Выбрать главу

– Pucinelli to dobry policjant – odparłem. – Inteligentny, odważny. Był bardzo pomocny i życzliwy. Bardziej pomocny i życzliwy niż większość jego kolegów po fachu, choć muszę przyznać, że nigdy nie przekroczył swoich uprawnień. Nie ma on jednak… – Urwałem. – Nie ma dostatecznego pchnięcia, żeby awansować. Jest drugi co do ważności w swoim regionie i wyżej już raczej się nie wespnie. Jeżeli jednak chodzi o jego szanse na schwytanie porywaczy, to jest skrupulatny i kompetentny.

– A jak się przedstawiała sytuacja, kiedy stamtąd wyjeżdżałeś? – padło pytanie. – Nie zdążyłem przeczytać dwóch ostatnich stron.

– Pucinelli powiedział, że gdy pokazał portret pamięciowy mężczyzny, którego widziałem, obu schwytanym porywaczom, po prostu ich zamurowało. Osłupieli. Rzecz jasna pokazał ten portret każdemu z nich z osobna, ale w obu przypadkach reakcja była identyczna – szok i zdumienie. Żaden nie chciał puścić pary z ust i obaj wydawali się przerażeni. Pucinelli wspomniał, że zamierza rozprowadzić kopię portretu w całej okolicy, może ktoś zdoła rozpoznać tego człowieka. Bardzo na to liczył, gdy wyjeżdżałem.

– Im szybciej, tym lepiej – wtrącił Tony. – Ten milion funtów w ciągu tygodnia zostanie gruntownie wyprany.

– Cała ta szajka ma dość mocne nerwy – powiedziałem, nie próbując się spierać. – Może zechcą z tym trochę poczekać i przetrzymają pieniądze w jakiejś kryjówce.

– Równie dobrze mogli wywieźć szmal za granicę i wymienić go na franki albo szylingi, zanim jeszcze uwolnili dziewczynę.

Pokiwałem głową. – Mogli mieć już wszystko umówione, przygotowane do upłynnienia tego pierwszego okupu i tylko czekali, kiedy dostaną forsę w swoje ręce.

Gerry Clayton, który jak zawsze musiał miętosić kartkę papieru, pracowicie zajął się kolejną, tym razem była to ostatnia strona z kopii mojego raportu. – Wspomniałeś, że Alessia Cenci przyleciała z tobą do Anglii. Czy istnieje szansa, że przypomni sobie coś więcej?

– To niewykluczone, aczkolwiek Pucinelli i ja przemaglowaliśmy ją dokładnie jeszcze we Włoszech. Wie bardzo niewiele. Nie słyszała bicia kościelnych dzwonów, syren pociągów, odgłosów samolotu, ujadania psów… nie potrafi stwierdzić, czy przetrzymywano ją na wsi, czy w mieście. Dodała przy tym, że w ostatnich dniach czuła coś jakby zapach pieczonego chleba. I to wszystko…

Chwila ciszy.

– Pokazywałeś portret pamięciowy tej dziewczynie? – zapytał ktoś. – Czy kiedykolwiek widziała tego mężczyznę, jeszcze przed porwaniem?

Odwróciłem się do niego. – Zabrałem kserokopię do Villa Francese, ale okazało się, że dziewczyna nigdy go wcześniej nie widziała, a przynajmniej go sobie nie przypomina. Zero reakcji. Zapytałem, czy ten mężczyzna mógł być jednym z czterech, którzy ją porwali, ale odparła, że nie ma pojęcia. Nikt z jej rodziny ani nikt w całej rezydencji go nie znał. Pytałem o to wszystkich.

– A jego głos… Kiedy odezwał się do ciebie przy tej przydrożnej restauracji, czy to był ten sam głos, który usłyszałeś na taśmie?

– Nie wiem – przyznałem. – Język włoski nie jest moją domeną. Wiem tylko, że brzmiał całkiem podobnie.

– Przywiozłeś z sobą kopię portretu pamięciowego i taśm? – zapytał prezes.

– Tak. Czy ktoś chciałby…? Kilka osób potaknęło.

– Czy pominąłeś coś w raporcie? – spytał prezes. – Jakieś mało istotne drobiazgi?

– No cóż… nie dołączyłem listy utworów muzycznych. Alessia wypisała wszystkie znane jej tytuły utworów instrumentalnych, które słyszała, a Pucinelli powiedział, że postara się sprawdzić, czy taśmy z takimi składankami nagrań są dostępne w salonach muzycznych. Choć, jeżeli o mnie chodzi, uważam, że to jak błądzenie po omacku, nawet gdyby okazało się, że taśmy były firmowe.

– Masz te listy?

– Niestety, nie. Muszę poprosić Alessię, aby sporządziła je raz jeszcze, jeżeli chcecie.

Jeden z byłych policjantów powiedział, że w takich przypadkach nigdy nic nie wiadomo. Drugi eksglina pokiwał głową.

