– Weźmiemy także zdjęcia naszych porywaczy i Alessi – odparł. – Signor Cenci z pewnością zgodzi się na ufundowanie nagrody. Tyle tylko że… – przerwał – to Viralto… było tylko jakimś słowem usłyszanym we śnie.
– Słowem, które wywołało silne zdenerwowanie, poty i przyspieszone bicie serca – dodałem. – Słowem, które ją przeraziło.
– Doprawdy? Hmm. W takim razie nie ma sprawy, przemkniemy przez tę wioskę jak sirocco.
– Proszę popytać wśród dzieci – podpowiedziałem. Zaśmiał się. – Już to widzę… ich matki nie pozwolą nam.
– Szkoda.
Po skończonej rozmowie zadzwoniłem do Paolo Cenciego, który bez oporów zgodził się ufundować nagrodę, a potem raz jeszcze skontaktowałem się z Pucinellim, aby to potwierdzić.
– Przygotuję ulotkę do powielenia – oznajmił. – Będzie tam informacja o nagrodzie i wszystkie zdjęcia. Zadzwonię, jeśli czegoś się dowiemy.
– Proszę zadzwonić niezależnie od rezultatów.
– Dobrze, w porządku.
Zadzwonił do mnie ponownie nazajutrz, w piątkowy wieczór, kiedy akurat pełniłem dyżur w dyspozytorni.
– Spędziłem w tej przeklętej wiosce cały dzień – rzekł głosem pełnym wyczerpania. – Ci ludzie… zamykają przed nami wszystko… drzwi, oczy, serca…
– Nic? – spytałem, nie ukrywając rozczarowania.
– Coś mamy – odparł. – Tyle tylko że nie wiem co. Nazwa Viralto wywarła spory szok u naszego rozmownego porywacza. Ale facet zarzeka się, że nic dla niego nie znaczy. Przysięga na duszę swojej nieżyjącej matki, ale równocześnie poci się jak wieprz. Kłamie. – Zamilkł.
– Niestety, w Viralto… nie znaleźliśmy nic. Wzięliśmy ostro w obroty miejscowego piekarza, który równocześnie prowadzi niewielki sklepik spożywczy. W pobliżu jego piekarni nie ma domu, gdzie mogła być przetrzymywana Alessia, a przeszukaliśmy wszystko wzdłuż i wszerz. Za jego pozwoleniem. Powiedział, że nie ma nic do ukrycia. Twierdzi, że wiedziałby, gdyby Alessię przywieziono do wioski. Uważa, że wie o wszystkim, co się tam dzieje. Mówi, że nigdy jej tam nie było.
– I uwierzył mu pan? – spytałem.
– Niestety tak. Pytaliśmy wszędzie, w każdym domu. Zahaczyliśmy nawet kilkoro dzieci. Nikt nic nie wiedział, nie dowiedzieliśmy się niczego istotnego. Ale…
– Ale…? – powtórzyłem z naciskiem.
– Spojrzałem na mapę – rzekł, ziewając. – Viralto leży przy bocznej drodze, która nie prowadzi nigdzie indziej. Jeśli jednak ktoś minie zakręt do wioski i pojedzie dalej, znajdzie się na trasie wiodącej w góry i choć nie jest to wymarzony szlak, aby przekroczyć nim Apeniny, można tego dokonać i dotrzeć aż do Firenze. Niedaleko Viralto jest rezydencja, dawny zamek przebudowany obecnie na hotel. Może signorina nie usłyszała całej wypowiedzi… może ktoś chciał powiedzieć, że co najmniej godzina drogi do Viralto, a stamtąd jeszcze kawałek, do miejsca, do którego zmierzali? Ja jutro… – przerwał z westchnieniem.
– Jutro nie mam służby, a mimo to zamierzam trochę popracować. Pojadę do tego hotelu i przemknę przezeń jak sirrocoi
– Może wystarczy, jeśli wyśle pan tam kilku swoich ludzi – zaproponowałem.Po dłuższej przerwie odparł z powagą: – Wydałem ścisłe zalecenie, że nikt nie może nawet kiwnąć palcem w tej sprawie bez mojej wiedzy i nadzoru.
– Ach, tak.
– Wobec tego może zadzwonię jutro, jeśli to nie problem.
– Jutro będę pod tym numerem od czwartej aż do północy – poinformowałem go, nie ukrywając wdzięczności. – Potem proszę kręcić śmiało na mój telefon domowy.
W sobotę rano Popsy zadzwoniła do mnie, akurat gdy kręciłem się po mieszkaniu, starając się nie dostrzegać rzeczy, które domagały się, abym niezwłocznie się nimi zajął.
– Coś się stało? – spytałem, zaniepokojony tonem, jakim się ze mną przywitała.
– Poniekąd. Potrzebuję pańskiej pomocy. Może pan przyjechać?
