Выбрать главу

W czwartek rano wróciłem do Lambourn przede wszystkim po listę utworów muzycznych, a gdy przybyłem na miejsce, zobaczyłem, że konie Popsy zostały właśnie wyprowadzone na trening.

A sama Popsy, prócz dżinsów i koszuli, miała na sobie pikowaną kamizelkę, tym razem jasnoróżową, jakby lipcowy upał nie robił na niej najmniejszego wrażenia; do tego puszyste szpakowate włosy otaczały jej głowę jak osobisty cumulus.

Stała na podwórzu przed stajniami, otoczona przez przestępujące z nogi na nogę wierzchowce, a ujrzawszy mnie, przywołała do siebie przyjaznym, zamaszystym ruchem ręki. Starając się nie okazywać zdenerwowania – aczkolwiek bez większego powodzenia – wyminąłem zwinnie kilka aż zanadto ruchliwych ton mięśni i stanąłem obok niej.

Zielone oczy spojrzały na mnie z ukosa. Uśmiechnęła się. – Nie przywykł pan do koni, co?

– No cóż… – odparłem niepewnie. – Jakoś nie bardzo.

– Chciałby pan ujrzeć je w galopie?

– Bardzo chętnie. – Lustrowałem wzrokiem jeźdźców, spodziewając się ujrzeć wśród nich Alessię, lecz jej tam nie było.

Grupa, zdawałoby się całkiem niezorganizowana, ruszyła nagle w stronę drogi, wierzchowce posłusznie ustawiły się w równej linii, jeden za drugim, a Popsy ruchem głowy dała mi znak, abym poszedł za nią do kuchni, tam też przy stole z kubkiem kawy w ręku siedziała Alessia.

Wciąż wydawała się blada, ale może bladość ta wynikała z kontrastu z ogorzałą od słońca Popsy, a poza tym wyglądała na wychudzoną i potwornie osłabioną. Jej uśmiech, kiedy mnie ujrzała, zrodził się w głębi oczu, a następnie spłynął w dół, do uszminkowanych na różowo ust – ot, miłe, przyjacielskie powitanie.

– Andrew wybiera się do Downs, aby obejrzeć trening – rzekła Popsy.

– To świetnie.

– Ty nie trenujesz? – zwróciłem się do Alessi.

– Nie… bo… a zresztą konie Popsy to skoczki.

Popsy skrzywiła się, jakby nie uważała tego powodu za dość przekonujący, aby nie dosiąść któregoś z nich, ale powstrzymała się od komentarza.

Pogawędziłem z nią trochę na ogólne tematy, ale Alessia niemal przez cały czas milczała.

We trójkę zajęliśmy miejsca na przednim siedzeniu zakurzonego land rovera. Popsy prowadziła ze swobodą, jadąc z Lambourn boczną drogą i wąskimi, pełnymi wybojów traktami, aż w końcu znaleźliśmy się na otwartej, porośniętej trawą przestrzeni.

Hen, na horyzoncie mocno pofałdowany teren rozpływał się w oparach błękitnej mgiełki, a pod naszymi stopami, gdy wyszliśmy z land rovera, trawa była przycięta na pięć centymetrów. Jeżeli nie liczyć śpiewu ptaków dochodzącego z oddali, wokoło panowała kompletna cisza; promienie słońca grzały, że aż miło, słychać było delikatny szelest materiału naszych ubrań.

– Podoba się tu panu, prawda? – zauważyła Popsy, patrząc na moją twarz.

Pokiwałem głową.

– Powinien pan przyjechać w styczniu, kiedy na równinie hula lodowaty wiatr. Mimo że dygocze się z zimna, jest tu naprawdę przepięknie.

Osłaniając dłonią oczy, zlustrowałem wzrokiem pobliską kotlinę.

– Konie przybędą stamtąd, cwałem – oznajmiła. – Miną miejsce, gdzie teraz stoimy. Potem pojedziemy za nimi land roverem na tor przeszkód.

Znów pokiwałem głową, choć nie miałem pojęcia, czym różni się cwał, dajmy na to, od galopu, ale gdy u wylotu kotliny pojawiły się czarne punkciki, wierzchowce, zrozumiałem, o jakiej prędkości mówiła Popsy. Patrzyła w głębokim skupieniu przez wielką lornetkę, aż punkciki stały się kształtami, a te z kolei nabrały ostrości i zmieniły się w rozpędzone wierzchowce, gnając jeden za drugim, tak że każdy z nich był dobrze widoczny. Wydęła wargi, ale nie wyglądała na niezadowoloną i już wkrótce podążyliśmy za nimi, by zatrzymać się pod nawisem wzgórza, a gdy wysiedliśmy z samochodu, ujrzeliśmy konie biegające w koło, potrząsające łbami i parskające głośno.

– Widzi pan te przeszkody? – spytała Popsy, wskazując na stojące w równych odstępach formacje z drewna i krzewów, wyglądające jak odrzuty z toru wyścigów konnych. – To przeszkody szkoleniowe.

