Выбрать главу

– Zgarnęliśmy twojego bachora, Nerrity, i jak chcesz, żeby twój dziedzic wrócił do domu w jednym kawałku, zrobisz grzecznie, co ci każemy. W przeciwnym razie weźmiemy nóż i urżniemy małemu coś, by cię przekonać. Na pewno nie kosmyk włosów, Nerrity. Może palec. Albo jego wacka. Możesz być pewien, że się nie zawahamy. Zrozumiałeś, Nerrity? Nie próbuj kręcić. Potraktuj to poważnie. Masz konia, Nerrity. Wiemy, że jest sporo wart. Sześć milionów. Siedem. Sprzedaj go, Nerrity. Jak powiedzieliśmy, chcemy pięć milionów. W przeciwnym razie dzieciak ucierpi. A to miły malec. Chyba nie chcesz, żeby krzyczał, co? Po tym, co mu zrobimy, będzie wył na całe gardło. Niech sprzedażą zajmie się twój agent od koni rasowych. Niech naprawdę się postara. Czekamy równo tydzień. Dokładnie siedem dni. Za tydzień od dziś przygotuj pieniądze w używanych banknotach, góra dwudziestkach. Powiemy ci, gdzie masz je zostawić. Rób, co ci każemy, albo wykastrujemy bachora. I prześlemy ci taśmę z nagraniem, żebyś mógł posłuchać, jak to się odbyło. Ciach. No i ryk. I trzymaj się z dala od glin. Jak stwierdzimy, że dałeś cynk psom, dzieciak wyląduje w plastikowym worku. I po bólu. Nawet nie odzyskasz jego ciała. Nic. Zero. Zastanów się nad tym. I to tyle, Nerrity. Koniec wiadomości.

Głos umilkł nagle i przez blisko minutę trwała grobowa cisza, zanim ktokolwiek się odezwał. Słyszałem całe mnóstwo żądań okupu, ale zawsze, za każdym razem wywoływały we mnie spory szok.

Nerrity, jak wielu innych rodziców przed nim, był kompletnie zdruzgotany.

– Oni nie mogą… – wychrypiał, z trudem artykułując słowa.

– Mogą – zapewnił go beznamiętnie Tony – ale nie zrobią tego, jeżeli spiszemy się jak należy.

– Co panu powiedzieli dziś po południu? – spytałem. – Czym się różni nagranie?

Nerrity przełknął ślinę. – Wzmianką… o nożu. Tego wcześniej nie było. Powiedział tylko „pięć milionów za twojego dzieciaka”. A ja mu na to, że nie mam pięciu milionów… Wtedy on: „masz przecież konia, sprzedaj go”. I to wszystko. No i dodał jeszcze, żebym nie powiadamiał policji. Pięć milionów, żadnych glin, albo dzieciak zginie. Powiedział, że będzie w kontakcie. Zacząłem krzyczeć do niego… ale się rozłączył.

Rightsworth pieczołowicie wyjął kasetę z magnetofonu; włożył do pudełka, a to z kolei do kartonu; przez cały czas miał na sobie gumowe rękawiczki. Powiedział, że zabiera kasetę. Powiedział, że na telefonie Nerrityego zostanie założony podsłuch. Powiedział, że zajmie się tą sprawą.

Nerrity, poważnie zaniepokojony, błagał go o najwyższą ostrożność, a temu, kto przywykł do rozkazywania innym, błaganie nie przychodziło z łatwością. Rightsworth z wyższością i dumą w głosie odparł, że zostaną przedsięwzięte wszelkie niezbędne środki ostrożności, ja zaś zdałem sobie sprawę, że Tony, podobnie jak ja, uważał, że Rightsworth nie traktował gróźb porywaczy zbyt poważnie i ogólnie rzecz biorąc nie należał do bardziej błyskotliwych policjantów.

Kiedy nadkomisarz wyszedł, Nerrity, który trochę się już uspokoił i zwalczył w sobie pierwszy strach, zrobił sobie jeszcze jeden dżin z tomkiem, ponownie z lodem i z cytrynką. Wyjął kilka kostek lodu z kubełka przy pomocy miedzianych szczypczyków, czemu Tony przyglądał się z niedowierzaniem.

– Może drinka? – zwrócił się do nas po namyśle. Podziękowaliśmy zdawkowo.

– Nie zapłacę tego okupu – rzucił zdecydowanym tonem. – Po pierwsze, nie mogę. Ten koń i tak ma zostać sprzedany. Ma już cztery lata i powinien spłodzić potomstwo. Nie muszę włączać w to agenta od koni rasowych, ta sprawa została już uzgodniona. Część udziałów już upłynniono, ale nie zobaczyłem z tego ani pensa. Jak już powiedziałem, mam spore długi. Interesy kiepsko idą. – Wypił łyk dżinu. – Zapewne wiecie już, że ten koń oznacza dla mnie różnicę między wypłacalnością a bankructwem. To prawdziwy łut szczęścia, uśmiech losu, że tamtego dnia kupiłem go, jeszcze jako roczniaka.

