? – Zwróciła się do mnie: – Kawa? Whisky? Spirytus?
– Wino – odparła Alessia. – Wiem, że Andrew lubi wino. Przeszliśmy do domu: ciemne, starodawne meble, wytarte indyjskie dywaniki, wypłowiały perkal, z każdego okna widok na konie.
Popsy szczodrze nalała do kryształowych kieliszków włoskiego wina i dodała, że jeśli wykażemy się odrobiną cierpliwości, usmaży steki. Alessia odprowadziła ją wzrokiem, a kiedy Popsy zniknęła w kuchni, powiedziała do mnie:
– Jestem dla niej tylko utrapieniem. Niepotrzebnie przyjechałam.
– Mylisz się, i to w obu kwestiach – odparłem. – To oczywiste, że ona cieszy się z twojej obecności.
– Sądziłam, że tutaj dojdę do siebie… Że poczuję się inaczej. To znaczy, że wydobrzeję.
– Z pewnością, choć to jeszcze trochę potrwa.
Spojrzała na mnie. – Martwię się, że nie mogę… nie mogę po prostu z tego wyjść.
– Tak jak się wychodzi z zapalenia płuc?
– To co innego – zaprotestowała.
– Sześć tygodni bez słonecznego światła, ćwiczeń fizycznych, normalnego jedzenia, za to na regularnej diecie złożonej z proszków nasennych nie mogło wpłynąć pozytywnie na twój stan zdrowia.
– Ale… nie chodzi tylko o mój stan… fizyczny.
– Jedno i drugie łączy się ze sobą, ale od czegoś trzeba zacząć. – Napiłem się wina. – Jak twoje sny?
Wzdrygnęła się. – Prawie w ogóle nie sypiam. Ilaria powiedziała, że przynajmniej przez pewien czas powinnam jeszcze brać środki nasenne, aleja nie chcę… mierzi mnie na samą myśl o nich… A kiedy już zasypiam… dręczą mnie koszmary… i budzę się zlana zimnym potem.
– A może chciałabyś – zapytałem obojętnym tonem – abym zaprowadził cię do psychiatry? Znam naprawdę dobrego specjalistę.
– Nie – odparła instynktownie. – Nie zwariowałam. Po prostu… nie czuję się dobrze.
– Nie musisz być umierająca, aby wybrać się do lekarza. Pokręciła głową. – Nie chcę.
Usiadła na dużej sofie, stopy oparła na blacie stolika do kawy; wyglądała na poważnie zmartwioną.
– To z tobą chciałam pomówić, a nie z jakimś psychiatrą. Ty rozumiesz, co się wydarzyło, a jakiś nieznajomy lekarz może uznać, że przesadzam. Wiesz, że mówię prawdę, podczas gdy on będzie zakładał, że fantazjuję, dramatyzuję, czy Bóg wie co jeszcze, i będzie szukał z założenia mylnych rozwiązań moich problemów. Miałam przyjaciółkę, która poszła kiedyś do specjalisty… Opowiadała mi, że poczuła się dość dziwnie – chciała tylko rzucić palenie, a ten lekarz wciąż wmawiał jej, że czuje się nieszczęśliwa, ponieważ tłumi w sobie kazirodcze uczucia wobec własnego ojca.