– W porządku – mruknąłem. – Poproszę ją o to.

– Jak ona się czuje? – zapytał Gerry.

– Jakoś sobie radzi.

Wielu partnerów na te słowa pokiwało głową lub potaknęło pod nosem. Wszyscy na własne oczy widzieliśmy, jak potwornych spustoszeń może dokonać w człowieku tak traumatyczne przeżycie jak uprowadzenie – to było jak huragan przetaczający się przez duszę ofiary.

Wszyscy – niektórzy nawet częściej od innych – mieliśmy okazję słyszeć wyznania uwolnionych ofiar. W firmie nazywaliśmy to, na wojskową modłę, składaniem meldunków.

Prezes rozejrzał się dokoła, aby sprawdzić, czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania.

– To wszystko? No cóż, Andrew, cieszymy się, że twoje działania w terenie zaowocowały sporządzeniem portretu pamięciowego jednego z porywaczy, ale powinieneś pamiętać, że zgodnie z naszą praktyką pojawienie się któregoś z partnerów na miejscu przekazania okupu jest po prostu niedopuszczalne. Niezależnie, jaki tym razem przyjmą obrót sprawy, nigdy więcej tak nie rób. Czy to jest jasne?

– Jasne – odparłem potulnie i ku memu zdziwieniu okazało się, że w tym akurat przypadku skończyło się tylko na reprymendzie słownej.

Kilka dni później partner pełniący dyżur w dyspozytorni zawołał mnie, gdy szedłem korytarzem z kubkiem kawy.

– Andrew? Telefon do ciebie z Bolonii. Przełączę do twojego kantorka.

Odstawiłem kubek, sięgnąłem po słuchawkę i usłyszałem głos: – Andrew? Mówi Enrico Pucinelli.

Wymieniliśmy pozdrowienia i zaczął mówić z ożywieniem, potok słów wpłynął do mego ucha.

– Enrico! – zawołałem. – Stop. Wolniej, proszę. W ogóle pana nie rozumiem.

– Ha – westchnął w głos i zaczął mówić głośno i wyraźnie jak do dziecka. – Młodszy z porywaczy puścił farbę. Boi się, że czeka go dożywotnia odsiadka, więc próbuje się z nami dogadać. Powiedział, gdzie signorina Cenci była przetrzymywana po uprowadzeniu.

– Świetnie – rzuciłem życzliwie. – Dobra robota.

Pucinelli zakasłał skromnie, ale domyśliłem się, że to, co się stało, było wynikiem sprawnie przeprowadzonego przesłuchania.

– Byliśmy w tym domu. Mieści się na przedmieściach Bolonii w bardzo zacisznej, spokojnej okolicy. Dowiedzieliśmy się, że został wynajęty przez ojca z trzema dorosłymi synami. – Cmoknął z niesmakiem. – Wszyscy sąsiedzi widzieli wchodzących i wychodzących mężczyzn, ale jak dotąd nikt ich nie zidentyfikował.

Uśmiechnąłem się do siebie. Zdemaskowanie porywacza niemal na całym świecie było niebezpieczne dla zdrowia i nikt nie miał ochoty odgrywać roli denuncjatora.

– Dom był umeblowany przez właściciela, ale sprawdziliśmy dokładnie i w jednym z pomieszczeń na piętrze znaleźliśmy ślady na dywanie wskazujące, że wcześniej meble stały na nim przez dłuższy czas w nieco innych miejscach. – Przerwał i rzekł niepewnie: – Rozumie pan, Andrew?

– Oczywiście – odparłem. – Wszystkie meble zostały poprzestawiane.

– Zgadza się. – Ulżyło mu. – Łóżko, ciężki kredens, komoda i regał z książkami. Wszystko przestawiono. Pokój jest duży, dostatecznie duży, by można w nim rozbić namiot, a przez okno nie widać nic prócz ogrodu i drzew. Z zewnątrz nie da się zajrzeć do środka.

– Czy odnalazł pan coś użytecznego… jakieś ślady w pozostałej części domu?

– Nadal szukamy. Zaledwie wczoraj weszliśmy do tego domu. Pomyślałem, że chciałby pan o tym wiedzieć.

– Ma się rozumieć. To wspaniałe wieści.

– A signorina Cenci – dodał. – Czy przypomniała sobie coś jeszcze?

– Na razie nie.

– Niech ją pan ode mnie pozdrowi.

– Nie omieszkam – zapewniłem.

– Jeszcze zadzwonię – powiedział. – Czy mogę, w razie gdyby zaszło coś istotnego, zadzwonić do pana do domu? Wie pan, o co mi chodzi, abyśmy mogli porozmawiać swobodniej…

– Śmiało – odparłem. – Kiedy tylko pan zechce.

Pożegnał się ze mną, a w jego głosie pobrzmiewała nuta zasłużonej satysfakcji, ja zaś dopisałem to, czego się właśnie dowiedziałem, w aneksie do mojego raportu.