Выбрать главу

Spróbowała skwitować te słowa śmiechem, lecz doskonale zrozumiałem, o co jej chodzi. Psychiatrzy byli przyzwyczajeni do tego, że ich pacjenci stosują wypaczenia, wyparcia i uniki, i próbowali doszukiwać się ich w najprostszym nawet stwierdzeniu.

– Mimo to uważam, że przydałaby ci się pomoc fachowca – rzekłem.

– Ty jesteś przecież fachowcem.

– Nie.

– Ale to właśnie ciebie chcę… ojej… – przerwała nagle, zakłopotana i zażenowana. – Przepraszam… Ty może jednak nie chcesz… Ależ głuptas ze mnie.

– Wcale tego nie powiedziałem. Mówiłem tylko… – nie dokończyłem. Wstałem, podszedłem i usiadłem obok niej na sofie, blisko, ale nie na tyle, aby jej dotknąć. – Postaram się rozwikłać dla ciebie tyle węzłów, ile tylko zdołam, i będę to robić tak długo, jak tylko zechcesz. Potraktuj to jak obietnicę. I przyjemność, a nie obowiązek czy pracę. Ale ty także musisz mi coś obiecać.

– Co takiego? – spytała, zerkając na mnie, po czym odwróciła wzrok.

– Że jeśli nie będę ci mógł pomóc, zwrócisz się z tym do kogoś innego.

– Do psychiatry?

– Tak.

Wlepiła wzrok w swoje buty. – No dobrze – rzekła, zaś ja, jak każdy psychiatra, zacząłem się w tej chwili zastanawiać, czy nie kłamie.

Popsy zrobiła naprawdę pyszne, soczyste steki, a Alessia zjadła swojego połowę.

– Musisz nabrać sił, moja droga – rzekła Popsy bez owijania w bawełnę. – Tak ciężko pracowałaś na swój sukces. A jednak udało ci się go osiągnąć. Chyba nie chcesz, żeby ci wszyscy ambitni młodzi dżokeje zajęli twoje miejsce, a zrobią to, jeżeli tylko dasz im po temu okazję…

– Dzwoniłam już do Mike’a – odparła. – Powiedziałam… że potrzebuję czasu.

– A teraz, moja droga – ciągnęła swoje Popsy – pójdziesz i zadzwonisz do niego znowu, i powiesz mu, że za tydzień od dziś znów będziesz w formie. Zapewnisz go, że najdalej za tydzień będziesz gotowa wziąć udział w wyścigu.

Alessia spojrzała na nią ze zgrozą. – Jestem za słaba, aby utrzymać się w siodle… a co dopiero się ścigać.

– Moja droga, komu jak komu, ale tobie akurat ikry nie brakuje. Jeżeli tylko będziesz chciała, zrobisz to.

Sądząc po wyrazie twarzy Alessi, sama nie bardzo wiedziała, czy tego chce.

– Kto to jest Mike? – spytałem.

– Mike Noland – odparła Popsy. – Trener, dla którego Alessia często jeździła w Anglii. Mieszka tu, w Lambourn, całkiem niedaleko, przy końcu drogi.

– Powiedział, że rozumie – wtrąciła słabo Alessia.

– Oczywiście, że rozumie. Kto by nie rozumiał? Mimo to, moja droga, jeśli chcesz odzyskać swoje konie i znów się na nich pościgać, musisz o to zadbać. Musisz trochę powalczyć. Pokazać, że naprawdę tego chcesz.

Mówiła z przejęciem, ale z zachowaniem zdrowego rozsądku i trzeźwego rozumowania, jak niemal wszyscy ludzie, którzy nigdy nie znaleźli się na granicy kompletnego załamania. Wydawało mi się, że poczułem drżenie płynące od miejsca, gdzie siedziała Alessia, i podniosłem się powoli z zapytaniem, czy mogę pomóc w wyniesieniu do kuchni pustych talerzy i naczyń.

– Oczywiście – odparła Popsy i także wstała. – Jest jeszcze ser, gdybyście chcieli…

Alessia powiedziała, że w niedzielne popołudnia konie śpią podobnie jak ludzie, ale mimo to po wypiciu kawy i tak obeszliśmy całe podwórze dokoła, poklepując przyjaźnie napotkane tam wierzchowce.

– Nie dam rady w ciągu tygodnia wrócić do formy – poskarżyła się Alessia. – Sądzisz, że powinnam spróbować?

– Myślę, że powinnaś przynajmniej spróbować znów zasiąść w siodle.

– A jeśli nie mam już do tego serca? Jeżeli z tych nerwów cała się wypaliłam?

– Przekonaj się.

