– Teraz już będzie z nią lepiej – powiedziałem z uśmiechem. – Ale proszę nie liczyć na…
– Natychmiastowe całkowite wyzdrowienie? – wtrąciła, a ja zamilkłem.
Pokiwałem głową. – To jak rekonwalescencja. Postępuje stopniowo.
Popsy opuściła lornetkę i zerknęła na mnie. – Mówiła mi o pańskiej pracy. O tym, co zrobił pan dla jej ojca. Mówi, że czuje się przy panu bezpieczniej. – Przerwała. – Nigdy dotąd nie słyszałam o pracy takiej jak pańska. Nie sądziłam, że istnieją w ogóle tacy ludzie.
– Jest nas garstka… rozsiana po całym świecie.
– Jak pan siebie określa, gdy ktoś zapyta o zawód?
– Konsultantem do spraw bezpieczeństwa. Albo konsultantem do spraw ubezpieczeń. To zależy od nastroju.
Uśmiechnęła się. – Oba tytuły brzmią nudnie i godnie.
– I właśnie o to chodzi.
Patrzyliśmy, jak Alessia wjeżdża cwałem na zbocze, stając miękko w strzemionach.
Choć miałem okazję zaobserwować to już wcześniej, aż do teraz nie zdawałem sobie sprawy, że tak właśnie jeżdżą dżokeje, nie siedzą w siodle, lecz wychylają się lekko do przodu, by ich ciężar opierał się na łopatkach wierzchowca, a nie na dolnej części jego grzbietu. Alessia zatrzymała się obok Boba, który ujął cugle wierzchowca, po czym ześlizgnęła się z siodła, przenosząc prawą nogę ponad końską szyją, i zeskoczyła miękko na ziemię, lądując ze złączonymi stopami i lekko ugiętymi kolanami – zrobiła to z iście baletową zwinnością i gracją.
To całkiem inny wymiar, pomyślałem. Wprawa zawodowca. Takie rzeczy zdumiewały laików, podobnie czułem się, obserwując ulicznych artystów szkicujących portrety.
Poklepała wierzchowca po szyi, podziękowała Bobowi i podeszła do nas, chuda jak patyk, ubrana w dżinsy i koszulę, ale uśmiechnięta.
– Dzięki – rzekła do Popsy.
– Jutro? – spytała Popsy. – Na powrózku?
Alessia pokiwała głową, rozcierając obolałe uda. – Mam nogi miękkie jak galareta.
Z niezmąconym spokojem patrzyła, jak trenuje ostatnia trójka wierzchowców, po czym Popsy odwiozła nas z powrotem do domu. Konie wróciły do stajni w marszowym tempie, aby mogły trochę ochłonąć.
Przy kawie w kuchni Alessia ponownie sporządziła listę utworów instrumentalnych, których tak często słuchała, i choć zrobiła to bez większego trudu, czynność ta nie była dla niej przyjemna.
– Mogłabym zanucić wszystkie te melodie, których tytułów nie znam – powiedziała. – Choć szczerze mówiąc, wolałabym nigdy więcej ich nie usłyszeć.
Podała mi listę – Verdi, tak jak wcześniej, a prócz tego współczesne, łagodne piosenki w stylu „Yesterday” i „Bring in the Clowns”, więcej utworów angielskich i amerykańskich niż włoskich.
– Pomyślałam o czymś jeszcze – rzekła z wahaniem. – Coś mi się przyśniło przedwczoraj w nocy. Wiesz, jak pogmatwane wydaje się to, co oglądamy w snach… Śniło mi się, że wychodzę na tor, aby wziąć udział w wyścigu. Miałam na sobie kostium w różowo-zieloną kratę i wiedziałam, że mam się ścigać, ale nie mogłam trafić na wybieg… pytałam ludzi o drogę, ale oni nie potrafili mi pomóc, wszyscy spieszyli się na pociąg lub mieli własne ważne sprawy, aż w pewnej chwili ktoś powiedział: „Co najmniej godzina do Viralto” – i wtedy się obudziłam. Byłam cała spocona, serce waliło mi w piersiach, ale to nie był koszmar, a w każdym razie nie taki straszny. I nagle odniosłam wrażenie, że naprawdę usłyszałam czyjś głos, kogoś, kto powiedział: „Co najmniej godzina do Viralto” – i przestraszyłam się, że ktoś jest w moim pokoju… To było naprawdę przerażające. Przyłożyłam dłoń do czoła, jakby wciąż jeszcze było wilgotne. Ale oczywiście kiedy się obudziłam, okazało się, że jestem w gościnnej sypialni Popsy, całkiem bezpieczna. Tyle tylko że serce wciąż tłukło mi się w piersi jak szalone. – Przerwała, po czym dorzuciła: – Chyba musiałam słyszeć, jak jeden z nich to powiedział, kiedy przysypiałam.
– A ten sen… – zacząłem powoli – śniłaś po włosku czy po angielsku?
