Выбрать главу

– Niestety, nikt nie zna tego człowieka. Nikt nie widział wcześniej tych dwóch, których zamknęliśmy. Nikt nic nie wie. – Wydawał się zmęczony i zawiedziony.

– Tak czy owak, ma pan namiot. I nie ulega wątpliwości, że jeden z porywaczy musiał nieźle znać ten hotel, ponieważ stryszek nad stajnią nie jest miejscem, które znajduje się przypadkiem.

– To prawda – przyznał. – Niestety, w Vistaclara przebywa wielu gości i jest tam liczna obsługa. Jeden z porywaczy mógł tam kiedyś mieszkać lub pracować.

– Vistaclara… czy to nazwa tego hotelu? – spytałem.

– Tak. Kiedyś w stajni trzymano konie, ale kierownik mówił, że to przestało się opłacać, za mało ludzi ma ochotę na przejażdżkę wśród wzgórz, wolą raczej pograć w tenisa.

Konie… – pomyślałem mimochodem.

– A kiedy z hotelu usunięto te konie? – spytałem.

– Jeszcze zanim nastał nowy kierownik. Mogę go zapytać, jeśli pan chce. Twierdzi, że stajnie były puste, gdy zaczynał tu pracę jakieś pięć lat temu. Od tej pory nie trzymają koni. I niczego w stajniach nie przechowują w nadziei, że kiedyś nadejdzie dzień, gdy znów będzie się opłacało urządzać przejażdżki konne dla turystów.

– Pony trekking?

– Co takiego?

– Przejażdżki na kucykach po wzgórzach. Bardzo popularne w niektórych częściach Wielkiej Brytanii.

– Och – mruknął bez entuzjazmu. – Tak czy owak, byli tam niegdyś stajenni i instruktor jazdy konnej, ale teraz ich miejsce zajął trener tenisa… który, nawiasem mówiąc, nie rozpoznał żadnego z porywaczy.

– To duży hotel? – spytałem.

– Dość spory. Ludzie zjeżdżają głównie latem, bo jest tam chłodniej niż na równinach czy na wybrzeżu. Obecnie prócz kierownika pracuje tam trzydzieści osób, a hotel ma do zaoferowania sto pokoi dla gości. A także uroczą restauracyjkę z widokiem na góry.

– Czy jest tam drogo? – drążyłem temat.

– Na pewno nie jest to miejsce dla biedaków – odparł. – Ale i nie dla książąt. Dla ludzi z pieniędzmi, lecz nie dla nababów. Kilkoro gości mieszka tam na stałe… głównie starsze osoby. – Westchnął. – Jak pan widzi, będąc tam, zadałem wiele pytań. Niezależnie od tego, jak długo tam przebywają, żaden z gości ani pracowników obsługi nie rozpoznał mężczyzn ze zdjęć i portretu pamięciowego.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, lecz nie doszliśmy do żadnych konstruktywnych wniosków prócz tego, że Pucinelli wspomni nazajutrz w rozmowie z gadatliwym porywaczem nazwę Vistaclara.

A ja nazajutrz, czyli w niedzielę, udałem się do Lambourn.

Alessia już od blisko dwóch tygodni była wolna i zaczęła nawet malować sobie paznokcie różowym lakierem. Drobiazg, ale mimo wszystko znaczący. Chyba powoli odzyskiwała spokój ducha.

– Sama kupiłaś lakier? – spytałem.

– Nie… To Popsy.

– A ty byłaś już na zakupach?

Pokręciła głową. Nie odezwałem się słowem, więc po chwili rzekła: – Pewnie uważasz, że powinnam.

– Nie. Zastanawiałem się tylko.

– Nie naciskaj.

– Nie zamierzam.

– Jesteś taki sam jak Popsy – okropny. – Spojrzała na mnie niemal z wrogością, w jej przypadku było to czymś całkiem nowym.

– Pomyślałem tylko, że ten lakier jest naprawdę ładny – rzuciłem przyjaznym tonem.

Odwróciła głowę, zmarszczyła brwi, a ja wypiłem kawę, którą poczęstowała mnie Popsy, zanim wyszła na obchód swoich stajni.

– Popsy prosiła, abyś przyjechał? – spytała ostro Alessia.

– Owszem, zaprosiła mnie na kawę.

– Skarżyła się na mnie, że jestem krnąbrna?

– Nie – odparłem. – A jesteś?

– Nie wiem. Chyba tak. Przez cały czas się miotam. Chce mi się krzyczeć. Mam ochotę rzucać czym popadnie. Chciałabym komuś przyłożyć. – Mówiła z takim zacięciem, jakby faktycznie z najwyższym trudem powstrzymywała narastającą w jej wnętrzu wściekłość.

– Może zawiozę cię do Downs.

– Po co?

– Abyś mogła się wykrzyczeć. Pokopać w opony i w ogóle. Zresztą sama wiesz.