– Niewielka to pociecha. – Jakby od niechcenia pogłaskała jednego z koni po nosie, nie okazując nawet odrobiny lęku przed jego zębami. – A ty, jeździsz konno? – spytała.

– Nie – odparłem. – I… ee… nigdy nawet nie byłem na wyścigach.

Zdumiała się. – Nigdy?

– Ale często oglądałem gonitwy w telewizji.

– To nie to samo. – Przez chwilę dotykała policzkiem końskiego pyska. – A chciałbyś pójść?

– Z tobą tak, i to bardzo.

Nagle jej oczy wypełniły się łzami, których pozbyła się kilkoma szybkimi nerwowymi mrugnięciami. – No i widzisz – rzekła. – Zawsze to samo. Wciąż to samo. Jedno miłe słowo… i coś we mnie pęka. Staram się… naprawdę się staram zachowywać przyzwoicie, ale wiem, że to tylko gra… a pod tym wszystkim kryje się otchłań… z której wypełzają rozmaite emocje, w rodzaju niczym nie uzasadnionego szlochu, wzruszenia bez powodu, tak jak teraz.

– Ta twoja gra – odparłem – jest warta Oscara.

Przełknęła ślinę, pociągnęła nosem i palcami otarła wilgotne od łez oczy.

– Popsy jest taka dobra – rzekła. – Często się u niej zatrzymuję. – Przerwała. – Ona nie mówi co prawda wprost: zwalcz to w sobie czy weź się w garść, ale wiem, że dokładnie tak myśli. Ja w każdym razie, będąc na jej miejscu, tak właśnie bym myślała. Przecież wróciłam do domu cała i zdrowa, więc powinnam się cieszyć, być zadowolona, że tak się to skończyło, i żyć dalej, a ja nie okazuję ani krzty radości czy wdzięczności.

Pomaszerowaliśmy wolno dalej i zajrzeliśmy do mrocznego wejścia stajni, gdzie tylko strzygąc od czasu do czasu uszami, drzemały konie.

– Po wojnie w Wietnamie – zacząłem – kiedy jeńcy zaczęli wracać do domów, miało miejsce wiele rozwodów. To nie było tak samo jak po drugiej wojnie światowej, kiedy żony mężczyzn, którzy poszli na front, żyły dalej swoim życiem i po ich powrocie nie potrafiły znaleźć z nimi wspólnego języka, bo dla ich ślubnych czas się po prostu zatrzymał. Po Wietnamie było inaczej. Ci jeńcy cierpieli okropne katusze, a po powrocie do domów ich rodziny liczyły, że będą cieszyć się, iż zostali uwolnieni.

Alessia oparła się łokciami o niskie drzwi jednego z boksów i przyglądała się stojącemu w bezruchu wierzchowcowi.

– Żony tych mężczyzn próbowały odnowić dawną miłość, scementować więź, jaka ich niegdyś łączyła, ale wielu spośród nich stało się impotentami, wybuchało płaczem w miejscach publicznych, zachowywało się histerycznie… i wykazywało wyraźne oznaki załamania psychicznego. Hamburgery i cola nie mogły ich uzdrowić, podobnie jak praca od dziewiątej do piątej. – Zacząłem manipulować przy ryglach drzwiczek. – Większość z nich z czasem doszła do siebie i wróciła do normalnego życia, ale nawet oni przyznają, że jeszcze przez wiele lat dręczyły ich straszne koszmary i nigdy nie zapomną pewnych szczegółów z okresu swego pobytu w obozach jenieckich…

Po chwili usłyszałem jej głos: – Ja nie byłam jeńcem wojennym.

– Ależ tak. To przecież to samo. Znalazłaś się, nie ze swojej winy, w rękach wroga. Nie wiedziałaś kiedy – ani czy w ogóle – zostaniesz uwolniona. Zostałaś upokorzona… odarta z wolnej woli… uzależniona od swoich oprawców w kwestii pożywienia. Całkiem jak w obozie jenieckim, może nawet gorzej z uwagi na izolację… byłaś przecież całkiem sama.

Przez chwilę opierała kędzierzawą głowę na skrzyżowanych przedramionach. – Jedyną rzeczą, jaką mi dali, kiedy poprosiłam, były podpaski, i błagałam… błagałam ich o nie. – Przełknęła ślinę. – Ciało kobiety nie przestaje odliczać dni tylko dlatego, że ktoś ją zamknął w namiocie.

Objąłem ją bez słowa. Były pewne sytuacje, z którymi uwięziony mężczyzna nigdy nie musiał się borykać. Pochlipywała cicho, pociągając nosem i przełykając ślinę, a w jakiś czas później wyszeptała po prostu: – Dziękuję.