Aby konie nauczyły się skakać. – Spojrzała na mnie i dorzuciła. – To stacjonaty i oksery, używane przy treningach do biegów z przeszkodami. – Znów skinąłem głową. – Na placu ćwiczeń znajduje się po sześć stacjonat z każdego rodzaju, aby konie mogły dobrze się rozruszać, ale dziś nie są w najlepszej formie, więc pokonają tylko cztery ostatnie przeszkody.

Nagle oddaliła się i podeszła do swojej podekscytowanej czworonożnej rodzinki, Alessia zaś z czułością rzekła: – Jest wspaniałym trenerem, widzi, kiedy koń nie czuje się najlepiej, nawet jeśli z pozoru wszystko jest z nim w porządku. Kiedy pojawia się na placu, wszystkie zwierzęta instynktownie wyczuwają jej obecność. I od razu unoszą łby, jakby chciały się z nią przywitać.

Popsy skierowała trzy wierzchowce na drugi koniec placu ćwiczeń.

– Teraz te trzy konie pokonają przeszkody – tłumaczyła Alessia. – A potem ich jeźdźcy przesiądą się na inne wierzchowce i powtórzą ćwiczenie.

Zdziwiłem się. – Czyżby nie wszyscy jeźdźcy potrafili skakać? – spytałem.

– Większość z nich nie jeździ na tyle dobrze, aby móc uczyć. Z tych trzech prowadzących szkolenie, dwaj są zawodowymi dżokejami, a trzeci to najlepszy stajenny Popsy.

Popsy stanęła przy nas z lornetką w dłoni, podczas gdy trzy konie pokonały przeszkodę. Z wyjątkiem tętentu kopyt przy podejściu do stacjonaty, wszystko odbyło się niemal w zupełnej ciszy – po części dlatego, że brakowało komentarza sprawozdawcy, jak podczas relacji z zawodów w telewizji. Konie zdawały się czynić więcej hałasu, gdy pokonały już wszystkie przeszkody i zaczęły się oddalać.

Popsy wymamrotała coś pod nosem, zaś Alessia rzekła: – Borodino dobrze skoczył – z takim naciskiem w głosie, że nie musiała dodawać, iż dwa pozostałe wykonały fatalne skoki.

Czekaliśmy, podczas gdy trzej jeźdźcy szkoleniowi przesiedli się na inne wierzchowce i pomknęli w dół zbocza na punkt startowy. Poczułem, że Alessia poruszyła się nagle nerwowo tuż obok mnie i wzięła głęboki oddech, po czym odeszła na bok i zaczęła niespokojnie krążyć w kółko. Popsy spojrzała na nią, lecz nie odezwała się słowem, a po chwili Alessia zatrzymała się i rzuciła: – Jutro…

– Dziś, tu i teraz – oznajmiła stanowczo Popsy i zawołała kogoś imieniem Bob, żądając, aby natychmiast do niej podjechał.Bob okazał się mężczyzną w średnim wieku dosiadającym kasztanowatego ogiera, który odłączył się od reszty grupy i podszedł do nas leniwym, wręcz niedbałym krokiem.

– Zeskakuj – rzekła do niego Popsy, a gdy Bob zsunął się z siodła, zwróciła się do Alessi: – Dobrze, trochę sobie pospacerujesz. Nie masz kasku, więc nie możesz przesadzać z prędkością, a poza tym pamiętaj, że stary Paperbag nie jest w tak dobrej formie jak pozostałe konie.

Podsadziła Alessię, układając dłonie w siodełko, o które dziewczyna oparła kolano i lekko jak piórko wskoczyła na grzbiet wierzchowca. Wsunęła stopy w strzemiona, ścisnęła w dłoniach lejce i spojrzała na mnie przez chwilę, jakby rozbawiona tempem rozwoju wypadków. Następnie dźgnęła wierzchowca piętami i pospieszyła w ślad za trójką pozostałych koni na plac ćwiczeń.

– Nareszcie – rzekła Popsy. – Już myślałam, że nigdy tego nie zrobi.

– To dzielna dziewczyna.

– O tak. Jedna z najlepszych – przyznała.

– Ale ma za sobą koszmarne przejścia.

Popsy przez dłuższą chwilę patrzyła mi prosto w oczy. – Domyślam się – odparła. – W ogóle nie chce ze mną o tym rozmawiać. Wyrzuć to z siebie, mówiłam jej, a ona tylko kręciła głową i mrugała powiekami, by pozbyć się łez. W ostatnich dniach przestałam ją pocieszać, bo to i tak nic nie dawało. Chciałam, żeby choć trochę się rozchmurzyła, ale bez powodzenia.

Uniosła lornetkę, by przyjrzeć się, jak konie pokonują przeszkody, a potem przeniosła wzrok na Alessię.

– Bóg jeden wie, po kim to ma…