Odrobinę się nadął, w myślach poklepał się po plecach i obaj z Tonym pomyśleliśmy o morzu dżinu z tonikiem, jakie musiał wypić, oblewając zapewne w nieskończoność swoją trafną decyzję i zarazem inwestycję finansową.

– Czy pańska firma nie jest przedsiębiorstwem z ograniczoną odpowiedzialnością? – spytałem. – O ile wolno zapytać?

– Niestety, nie jest.

– A czym się właściwie pan zajmuje? – wtrącił mimochodem Tony.

– Jestem importerem. Hurtownikiem. Jedna, dwie błędne decyzje… – wzruszył ramionami. – Te przeklęte długi. Fatalna sprawa. Kilka firm, które były mi winne pieniądze, zbankrutowało. Przy operacjach, jakie prowadzę, zważywszy skalę moich inwestycji, nie potrzeba wielkiej recesji, aby narobić sporo szkód. Ordynans wszystko naprawi, pomoże mi wrócić na rynek. Ustawi mnie na nowo. I pomoże w uzyskaniu funduszy na dalszy rozwój firmy. To moja przepustka do przyszłości. Ordynans to istny cud. – Wykonał gniewny gest wolną ręką. – Niech mnie piekło pochłonie, jeżeli przez tych cholernych porywaczy miałbym zmarnować całe moje życie. Nie oddam tego wszystkiego, na co tak długo i ciężko harowałem.Jednak to powiedział, pomyślałem. Powiedział na głos to, co go dręczyło, odkąd Miranda do niego zadzwoniła. Nie kochał swego synka na tyle, by być dla niego skłonnym do najwyższych poświęceń.

– Ile jest wart Ordynans? – spytał beznamiętnie Tony.

– Trafnie ocenili jego wartość. Sześć milionów przy odrobinie szczęścia. Czterdzieści udziałów po sto pięćdziesiąt tysięcy każdy. – Napił się, brzęknął lód w szklance.

– Ile panu potrzeba, aby wyjść na prostą i uregulować wszystkie długi?

– To cholernie osobiste pytanie!

Tony odparł ze spokojem: – Jeżeli mamy prowadzić dla pana negocjacje, musimy wiedzieć, na co może pan sobie pozwolić, a na co nie.

Nerrity łypnął spode łba na plasterek cytryny, po czym rzekł: – Cztery i pół miliona, mniej więcej, powinno wystarczyć, abym był nadal wypłacalny. Pięć wystarczyłoby, abym dodatkowo uregulował wszystkie długi. Z sześcioma byłbym spokojny i ustawiony na przyszłość.

Tony zerknął na niego przez całą długość pokoju. – A co z tym domem?

Nerrity spojrzał na niego jak na dziecko, które nie ma żadnego pojęcia o sprawach finansowych.

– Każda cegła jest objęta hipoteką – odparł krótko.

– A jakieś inne kapitały?

– Gdybym je miał, do tej pory już kazałbym je spieniężyć!

Tony i ja wymieniliśmy spojrzenia, po czym Tony rzekł: – Sądzę, że moglibyśmy odzyskać pańskiego syna za niecałe pół miliona. Rzecz jasna zaczniemy od niższej kwoty. Pierwsza oferta – sto tysięcy. I od tego właśnie zaczniemy.

– Ale oni się nie… powiedzieli… – Nerrity przerwał, skonsternowany.

– Najlepiej byłoby – zaproponowałem – aby pańskie nazwisko pojawiło się jak najszybciej na łamach gazet. W tych artykułach niech pan śmiało obwieści światu, że nie ma to jak zwycięzca Derby, aby uniknąć wizyty komornika.

– Ale…

– Zgadza się – wszedłem mu w słowo. – Może w normalnych okolicznościach nie jest to sprzyjające dla interesów. Ale pańscy wierzyciele nabiorą pewności, że zdoła pan spłacić swoje długi, a porywacze zrozumieją, że nie dostaną tyle, na ile liczą. Gdy skontaktują się z nami ponownie, będą domagać się o wiele mniej. Jeżeli tylko uświadomią sobie, że ich pierwsze żądanie to gruszki na wierzbie i nie mają na co liczyć, prędzej czy później przystaną na naszą propozycję, lepszy chyba wróbel w garści…

– Ale przecież oni skrzywdzą Dominica…

Pokręciłem głową. – To raczej wątpliwe, zwłaszcza jeżeli ci ludzie liczą na jakikolwiek zysk. Dominic jest ich jedyną gwarancją na osiągnięcie tego zysku. Dominic cały i zdrowy. Nie mogą sobie pozwolić na utratę jedynego posiadanego kapitału, dopóki wierzą, że zapłaci pan im tyle, ile będzie mógł. Dlatego też w rozmowie z przedstawicielami prasy proszę dopilnować, aby dziennikarze zrozumieli, że po sprzedaży Ordynansa nie będzie pan całkiem spłukany. Proszę powiedzieć im otwarcie, że sprzedaż konia pozwoli panu uregulować wszelkie długi i co więcej, pozostanie panu niewielka „nawiązka”.