– Ale… – powtórzył.
– Gdyby miał pan trudności z dotarciem do dziennikarzy z najważniejszych gazet z City, możemy to dla pana załatwić – dokończyłem.
Spojrzał najpierw na mnie, a potem na Tony’go, miał niepewną minę jak dowódca, który utracił kontrolę nad sytuacją.
– Naprawdę? – zapytał.
Obaj potaknęliśmy. – Zaraz się tym zajmiemy.
– Andrew to załatwi – rzekł Tony. – On zna City. Nasz Andrew zdobywał pierwsze szlify u Lloydsa. – Ani ja, ani on nie wspomnieliśmy, jak podrzędną funkcję tam pełniłem. – Andrew czuje się w garniturze jak ryba w wodzie – dodał Tony.
Nerrity otaksował mnie wzrokiem. Bez krawata, ale nogawki spodni miały kanty. – Jest trochę młody – rzekł z dezaprobatą.
Tony zaśmiał się bezgłośnie. – Jest starszy niż piramidy egipskie – odparł. – Bez obawy, sprowadzimy pańskiego syna z powrotem do domu.
Nerrity wydawał się zażenowany. – Nie, żebym nie kochał mego syna. To jasne, że go kocham. – Przerwał. – Rzadko go widuję. Pięć minut z rana, a kiedy wracam do domu, on już śpi. W weekendy… pracuję na wyścigach albo spotykam się z kolegami z branży. Nie mam wiele czasu na opiekę nad dzieckiem.
Ani zbytnio się do tego nie palisz, pomyślałem.
– Miranda za nim szaleje. – Nerrity powiedział to tak, jakby to było coś złego. – Chyba powinna umieć go przypilnować przez parę minut, no nie? W głowie mi się nie mieści, że ktoś może być aż tak głupi.
Próbowałem wytłumaczyć, jak zdeterminowani są zwykle porywacze, lecz najwyraźniej bez powodzenia.
– Po pierwsze, to był jej pomysł, żeby mieć dziecko – burknął Nerrity. – Ja uważałem, że dziecko zniszczy jej figurę. Ale ona bez końca suszyła mi o to głowę. Twierdziła, że czuje się samotna. Chyba wiedziała, co oznacza życie ze mną, wiedziała o tym jeszcze przed ślubem, nieprawdaż?
Znała je z drugiej strony, pomyślałem. Od strefy biurowej, gdzie życie jest najbardziej intensywne i gdzie przez cały czas była zajęta i zapracowana.
– Tak czy owak, dziecko przyszło na świat. – Znów wykonał nerwowy, gniewny ruch ręką. – A teraz… jeszcze… to.
Na szczęście właśnie w tym momencie zjawiła się matka Mirandy, a niedługo potem odprowadziłem Alessię do samochodu i po cichu zamieniłem w ogrodzie kilka słów z Tonym Vinem.
– Jutro czwartek – powiedziałem. – Wittering to nadmorski kurort. Nie sądzisz, że jest spora szansa, że jutro na plaży pojawi się wiele spośród osób, które były tam dzisiaj?
– Uważasz, że nadkomisarz z Chichester to kupi? – spytał Tony.
– Na pewno.
– Nie mam nic przeciwko temu, aby posiedzieć cały dzień na wilgotnych, zimnych kamieniach.
– Rano jest odpływ – powiedziałem. – Może zawiózłbyś rano pociągiem rzeczy do Eaglera, a ja dołączę do ciebie i wspólnie pobrodzimy po wodzie, kiedy już uporam się ze sprawami w City?
Pokiwał głową. – No to do zobaczenia w hotelu Breakwater?
– Jasne. I powiadom recepcję, że zajmiemy pokój Mirandy. Jest w nim zameldowana aż do soboty. Powiedz, że chłopiec zachorował, a my jesteśmy jej braćmi i przyjechaliśmy, aby zabrać rzeczy siostry, samochód… i uiścić rachunek.
– Nie wiem, czy dłuższe przesiadywanie w Breakwater przyniesie jakiekolwiek efekty.
Uśmiechnąłem się w ciemnościach. – Lepsze to niż siedzenie za biurkiem w dyspozytorni.
– Wiedziałem, że z ciebie lepszy cwaniak, masz kiepełe, nie ma co!
Rozpłynął się bezgłośnie w ciemnościach, by dotrzeć pieszo do zaparkowanego opodal samochodu, a ja usiadłem w aucie obok Alessi i po chwili ruszyliśmy z powrotem do Lambourn.
Zapytałem, czy jest głodna i czy chciałaby, abyśmy zatrzymali się gdzieś na późną kolację, ale pokręciła głową.
– Razem z Mirandą zjadłyśmy płatki na mleku i tosty. Napchałyśmy się nimi po same uszy. I miałeś rację, gdy stamtąd wychodziliśmy, była o wiele spokojniejsza. Ale… ojej… kiedy pomyślę o tym małym chłopcu… samotnym… bez mamy… aż serce mi się kraje.
