Выбрать главу

Tony wszystko mu wyjaśnił.

– Zostawiłem tam pojemnik z gazem łzawiącym – powiedział z uśmiechem.

– Wziąłem go na wszelki wypadek, ale okazało się, że nie jest mi potrzebny. Jest podłączony do zegarowego wyzwalacza. – Sprawdził, która godzina. – Powinien wybuchnąć dokładnie za siedem minut. Pojemnik jest na tyle duży, aby gaz wypełnił nieomal cały dom, jeśli więc poczeka pan jeszcze pięć, dziesięć minut, powinien pan mieć mocno ułatwione zadanie. Do tego czasu w budynku będzie już można oddychać, ale porywaczom wciąż będą łzawić oczy… to znaczy, o ile do tej pory sami nie wyskoczą na zewnątrz.

Eagler słuchał tego wszystkiego z enigmatycznym wyrazem twarzy, nie potępiał, ale i nie pochwalał tego, co zrobił Tony Vine.

– Dzieciak był na najwyższym piętrze – rzekł Tony. – Miał na sobie szelki, takie jakie zakłada się malcom w wózeczkach. I był nimi przywiązany do łóżka. Odciąłem tylko paski, resztę zabrałem. Wciąż ma to na sobie. Ach, brakuje tam też kilku desek w podłodze. Niech pańscy ludzie uważają, żeby nie wpaść do dziury. Bóg jeden wie, jak tam jest głęboko. – Sięgnął do samochodu i wyjął ze schowka na rękawiczki pięć kaset. – Proszę je przesłuchać. I puścić naszym przyjaciołom, kiedy już pan ich zgarnie. Nikt się nie przyzna, skąd pochodzą. Podsłuchiwanie cudzych rozmów nie przystoi dżentelmenom. Andrew i ja nigdy wcześniej nie widzieliśmy tych taśm.

Eagler wziął kasety, miał lekko rozbawioną minę.

– I to chyba byłoby na tyle – rzekł Tony. – Pomyślnych łowów. Wskoczył za kierownicę, a ja, zanim usiadłem na siedzeniu z tyłu, zwróciłem się do Eaglera:

– Szef porywaczy ma się z nimi skontaktować jutro lub pojutrze. Nie sądzę, aby zjawił się osobiście… ale może zatelefonować… o ile wieści nie rozejdą się zbyt szybko.

Gdy wsiadłem do auta, Eagler rzucił tylko: – Dziękuję.

– I nawzajem – odparłem. – Gdyby nie pan, nie dalibyśmy rady. Jest pan niesamowity.

Tony uruchomił samochód, pomachał do Eaglera, który zatrzasnął tylne drzwiczki, po czym wolno, niespiesznie wyjechaliśmy na drogę, kierując się w przeciwną stronę niż ta, gdzie znajdował się dom porywaczy; z każdą chwilą zagrożenie słabło coraz bardziej.

– Uff – mruknął w końcu Tony. – Muszę przyznać, że całkiem nieźle nam poszło, udana akcja, nie ma co.

– Fantastycznie – przyznałem – ale jeśli będziesz pokonywał zakręty przy tej prędkości, Dominic zaraz stoczy się z siedzenia.

Tony obejrzał się przez ramię na dziecko owinięte w koc i postanowił zatrzymać na chwilę wóz, aby dokonać pewnych niezbędnych czynności, w tym usunięcia resztek czarnej maści z naszych twarzy oraz schowania sprzętu do bagażnika. Kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę, Dominic leżał na moim podołku z głową opartą o moje ramię i odruchowo tulił do siebie pluszowego misia, którego wyjąłem z walizki z jego rzeczami. Od czasu do czasu to otwierał, to zamykał oczy, ale się nie budził. Zastanawiałem się przez chwilę, czy i jemu, jak Alessi, podawano proszki nasenne, w końcu jednak uznałem, że był po prostu śpiący, jak to dziecko, a pod koniec podróży nagle ni stąd, ni zowąd otworzył szeroko oczy i spojrzał na mnie.

– Cześć, Dominicu – powiedziałem. Tony obejrzał się przez ramię. – Obudził się?

– Tak.

– To dobrze.

Uznałem jego komentarz za przejaw zadowolenia, że pacjent przeżył podaną mu narkozę. Dominic przerzucił wzrok na Tony’ego, a potem na mnie.

– Zabieramy cię do twojej matki – oznajmiłem.

– Powiedz raczej „do mamusi” – podsunął Tony. Dominic wpatrywał się we mnie, nawet nie mrugając.

– Zabieramy cię do domu – rzekłem. – Tu masz swego misia. Niedługo znów będziesz z mamusią.

Zero reakcji. Dominic wciąż tylko patrzył.

– Jesteś już bezpieczny. Nikt cię nie skrzywdzi. Zabieramy cię do domu, do mamusi.

Dziecko patrzyło bez słowa.

– Gadatliwy szkrab – mruknął Tony.

– Jest przerażony i zszokowany.

– No tak. Biedny malec.

