Na co odparłem krótko: – Nie ma za co – i ruszyliśmy dalej wzdłuż ciągu zamkniętych, tonących w półmroku boksów, świadomi, że mamy przed sobą jeszcze bardzo długą drogę.
7
Dyżur przy telefonie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę był w naszej firmie podstawą, ponieważ porywacze nie mieli normowanego czasu pracy i to zawsze partner – a nie pracownik – pełnił służbę w dyspozytorni, po pierwsze z uwagi na znajomość tematu, a po drugie ze względów bezpieczeństwa. Byli szpiedzy bardziej niż czegokolwiek obawiali się „przecieków” i w każdym pracowniku widzieli potencjalnego „kreta”, działającego na dwa fronty – a w ten sposób eliminowali zbędne ryzyko.
Ta niedzielna noc była względnie spokojna, tylko dwa telefony: jeden od partnera z Ekwadoru, który odkrył, że lokalna policja chciała uszczknąć coś dla siebie z okupu, którego wysokość negocjował, i zwracał się do firmy z zapytaniem, co ma dalej robić w tej sytuacji, drugi zaś od Pędziwiatra, który prosił o spis środków bezpieczeństwa, jakie zaleciliśmy firmie Luca Oil.
Zapisałem to sobie i rzuciłem: – Przecież w Luca Oil powinni mieć jeden egzemplarz, zgadza się?
– Porywacze go zwinęli – odparł krótko Pędziwiatr. – Albo może przekupili sekretarkę, aby go dla nich ukradła. Tak czy owak, spis zniknął, a dyrektor został uprowadzony w czasie pełnienia codziennych obowiązków, kiedy był najsłabiej strzeżony, co pewnie nie było zwykłym zbiegiem okoliczności.
– Prześlę ci go zaraz pocztą kurierską.
– I sprawdź, kto jest wolny, żeby dać mi wsparcie. Szykuje się dłuższa sprawa. To zostało bardzo starannie zaplanowane. Przyślij mi Dereka, o ile to możliwe. No i… ciesz się, że mnie tam nie ma, bo nieźle byś beknął za wpadkę w Bolonii.
– Cieszę się – odparłem z uśmiechem.
– Niedługo wrócę – dorzucił posępnie. – Dobranoc.
O dziewiątej rano odebrałem jeszcze jeden telefon, tym razem od przedstawiciela Lloydsa, firmy zajmującej się ubezpieczeniami osób i przedsiębiorstw, także na wypadek porwania. Większość z naszych zleceń przyjmowaliśmy bezpośrednio od niego, jako że warunkiem przyznania ubezpieczenia było, aby jego klienci skorzystali z naszej pomocy, zanim zgodzą się wypłacić okup. Zdawał sobie sprawę, że potrafimy nieźle się targować i zbić cenę proponowaną przez porywaczy – a o to przecież chodziło ubezpieczycielowi – my z kolei rekomendowaliśmy go firmom, które zwracały się do nas z prośbą o doradztwo.
– Na Sardynii porwano dwie Angielki – powiedział. – Mąż jednej z nich ubezpieczył ją na wypadek porwania na okres dwutygodniowego urlopu, którego nie mógł spędzić wraz z nią, i zwrócił się z tą sprawą do nas. Nie wygląda to na zaplanowaną akcję – dziewczyny znalazły się po prostu w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze i wpadły w zasadzkę. Tak czy owak, małżonek bardzo się martwi i jest gotów zapłacić tyle, ile żądają porywacze – i to od razu – czy mógłby pan niezwłocznie kogoś tam posłać?
– Oczywiście – odparłem. – A… na ile opiewało ubezpieczenie?
– Składka wyniosła tysiąc funtów, a suma ubezpieczenia dwieście tysięcy. Na dwa tygodnie – westchnął. – Tak czasem bywa. Raz na wozie, raz pod wozem.
Zapisałem nazwiska, szczegóły i sprawdziłem godziny odlotów na Sardynię, gdzie w wielu regionach bandyci porywali, wymuszali okup i uwalniali swoje ofiary, kiedy im się tylko podobało.
– To bardzo poufna sprawa – zaznaczył przedstawiciel Lloyda.
– Nie wolno dopuścić, aby przedostała się do gazet. Jeżeli wszystko pójdzie gładko, dziewczyna najdalej za tydzień wróci do domu i wszystko będzie w porządku, prawda?
– Przy odrobinie szczęścia – przyznałem.
Porywacze nie mieli gdzie przetrzymywać swoich ofiar przez dłuższy czas i zdarzało się, że zmuszali je do codziennych wielomilowych marszów po górach, gdzie w końcu je porzucali, gdy tylko otrzymali żądany okup. Pomyślałem, że Alessia wolałaby takie rozwiązanie, niż niekończące się przesiadywanie w namiocie.