– Natychmiast czy może być jutro? Mam dyżur od czwartej.
– W sobotę po południu? – wydawała się zdziwiona.
– Niestety tak.
Zawahała się. – Alessia nie pojechała wczoraj na powrózku, ponieważ bolała ją głowa.
– Ach, tak… a dziś?
– Dziś po prostu nie miała ochoty. Widzi pan – rzekła nagle – powiedziałabym, że na samą myśl o tym ogarniają przerażenie… Ale dlaczego? Przecież widział pan, jak trzyma się w siodle i jak płynnie wtedy pojechała? – W jej głosie słychać było wyraźną nutę rozdrażnienia i szczerego zatroskania. Kiedy nie odpowiedziałem od razu, zapytała z naciskiem: – Jest pan tam jeszcze?
– Tak zamyśliłem się tylko – powiedziałem. – Nie ulega wątpliwości, że nie przeraziły ją konie ani jazda konna. Może bać się… sam nie wiem, jak mam to wyrazić… zamknięcia… niemożności ucieczki… podczas jazdy na powrózku. To trochę jak klaustrofobia, mimo iż jest się na otwartej przestrzeni. Może właśnie dlatego nie chciała wcześniej pojechać na powrózku, ale sama, dosiadając konia wtedy, w Downs, czuła się wyśmienicie.
Zamyśliła się nad tym przez chwilę, po czym rzekła: – Może ma pan rację. Wczoraj na pewno miała kiepski nastrój… większość dnia przesiedziała w swoim pokoju, unikała mnie.
– Popsy… proszę jej nie przymuszać. Jest jej pani bardzo potrzebna, ale ona przede wszystkim oczekuje pani obecności, bez żadnych nacisków. Niech jej pani nie każe jeździć na powrózku, dopóki sama się na to nie zdecyduje. Proszę jej powiedzieć, że wszystko gra, że cieszy panią jej towarzystwo i że może robić, co zechce. Co pani na to? Potrafi się pani na to zdobyć? Powie jej to pani? Obiecuję, że przyjadę jutro z samego rana.
– Tak, tak i jeszcze raz tak – odparła z westchnieniem. – Naprawdę bardzo ją lubię. A pan niech przyjedzie na lunch i pokaże, jaki z pana magik. Proszę nie zapomnieć czarodziejskiej różdżki…
Pucinelli zadzwonił późnym wieczorem – miał wieści dobre, złe i nijakie.
– Signorina miała rację – rzucił na wstępie z zadowoleniem w głosie. – Zabrano ją właśnie do tego hotelu w okolicy Viralto. Skonsultowaliśmy się z kierownikiem. Twierdzi, że o niczym nie wie, ale pozwolił nam przeszukać wszystkie zabudowania, obecnie magazyny i spiżarnie, a dawniej kwatery dla służby oraz stajnie dla koni pociągowych i innych zwierząt gospodarskich. Na piętrze w jednej ze stajni znaleźliśmy namiot! – Zamilkł na chwilę, by dodać swoim słowom dramatyzmu, a ja mu pogratulowałem. – Był zwinięty – kontynuował – ale kiedy go rozłożyliśmy, okazało się, że jest właściwych rozmiarów. Zielone, płócienne ściany, szary spód, dokładnie tak, jak powiedziała signorina Cenci. Podłoga na strychu była z drewna, wkręcono w nią haki, żeby można było rozbić namiot. Bo w tym domu na przedmieściach, to rozbito namiot, przymocowując chyba haki do mebli…
– Mhm – rzuciłem zachęcająco.
– Stajnia znajduje się na tyłach hotelu, po drugiej stronie niedużego podwórza, w niewielkim oddaleniu od hotelowej kuchni. Całkiem możliwe, że signorina Cenci poczuła zapach świeżo pieczonego chleba… hotel ma własną piekarnię.
– Wspaniale – mruknąłem.
– Nie do końca. Nikt jej tam nie widział. Nikt nie chciał nam nic powiedzieć. Większość przybudówek stanowią magazyny, jest tam mnóstwo rozmaitych rzeczy, przechowuje się tam także mięso i warzywa… chłodnia jest naprawdę olbrzymia… furgonetki codziennie dowożą produkty do spiżarni. Myślę, że signorina mogła zostać przywieziona do hotelu w jednej z tych furgonetek i nikt nie zwrócił na nią większej uwagi. Na tyłach hotelu jest tyle przybudówek i podwórek… garaże, składziki na sprzęt ogrodowy, magazyny z rzeczami i meblami, które nie są aktualnie używane, stajnie, gdzie składuje się dawne wyposażenie zamku – stare kuchnie, wanny, jest tego tyle, że można by zapełnić miejskie wysypisko śmieci. Można by ukrywać się tam przez miesiąc. Nikt by pana nie znalazł.
– Zatem portret pamięciowy i zdjęcia porywaczy nic nie pomogły? – spytałem.