Wstała gwałtownie, przez chwilę krążyła niespokojnie po kuchni, po czym wyszła na zewnątrz. Pospieszyłem za nią i ujrzałem stojącą niepewnie w pół drogi do land rovera.

– No to jedziemy – rzuciłem. – Wsiadaj. – Wykonałem pytający gest w stronę stojącej opodal Popsy, wskazując na land rovera, a kobieta lekko pokiwała głową.

Kluczyk był w stacyjce. Zająłem miejsce za kierownicą i czekałem, aż w końcu Alessia wślizgnęła się na fotel obok mnie.

– To głupie – powiedziała.

Pokręciłem głową, uruchomiłem silnik i pojechaliśmy w to samo miejsce co trzy dni wcześniej, gdzie królowała cisza, świergot ptaków, a nad głowami rozciągał się bezmiar nieba.

Kiedy zatrzymałem samochód, wrzuciłem hamulec i zgasiłem silnik, Alessia zapytała niepewnie:

– I co teraz? Przecież nie mogę tak po prostu zacząć krzyczeć.

– Pospaceruj trochę, może jednak zechcesz. Zaczekam na ciebie w aucie.

Nie patrząc na mnie, otworzyła drzwiczki, wysiadła i odeszła od samochodu. Jej szczupła sylwetka coraz bardziej nikła w oddali, ale wciąż ją widziałem i po dłuższej chwili wróciła. Podeszła od mojej strony, stanęła przy uchylonym oknie i powiedziała ze spokojem: – Nie mogę krzyczeć. To nie ma sensu. – Miała też suche oczy.

Wysiadłem z land rovera i stanąłem na trawie obok niej.

– A o co chodzi z tą jazdą na powrózku? Co sprawia, że czujesz się spięta? Co cię przeraża?

– Popsy mówiła ci o tym?

– Nie. Wspomniała tylko, że nie masz na to ochoty.

Oparła się o przód land rovera. Nie patrzyła na mnie i unikała mojego wzroku.

– To jakaś bzdura – mruknęła. – Nie wiem, czemu tak się dzieje. W piątek byłam już przebrana dojazdy Chciałam to zrobić… ale byłam okropnie wzburzona. Brakowało mi tchu. Czułam się gorzej niż przed moim pierwszym wielkim wyścigiem… choć wrażenie było podobne. Zeszłam na dół i to odczucie jeszcze bardziej przybrało we mnie na sile. Dusiłam się. Nie pozostało mi nic innego, jak powiedzieć Popsy, że boli mnie głowa… co skądinąd nie było tak dalekie od prawdy… a wczoraj ten koszmar się powtórzył. Było dokładnie tak samo. Nie potrafiłam nawet zejść na dół… czułam się przez to podle, ale nie mogłam…

Zamyśliłem się przez chwilę, po czym rzekłem: – Zacznij od początku. Od tego, jak wstałaś. Pomyśl o stroju do konnej jazdy. Pomyśl o koniach. Pomyśl o jeździe przez miasto. Pomyśl o każdej z tych rzeczy z osobna, po kolei, i powiedz mi, która z tych myśli sprawia, że czujesz się taka… wzburzona.

Spojrzała na mnie z powątpiewaniem, ale w końcu zamrugała powiekami i zrobiła, o co ją poprosiłem. Po chwili pokręciła głową. – Nie czuję się teraz wzburzona. Nie wiem, o co w tym chodzi… Pomyślałam o wszystkim. To chłopcy. - Te ostatnie słowa jakby ktoś z niej wypchnął, dobyły się bez jej woli, gdzieś z głębi.

– Chłopcy?

– Stajenni.

– A konkretnie?

– Ich oczy. – Znów jakby ktoś to z niej wypchnął.

– Jeżeli będziesz jechać na końcu stawki, nie będą cię widzieć – powiedziałem.

– Ale wciąż będę myśleć o ich oczach.

Spojrzałem na jej zmęczone, wychudzone i przepełnione niepewnością oblicze. Nie wiem, czy jestem w stanie jej pomóc, stwierdziłem. Jej jest potrzebny zawodowiec, a nie amator wspierany głosem zdrowego rozsądku.

– Dlaczego właśnie o ich oczach? – spytałem.

– Bo te oczy… – mówiła głośno, jakby same te słowa wymagały gwałtowności. – Oni mnie obserwowali. Wiedziałam, że to robią. Że patrzą na mnie. – Nagle odwróciła się i z wściekłością kopnęła oponę land rovera. – Wchodzili do środka. Wiem, że tak było. Nienawidzę tego… Nienawidzę… Nie mogę znieść… ich wzroku… ich oczu…

Wyciągnąłem ręce, objąłem ją i mocno przytuliłem. – Alessio… Alessio… To nie ma znaczenia. A jeśli nawet to robili… co z tego?

– Czuję się… brudna… zbrukana.

– Jakbyś została zgwałcona? – spytałem.

– Tak.

– Ale nie…?Pokręciła głowa. Bez słowa. Zdecydowanie.

– Skąd wiesz, że wchodzili do środka? – spytałem.