Выбрать главу

– W porządku.

– I bądź cierpliwy. Kompletna cisza wymaga cierpliwości.

– Jasne.

Uśmiechnął się nagle, a białe zęby zalśniły diabolicznie pośród czerni jego oblicza.

– No tak, bo po cholerę całe lata treningu, skoro nie masz potem, kurka, okazji, aby wykorzystać to, czego się nauczyłeś?

Wysiedliśmy z auta na cichą, opustoszałą ulicę, a Tony wyjął z bezkształtnej płóciennej torby, którą miał w bagażniku, skomplikowaną uprząż, którą tak uwielbiał. Przytrzymałem dla niego elastyczny, czarny materiał, a on wsunął ręce w otwory i zapiął uprząż z przodu na suwak sięgający od talii aż po szyję. Nie prezentował się już tak smukło, przypominał raczej garbusa Quasimodo; akumulatorki, zamocowane na ramionach, przydawały mu niezdarnego i groteskowego wyglądu.

Uprząż pełna była uchwytów i kieszonek, każda z nich zawierała coś, co było dla Tony’ego niezbędne. Uchwyty zamocowano na stałe, ponieważ w przeciwnym razie umieszczone w nich rzeczy mogłyby pobrzękiwać i kołysać się przy każdym ruchu, a w dodatku odbijałyby światło. Wszystko, czego używał Tony, było matowoczarne i o ile to możliwe, pokryte niewielką ilością lepkiej substancji zapewniającej lepszy uchwyt. Byłem wręcz urzeczony, kiedy pokazywał mi swoje cudeńka po raz pierwszy, a poza tym czułem się uprzywilejowany, gdyż nie miał zwyczaju spoufalać się z innymi partnerami i zwierzać się ze sposobów, w jaki wykonywał swoją pracę, w obawie, aby mu tego nie zabrano.

– W porządku? – zapytał.

Pokiwałem głową. Najwyraźniej nie miał kłopotów z oddychaniem, ja natomiast czułem, jakby moje płuca przestały działać. On wszelako z gołymi rękami udawał się do krajów, gdzie dekonspiracja była równoznaczna ze śmiercią, toteż ta misja odbicia zakładnika w małej, nadmorskiej wiosce była dla niego jak wieczorna przechadzka po parku.

Wdusił niewidoczny przycisk gdzieś przy szyi i dał się słyszeć cichy szum włączonego akumulatora, który z odległości dwóch kroków brzmiał jak bezgłośny syk.

– No to świetnie – mruknął. – Weź torbę.

Wyjąłem z bagażnika płócienną torbę, po czym zatrzasnąłem kufer i pozamykałem drzwiczki w aucie. W chwilę potem, ubrani na czarno, dotarliśmy do rogu ulicy, gdzie Tony nagle wtopił się w spłachetek cienia i zniknął. Doliczyłem do dziesięciu, jak wcześniej uzgodniliśmy, ukląkłem, po czym ostrożnie, z mocno bijącym sercem przyjrzałem się po raz pierwszy obiektowi, który był naszym celem.

– Nie wstawaj z klęczek – poradził Tony. – Wartownicy prawie nigdy nie patrzą tuż przy ziemi, tylko trochę wyżej.

Miałem przed sobą zarośnięty chwastami ogród z brukowanymi ścieżkami, mroczny i ponury, mimo iż moje oczy przyzwyczaiły się już do ciemności.

– Podejdź do ściany domu z prawej strony – polecił Tony. – Schyl się, głowa niżej. Kiedy dotrzesz na miejsce, stań twarzą do muru, wśród najgłębszych cieni, jakie zdołasz znaleźć.

– W porządku.

Wykonałem polecenie i nikt nie wszczął alarmu, w domu panowała kompletna cisza.

Na ścianie nad sobą, unosząc wzrok, dostrzegłem czarny, nieregularny cień, którego nikt nie mógłby się tam spodziewać. A może raczej nikt z wyjątkiem Tony’ego, który wspinał się po gołej ścianie przy pomocy przyssawek napędzanych akumulatorową pompką próżniową. Tony był w stanie wejść w ten sposób na szczyt wieżowca, a co dopiero na drugie piętro. Dla niego to była pestka.

Mimo to miałem wrażenie, że czekam całą wieczność – serce dudniło mi w piersi.

Na ulicy nikt się nie pojawił, nie było osób cierpiących na bezsenność ani miłośników psów wyprowadzających swoich pupilów na nocny spacer.

Nadmorski kurort w Sussex pogrążył się we śnie i jedynymi, którzy teraz czuwali, byli policjanci, pracownicy Liberty Market i, co także możliwe, porywacze.

Coś delikatnie uderzyło mnie w twarz. Uniosłem rękę, aby to złapać, i zacisnąłem palce na zwisającej w dół czarnej, nylonowej linie.

