Niebawem Elfowie stanęli w dwuszeregu naprzeciw siebie i skrzyżowali w górze miecze. Za każdym z nich stanęła Elfina, czekając w napięciu. Szeregi tancerzy ginęły w błękitnym półmroku jadalni, tworząc nawę ze sklepieniem z błyszczących brzeszczotów. Skaflok stanął przed krzesłem jarla.
— Dalej, zaczynajcie! — zawołał głośno Imryk.
Skaflok zaśpiewał:
Kiedy zaczął śpiewać, tancerze ruszyli do przodu i zgrzyt mieczy zawtórował słowom pieśni. Tancerki zwinnie pomknęły przed tancerzy. Każdy mąż ujął lewą dłonią prawą rękę niewiasty, która zawirowała w tańcu pod zwężającym się sklepieniem z mieczy, gdy błyskały i dźwięczały słowa.
Skaflok ciągnął:
Elfiny pląsały wśród wirujących, migocących brzeszczotów, szybko i zręcznie wykonując taneczne figury równie skomplikowane, jak wzór koronek piany na grzbietach fal. Mężowie zbliżali się do siebie w tańcu, mijali, obracali wokół własnej osi, a każdy rzucał swój miecz do tancerza po przeciwnej stronie, nie godząc w zwinne białe ciało, i chwytał ciśnięty ku niemu brzeszczot.
Skaflok śpiewał:
Tancerze krążyli w tańcu i obracali się wokół własnej osi szybciej, niż mogłoby to dostrzec oko śmiertelnika; ich miecze ze świstem przemykały między tancerkami. Brzeszczoty zanuciły ciszej swą pieśń i jakaś Elfina przeskoczyła przez nie, a ostre krawędzie uniosły się tuż za nią. Teraz każdy z tancerzy pochwycił swą partnerkę i otoczył jej ciało świetlistą metalową wstęgą. Po czym Elfowie znów fechtowali się w tańcu, Elfiny zaś skakały jak sarny w tych rzadkich chwilach, gdy miecze się cofały.
Skaflok nie przestawał śpiewać:
Skacząc i robiąc uniki jak biała błyskawica wśród szczęku brzeszczotów, Leea zawołała: — Och, Skafloku, dlaczego twoja dziewczyna, która tak cię kocha, nie zatańczy z nami na szczęście?
Skaflok nie odpowiedział, lecz śpiewał dalej:
W tej chwili dreszcz przebiegł tańczących: Leea, która bardziej zwracała uwagę na słowa Skafloka niż na ruchy towarzyszy, zraniła się o jeden z mieczy. Podłużna czerwona pręga przecięła jej jedwabiste ramiona. Lecz Elfina nadal pląsała, opryskując krwią tancerzy. Skaflok zmusił się, zęby śpiewać wesoło:
Ale inne niewiasty, wstrząśnięte wypadkiem Leei, gubiły rytm i raniły się o miecze. Imryk rozkazał zakończyć taniec, nim ktoś zostanie zabity i w ten sposób ściągnie jeszcze większe nieszczęście. Uczta zakończyła się w niepewnej ciszy, wśród ukradkowych szeptów.
Zaniepokojony Skaflok poszedł z Fredą do ich komnat. Tam pozostawił ją samą na jakiś czas. Wrócił niosąc szeroki pas ze srebrnych płytek, do którego była przymocowana od wewnątrz płaska buteleczka, również wykonana ze srebra.
Podał go Fredzie. — Niech to będzie mój pożegnalny dar dla ciebie — powiedział spokojnie. — Otrzymałem go od Imryka, ale chciałbym, żebyś to nosiła. Bo chociaż nadal sądzę, że zwyciężymy, nie jestem już tego taki pewny po tym przeklętym tańcu mieczy.
Przyjęła dar bez słowa. Skaflok ciągnął: — W buteleczce jest rzadki i silnie działający lek. Gdyby opuściło cię szczęście i wrogowie byli blisko, wypij to. Przez kilka dni będziesz jak martwa i na pewno każdy, kto cię zobaczy, zostawi cię w spokoju lub wyrzuci precz; tak postępują Trollowie z trupami obcych. Kiedy się obudzisz, może uda ci się wymknąć niepostrzeżenie.
— Po cóż miałabym uciekać, jeśli ty zginiesz? — zapytała ze smutkiem Freda. — Lepiej by było, żebym i ja umarła.
— Być może. Ale Trollowie nie uśmierciliby cię od razu, a wam chrześcijanom nie wolno się zabić, prawda? — Przez usta Skafloka przemknął zmęczony uśmiech. — Nie jest to najpiękniejszy z pożegnalnych darów, najdroższa, ale najlepszy, jaki posiadam.
— Nie — szepnęła. — Przyjmuję to i dziękuję ci. Lecz my posiadamy inny, lepszy dar, który możemy sobie ofiarować.
— Tak, to prawda — zawołał Skaflok i wkrótce potem oboje znów się weselili.
XV
Floty Elfów i Trollów spotkały się na pełnym morzu, daleko na północ od siedziby jarla, następnej nocy, tuż po zapadnięciu zmroku. Kiedy Imryk, który stał obok Skafloka na dziobie okrętu flagowego, zobaczył ogrom sił nieprzyjaciela, wciągnął gwałtownie powietrze do płuc.
— My, angielscy Elfowie, posiadamy najwięcej okrętów wojennych w całym Alfheimie — rzekł — ale tamci mają ich dwa razy więcej. Och, gdyby inni dostojnicy posłuchali mnie, kiedy mówiłem im, że Illrede zawarł z nami rozejm tylko dlatego, aby lepiej przygotować się do wojny. Nie zrobili tego, choć błagałem ich, żebyśmy połączyli nasze siły i skończyli z Trollami raz na zawsze.
Skaflok wiedział co nieco o rywalizacji, próżności, gnuśności i przyjmowaniu pobożnych życzeń za rzeczywistość, które stały się przyczyną bierności elfowych wielmożów. Sam Imryk również nie był bez winy. Za późno jednak było teraz na takie rozmowy. — Na pewno nie wszyscy są Trollami — powiedział — a nie sądzę, żeby Goblinowie i inna hołota okazała się szczególnie niebezpieczna.
— Nie drwij z Goblinów. Są dobrymi wojami, kiedy mają broń, jakiej im potrzeba. — Pełna napięcia twarz Imryka zabłysła na chwilę w mroku, gdy oświetlił ją zabłąkany promień księżyca. Tańczyło w nim kilka płatków śniegu unoszonych przez wiatr. — Czary nie na wiele się zdadzą obu stronom — ciągnął jarl — gdyż moce, którymi władają, są mniej więcej równe. Wynik bitwy zależeć będzie od siły armii, a my jesteśmy słabsi od Trollów.