– Ach, no tak. – Jej oczy rozszerzyły się. – Wyścigi rozgrywały się w Anglii. Różowo-zielona krata… jeden z koni Mike’a Nolanda. Pytałam o drogę na wybieg paradny po angielsku… to byli Anglicy, ale głos, który powiedział: „Co najmniej godzina do Viralto”, mówił po włosku. – Zmarszczyła brwi. – Jakie to wszystko dziwne. Przełożyłam to w myślach na angielski już po przebudzeniu.
– Często bywasz w Viralto? – spytałem.
– Nie. Nawet nie wiem, gdzie to jest.
– Powiem Pucinellemu – oznajmiłem, a ona pokiwała głową.
– Trafił na ten dom, gdzie byłaś przetrzymywana przez większość czasu – dodałem jakby mimochodem.
– Naprawdę? – zaniepokoiła się. – Ja… nie chcę…
– Nie chcesz o tym słyszeć?
– Nie.
– Dobrze.
Odetchnęła z ulgą. – Nigdy mnie do niczego nie zmuszasz. Jestem ci za to bardzo wdzięczna. Wciąż… czuję się słaba… na granicy załamania… wystarczyłby jeden silniejszy impuls… abym się całkiem rozkleiła… To jakiś absurd… bo przecież gdy… siedziałam w tym namiocie… ani razu nawet nie zapłakałam.
– To całkiem normalne i spisujesz się doskonale – zapewniłem.
– Poza tym w siodle wyglądasz bajecznie.
Zaśmiała się. – Bóg jeden wie, czemu to trwa tak długo. Ale tam, w Downs… ranek był taki piękny… poczułam po prostu… – Przerwała.
– Widzisz… ja kocham konie. A w każdym razie większość z nich. Traktuję je jak moich przyjaciół… choć każdy z nich ma własne życie wewnętrzne i zdumiewający instynkt. Mają zdolności telepatyczne… aleja cię chyba zanudzam…
– Wcale nie – zaoponowałem zgodnie z prawdą i pomyślałem, że to nie ja, lecz właśnie konie zdołały w końcu sprowadzić ją na pewniejszy grunt.
Odprowadziła mnie do samochodu, gdy wyjeżdżałem, i pocałowała na pożegnanie w policzek, ale mimo wszystko czule, jakbyśmy znali się od lat.
8
Viralto? – spytał z powątpiewaniem w głosie Pucinelli. – To wioska leżąca przy jednej z górskich dróg. Bardzo mała. Nie ma nawet ulic, tylko przejścia między domami. Na pewno powiedziała Viralto?
– Tak – odparłem. – Czy to jedna z tych górskich wiosek, gdzie domy stoją jeden przy drugim, mają czerwone dachy z gontów i ściany tak białe, że aż boli, gdy się na nie patrzy? W dodatku stoją na odludziu, wśród górskich zboczy, na wpół zapomniane?
– Coś w tym rodzaju.
– I ta wioska leży o godzinę drogi od Bolonii? Od domu, w którym przetrzymywano Alessię?
– Chyba tak… o ile znałoby się drogę. To miejsce na uboczu.
– A… czy… jest tam piekarnia?
Po krótkiej przerwie odparł. – Moi ludzie pojadą tam niezwłocznie i wszystko gruntownie sprawdzą. Ale… widzi pan, Andrew, przewożenie tam ofiary porwania byłoby nierozsądne. Przecież w wiosce takiej jak ta wszyscy doskonale się znają. Nie ma mowy, aby można było tam ukryć obcą osobę.
– Niech pan rzuci nazwę Viralto w rozmowie z tym porywaczem, który wcześniej opowiadał wam o pierwszym domu, gdzie więziono Alessię.
– Może być pan pewien, że to zrobię – rzucił z zadowoleniem w głosie. – Wyznał mi właśnie, że to on był jednym z czterech zamaskowanych mężczyzn, którzy porwali signorinę Cenci. Podobno przesiadywał tam nocami i jej pilnował, ale nigdy się do niej nie odzywał, a ona przeważnie spała. – Przerwał. – Kilkakrotnie każdego dnia pytałem go, jak nazywa się ten z portretu pamięciowego. Twierdzi, że ma na imię Giuseppe. Tak w każdym razie miał się do niego rzekomo zwracać i nie wie, czy było to jego prawdziwe imię, czy też nie. Może mówi prawdę, a może kłamie. Tak czy owak, zamierzam go jeszcze o to zapytać. Może któregoś dnia powie coś innego.
– Enrico – rzekłem nieśmiało – jest pan doświadczonym śledczym, nie chciałbym niczego panu sugerować…
Na drugim końcu łącza w Bolonii dał się słyszeć cichy śmiech.
– Jakieś wahanie? W pańskim przypadku to coś nowego.
– Wobec tego… może przed pańskim wyjazdem do Viralto powinniśmy nakłonić Paolo Cenciego, aby obiecał nagrodę za odzyskanie choćby części pieniędzy z okupu? Mógłby pan wówczas pojechać tam z tą obietnicą i portretem pamięciowym „Giuseppa”…?