– Przywiąż torbę na końcu liny i szarpnij dwa razy, to wciągnę ją na górę.

Zrobiłem, co chciał, i po chwili worek zniknął w ciemnościach powyżej.

Czekałem, serce nieomal wyrywało mi się z piersi. I nagle zobaczyłem torbę opuszczającą się powoli; była cięższa. Nie była już pusta. Uniosłem ją na ręce i szarpnąłem dwa razy za linę. Zaraz potem sznur miękko osunął się do moich stóp, ja zaś zacząłem niezdarnie go zwijać, wciąż trzymając w ramionach nieporęczne brzemię.

Nie usłyszałem, jak Tony schodzi na dół. Jego umiejętności były naprawdę zdumiewające. W jednej chwili nie było go, a w następnej stał obok mnie, chowając do kieszonek w swojej uprzęży kilka wcześniej niezbędnych rzeczy, których już teraz nie potrzebował. Sięgnął po linę, którą bez powodzenia próbowałem zwinąć, a on zrobił to w oka mgnieniu. Potem dotknął mego ramienia i obaj opuściliśmy zarośnięty ogród – ja skulony, zgięty wpół i dźwigający pękatą torbę, a Tony zwinnie i miękko, pozbywając się po drodze niewygodnej uprzęży. Gdy znaleźliśmy się w zaułku za rogiem, wyprostowałem się i ująłem torbę za uchwyty, niosąc ją w jednym ręku, jak należało.

– Masz – powiedział Tony. – Przetrzyj sobie tym twarz. – Podał mi coś wilgotnego i chłodnego, jakby gąbkę, z pomocą której starłem większość czarnej maści z twarzy i zauważyłem, że on robi to samo.

Bezgłośnie dotarliśmy do samochodu.

– Nie trzaskaj drzwiczkami – ostrzegł Tony, kładąc uprząż z przodu na fotelu pasażera. Zamkniemy je później jak należy.

– W porządku.

Ustawiłem torbę na tylnym siedzeniu i usiadłem obok, po czym wydobyłem z niej cenną zawartość – małego chłopca leżącego na plecach z kolanami podciągniętymi pod brodę i zwojami czarnej, nylonowej linki, która opadła mu na nogi. Był pogrążony w głębokim śnie, ale nie nieprzytomny – został lekko odurzony. Rozczochrane, jasnobrązowe kędzierzawe włosy sterczały na wszystkie strony, usta miał zalepione kawałkiem plastra. Owinąłem go w koc, który zawsze wożę w samochodzie, i położyłem na tylnym siedzeniu.

– Masz – rzekł Tony, podając mi ponad przednim fotelem buteleczkę i niewielką szmatkę. – To pomoże zmyć klej i plaster.

– To ich robota?

– Moja. Nie mogłem ryzykować, że dzieciak obudzi się i zacznie krzyczeć.

Uruchomił samochód i ruszył płynnie, a ja delikatnie zdarłem plaster i starłem pozostałość kleju z ust dziecka.

– Spał – poinformował mnie Tony. – Ale i tak potraktowałem go leciutko eterem. Nie na tyle, aby stracił przytomność. Jak wygląda?

– Jak odurzony.

– No i dobrze.

Dowiózł nas gładko do miasta, gdzie kazałem czekać Eaglerowi i jego ludziom przy drugim podejrzanym domu, tym z elektronicznym alarmem antywłamaniowym, prawie o kilometr od właściwego celu.

Tony zatrzymał wóz nieopodal budynku, po czym wysiadł, oddalił się i po chwili wrócił z Eaglerem. Na ich widok także wysiadłem z auta i przez chwilę wydawało mi się, że dostrzegłem na twarzy Eaglera błysk rozczarowania.

– Bez obawy – rzuciłem. – Jest w środku, w samochodzie. Eagler nachylił się, a ja delikatnie uchyliłem tylne drzwiczki. Zajrzał do środka, po czym wyprostował się.

– Zawieziemy go natychmiast do matki – powiedziałem. – Ona wskaże nam właściwego lekarza. To musi być ktoś, kogo chłopiec zna.

– Ale…

– Żadnych ale. Nie ma mowy o zabieraniu go na posterunek pełen gwaru, obcych osób i napiętej atmosfery. Umowa była jasna – my przejmujemy chłopca, pan zgarnia porywaczy. Chcielibyśmy także, aby przygotował pan nieco inną „oficjalną” wersję wydarzeń. Wolelibyśmy, aby na łamach prasy nie pojawiły się nasze nazwiska czy choćby drobna wzmianka o Liberty Market. Jesteśmy użyteczni dopóty, dopóki nikt o nas nie wie, ani opinia publiczna, ani tym bardziej potencjalni porywacze.

– W porządku – mruknął, przystając, aczkolwiek niechętnie, na moje żądanie. – Dotrzymam warunków umowy. Dokąd mamy teraz jechać?