Zaczęli się zjawiać partnerzy na poniedziałkową konferencję i praktycznie bez trudu znalazłem jednego, który aż palił się do wyjazdu na Sardynię. Z łatwością namówiłem też Dereka, aby wspomógł Pędziwiatra przy sprawie Luca Oil. Koordynator wprowadził ich do grafiku na nowy tydzień, a ja przekazałem prezesowi prośbę od partnera z Ekwadoru.
Po godzinie picia kawy, plotkowania i lektury raportów rozpoczęło się spotkanie, którego zasadniczą treścią były, jak zawsze, bieżące sprawy.
– Ta historia w Ekwadorze – rzekł prezes. – Ofiara jest obywatelem amerykańskim, prawda?
Kilka osób przytaknęło.
Prezes wydął wargi. – Chyba będziemy musieli poradzić tej korporacji, aby rekrutowała kadrę na miejscu i nie przysyłała więcej ludzi ze Stanów. W ciągu ostatnich dziesięciu lat uprowadzono tam trzy osoby
– samych Amerykanów… można by pomyśleć, że przez ten czas zdołają się czegoś nauczyć.
Ktoś mruknął: – To korporacja należąca do Amerykanów.
– Sami próbowali przekupić policję – dorzucił ktoś inny. – Ostatnim razem sam przy tym byłem. Policja wzięła forsę, zarzekając się, że będą bronić wszystkich dyrektorów firmy do ostatniego tchu, ale podejrzewam, że wtedy także dostała im się działka z okupu. Nie zapominajmy, że korporacja zapłaciła prawie dziesięć milionów dolarów… było więc co dzielić.Zapanowała posępna cisza. – Racja – odezwał się prezes. – Rada na przyszłość, żadnych Amerykanów. A rada na teraz? – Rozejrzał się dokoła. – Czy ktoś chciałby coś powiedzieć?
– Porywacze wiedzą, że spółka koniec końców zapłaci – powiedział Tony Vine.
– Firma nie może sobie pozwolić na inne rozwiązanie.
Wszystkie korporacje musiały płacić okup za swych uprowadzonych pracowników, jeśli chciały, aby ktokolwiek jeszcze kiedyś zdecydował się harować dla nich za granicą. Wszystkie miały też rozjuszonych udziałowców, których dywidendy malały wraz ze wzrostem okupu. Korporacje starały się zwykle wyciszać sprawy porwań, by informacje na ten temat nie przedostały się do prasy, a w rocznych bilansach wypłaty okupów figurowały jako „straty handlowe”.
– Musimy znów zbić żądania okupu do dziesięciu milionów – rzekł Tony Vine. – Porywacze mniej nie wezmą, straciliby twarz, biorąc pod uwagę poprzednie przypadki, nawet – a raczej zwłaszcza – jeśli mamy do czynienia z innym gangiem.
Prezes pokiwał głową. – Doradzimy korporacji, aby poszła na ugodę?
Wszyscy byli za, posiedzenie trwało.
Prezes, mężczyzna prawie sześćdziesięcioletni, także był kiedyś żołnierzem i podobnie jak Tony najlepiej czuł się w towarzystwie osób uporządkowanych, kompetentnych i zdyscyplinowanych. Założył firmę, ponieważ czuł, że jest ona potrzebna, był nie tyle wizjonerem, co raczej człowiekiem z gruntu praktycznym. To jego przyjaciel, obecnie już nieżyjący, zasugerował, by miała ona strukturę partnerską, a nie hierarchiczną, doradzając odrzucenie wszelkich wcześniejszych szarż na korzyść jednej nowej: równości.
Prezes był wyjątkowo przystojny, co stanowiło spory marketingowy plus dla naszej firmy, a poza tym charakteryzowała go niezłomna pewność siebie. Nie tracił jej nawet w obliczu najgorszych klęsk i katastrof, co sprawiało, że każdy niemal podświadomie spodziewał się, iż lada moment obmyśli jakieś rewelacyjne rozwiązanie i wyciągnie nas z tarapatów, nawet jeśli wcale się tak stać nie miało. Trochę to trwało, nim podjąwszy pracę w firmie, zorientowałem się, że podobnie analityczny umysł ma nie kto inny jak Gerry Clayton.
Wreszcie prezes doszedł do mojego raportu, którego kopię większość partnerów już przeczytała, i zapytał, czy ktoś chciałby o coś zapytać. To często przynosiło nadspodziewane efekty – można było dowiedzieć się wielu nowych rzeczy, gdy inne osoby przyjrzały się danej sprawie ze swojej perspektywy. Zwykle lubiłem tę część konferencji, uważając ją za najbardziej owocną. Choć niekoniecznie, gdy to ja musiałem odpowiadać na pytania.
– Ten oficer carabinieri… ee… Pucinelli, jakie masz z nim stosunki? Co sądzisz o jego kompetencjach? – Było to typowe, pompatyczne pytanie na konferencji. Poza nią Tony Vine ująłby je o wiele prościej: „Jak się z tym jełopem układało? Co z niego za typ?”