Następny ranek spędziłem na Fleet Street, nakłaniając znajomych redaktorów z działu biznesowego najważniejszych dzienników do zachowania tajemnicy i zyskując ich wsparcie, a następnie wybrałem się do West Wittering. Po drodze uświadomiłem sobie, że co najmniej dwadzieścia z minionych trzydziestu godzin spędziłem za kółkiem.
Dotarłszy do Breakwater, w dżinsach i sportowej koszuli, stwierdziłem, że Tony już zameldował się w hotelu i zostawił dla mnie wiadomość, iż czeka na plaży. Udałem się tam i odnalazłem go siedzącego na kolorowym ręczniku tylko w kąpielówkach i szpanującego imponującą muskulaturą. Klapnąłem obok niego na własnym ręczniku i zająłem się obserwacją tego, co działo się na plaży.
– Ten twój Eagler wpadł na ten sam pomysł – rzekł Tony. – Polowa plażowiczów to dziś piórkowani gliniarze po cywilnemu, co tylko kikują i biorą na spytki pozostałych. Siedzą tu od śniadania.
Wyglądało na to, że współpraca między Tonym a Eaglerem układała się całkiem nieźle. Tony uważał, że tamten ma „łebsko konstruktywne pomysły”, co w jego mniemaniu oznaczało najwyższą aprobatę…
– Eagler określił już rodzaj urządzenia zapalającego, którego użyto do puszczenia z dymem tej łodzi.
Jolka była też kradziona, ale to nic nowego.
Kilkoro dzieci budowało nowy zamek z piasku w miejscu zamku Dominica, który zniszczyła fala przypływu.
– Mała, mniej więcej ośmioletnia dziewczynka przyniosła Mirandzie list od porywaczy – powiedziałem. – O ile się założysz, że ona wciąż gdzieś tu jest?
Tony nie odpowiedział, ale wstał i pobiegł wzdłuż plaży, by po chwili wdać się w ożywioną rozmowę z dwoma młodzieńcami zawzięcie grającymi w piłkę.
– Poszukają jej – rzekł po powrocie. – Odnaleźli wielu z tych, co widzieli łódź. I kilku, którzy widzieli tych, co ją tu zostawili. Ten w zielonych szortach ma w kieszeni kserokopię portretu pamięciowego Giuseppe, ale jak dotąd nikt go tu nie widział.
Dwaj nastolatkowie, którzy pomogli mi wyciągnąć łódź poza zasięg przypływu, rozpoznawszy mnie, uprzejmie się ze mną przywitali.
– Cześć – pozdrowiłem ich. – Widzę, że łódź zniknęła zupełnie – a raczej to, co z niej zostało.
Jeden z nich pokiwał głową. – Wróciliśmy tu po kolacji i widzieliśmy, jak dwóch typów wyglądających na rybaków wciągnęło szczątki na pakę ciężarówki. Nie wiedzieli, do kogo należała ta jolka. Powiedzieli, że przysłała ich straż przybrzeżna, aby dostarczyć szczątki łodzi do ich placówki w Itchenor.
– Mieszkacie tutaj? – spytałem.
Zaprzeczyli zgodnie. – Mamy domek wynajęty na cały sierpień. Jeden z nich wskazał ręką wzdłuż plaży na wschód. – Przyjeżdżamy co roku. Rodzicom bardzo się tu podoba.
– Jesteście braćmi? – spytałem.
– I to bliźniakami. Ale nie jednojajowymi, jak pan widzi. Zebrali garść kamyków i zaczęli rzucać nimi w puszkę po coli, po czym oddalili się.
– Ciekawe, co? – rzekł Tony.
– No.
– Eagler chciał spotkać się z nami około piątej – powiedział. – W kawiarni Silver Sail w miasteczku, o którym wspominał ten chłopiec. Itchenor. Brzmi jak nazwa jakiegoś paskudnego choróbska.
Futbolista w zielonych szortach nawiązał rozmowę z małą dziewczynką, a jej matka, zaniepokojona, czym prędzej przyciągnęła pociechę do siebie.
– Nieważne – mruknął Tony. – Ta ślicznotka w różowym bikini to policjantka. Założysz się, że ten w zielonych szortach zaraz spróbuje ją zagadać?
– Nie zakładam się – odparłem.
Patrzyliśmy, jak zielone szorty zagaja rozmowę z dziewczyną w różowym bikini.
– Niezła robota – orzekł Tony. – Bardzo naturalnie to wyglądało.
Ślicznotka w bikini przestała szukać wyłącznie muszli i zaczęła rozglądać się także za małymi dziewczynkami, a ja tymczasem zdjąłem koszulę i pozwoliłem, by promienie słońca z wolna nadały mojej skórze barwę gotowanego homara.