Dominic miał na sobie czerwone kąpielówki, te same, w których był, kiedy go uprowadzono. Porywacze dorzucili do tego niebieski sweterek, ale o bucikach czy skarpetkach już nie pomyśleli. Był zimny w dotyku, kiedy wyjmowałem go z torby, ale owinięty w koc szybko się ogrzał i wyraźnie czułem jego ciepło.

– Wieziemy cię do domu – powiedziałem.

Nie odpowiedział, ale w jakieś pięć minut później wyprostował się i zaczął wyglądać przez okno. Po chwili przeniósł wzrok na mnie i rozluźniwszy się powoli, znów się do mnie przytulił.

– Jesteśmy prawie na miejscu – rzekł Tony. – Co robimy? Dochodzi czwarta. Jeżeli wyrwiemy ją z łóżka o tej bezbożnej godzinie, jak nic dostanie szoku i jeszcze nam zemdleje.

– Może nie śpi – zauważyłem.

– No tak – przyznał. – Martwi się o małego. Może i masz rację. Dobra, już dojechaliśmy.

Minąwszy bramę, wjechał na teren posiadłości Nerritych, pod oponami auta zachrzęścił żwir. Tony zatrzymał wóz przed frontowymi drzwiami, wysiadł i nadusił dzwonek.

Na górze zapaliło się światło i po dłuższej chwili drzwi frontowe, zabezpieczone łańcuchem, uchyliły się nieznacznie.

– Kto tam? – usłyszałem głos Johna Nerrity’ego. – Czego tu chcecie, u licha? Nie wiecie, która jest godzina?

Tony podszedł bliżej i stanął w świetle płynącym przez szparę w drzwiach. – To ja, Tony Vine.

– Wynoś się pan – warknął gniewnie Nerrity. – Mówiłem przecież…

– Przywieźliśmy pańskiego dzieciaka – odparł beznamiętnie Tony. – Chce go pan?

– Co takiego?

– Mamy Dominica – ciągnął ze spokojem Tony. – Pańskiego syna.

– Ja… – Nie dokończył.

– Niech pan powie o tym żonie – dodał Tony.

Chyba musiała być blisko, tuż obok męża, bo zaraz drzwi frontowe otworzyły się na oścież i ujrzeliśmy stojącą w progu Mirandę – miała na sobie tylko koszulę nocną i wyglądała na potwornie wychudzoną. Przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby nie wierzyła w to, co usłyszała, ja natomiast wysiadłem z samochodu, niosąc na rękach przytulonego mocno Dominica.

– Oto on – powiedziałem – zdrów i cały.

Wyciągnęła ręce, a Dominic z miejsca przylgnął całym ciałem do matki, zaś koc, w który był owinięty, zsunął się na ziemię. Chłopiec objął matkę obiema rękami za szyję i przytulił się tak mocno, że przez chwilę wydawali się nierozłączni, jakby stanowili jedną nierozerwalną całość, jedno ciało.

Żadne z nich nie odezwało się słowem. To pan Nerrity mówił za wszystkich.

– Może lepiej wejdźcie panowie do środka – powiedział.

Tony rzucił mi sardoniczne spojrzenie, a ja przestąpiłem próg i znalazłem się w środku.

– Gdzie go znaleźliście? – dopytywał się Nerrity. – Nie zapłaciłem okupu…

– Policja go znalazła – odrzekł Tony. – W Sussex.

– Och.

– Przy współpracy z Liberty Market – dodałem, gwoli ścisłości.

– Och. – Był kompletnie zbity z tropu, nie wiedział, jak okazać nam wdzięczność ani jak nas przeprosić, było mu głupio i nie potrafił wyrazić słowami, że się pomylił, odsyłając nas wcześniej do diabła.

Nie próbowaliśmy mu pomóc. Tony zwrócił się do Mirandy: – Pani wóz wciąż stoi pod hotelem, ale przywieźliśmy wszystkie pani rzeczy, ubrania, leżak i ciuszki dziecka.

Spojrzała na niego niepewnie, cała jej uwaga skupiona była na Dominicu.

– Proszę powiadomić nadkomisarza Rightswortha, że chłopiec wrócił do domu – rzekłem do Nerrity’ego.

– Ach… no tak.

Dominic w świetle lamp wydawał się naprawdę ładnym dzieckiem, o kształtnej główce i smukłej, długiej szyi. Jak dla mnie był lekki, ale Miranda uginała się pod jego ciężarem, gdy opasał ją nóżkami, przez cały czas obejmując za szyję. Wciąż wyglądali jak stopieni w jedną całość.

– Powodzenia – rzekłem do niej. – To wspaniały dzieciak. Patrzyła na mnie w milczeniu, tak samo jak jej synek.

Tony i ja wstawiliśmy rzeczy matki i dziecka do holu i powiedzieliśmy, że zadzwonimy z samego rana, aby upewnić się, czy wszystko w porządku, później jednak, kiedy Nerrity wykrztusił przez ściśnięte gardło kilka słów podziękowania i zamknął za nami drzwi, Tony zapytał: