Выбрать главу

Zamierzał uwolnić się od kolczugi, nim pociągnie go na dno, lecz to nie było już potrzebne. Wiele korabiów zostało staranowanych lub uległo zniszczeniu w samym środku bitwy. Maszt jednego z nich pływał w pobliżu i Walgard uchwycił się go lewą ręką. W prawej nadal ściskał topór, zwany Bratobójcą i przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien go porzucić.

— Ale nie — przeklęta, czy nie — była to dobra broń. Inni wojownicy, którzy zdołali pozbyć się niepotrzebnego obciążenia przed ucieczką ze statku, również trzymali się tego samego masztu co Walgard. — Kopcie dobrze nogami, bracia — zawołał odmieniec — a dotrzemy do jednego z naszych korabiów i jeszcze zwyciężymy w tej bitwie.

Na pokładzie zdobytego statku Elfowie krzyczeli z radości. Skaflok zapytał: — Gdzie jest Illrede? Powinien gdzieś tu być, ale nigdzie go nie widziałem.

— Może lata w pobliżu czuwając nad swoją flotą, tak jak Imryk robi to pod postacią mewy — odparł Ognista Włócznia. — Wyrąbmy dziurę w tej cholernej łajbie i wracajmy na nasz statek.

Znaleźli tam Imryka, który czekał na nich. — Jak przebiega bitwa, przybrany ojcze? — zawołał wesoło Skaflok.

Jarl Elfów odparł ponuro: — Źle, choć Elfowie dzielnie walczą, gdyż na każdego z nich przypada po dwóch Trollów. I oddziały wrogów lądują, nie napotykając oporu.

— Zaiste, złe to nowiny — krzyknął Golryk z Kornwalii — więc musimy bić się jak demony albo przegramy.

— Obawiam się, że już przegraliśmy — powiedział Imryk. Skaflok nie od razu zdołał to pojąć. Rozejrzał się dookoła i stwierdził, że okręt flagowy jarla dryfował samotnie. Obie floty rozpadły się na części składowe, gdy wrogowie rozcinali łączące je liny, ale Trollowie ponieśli mniejsze straty. I zbyt często dwie trollowe jednostki jak cęgi chwytały statek Elfów.

— Do wioseł! — krzyknął Skaflok. — Potrzebują pomocy! do wioseł!

— Dobrze powiedziane! — zadrwił Imryk.

Okręt jarla Elfów podpłynął do najbliższego skupiska walczących statków. Został zasypany strzałami.

— Strzelajcie! — zawołał Skaflok. — Na wszystkie demony piekieł, czemu nie strzelacie?

— Nasze kołczany są puste, panie — odrzekł jakiś Elf. Osłaniając się tarczami Elfowie ruszyli w środek bitwy. Dwa statki z ich floty zostały osaczone przez trzy jednostki najemników i drakkar Trollów. Kiedy korab Imryka zbliżył się, zaatakowały go nietoperzoskrzydłe demony znad Bajkału.

Elfowie walczyli mężnie, lecz trudno im było odpierać ataki przeciwnika, który uderzał na nich z góry lancami. Wypuścili ostatnie strzały, a skrzydlata śmierć nie ustępowała.

Mimo to zdołali się zbliżyć do statku Goblinów, z którego zasypano ich strzałami. Skaflok przeskoczył przez nadburcie i zaatakował wrogów elfowym mieczem, który teraz nosił. Niewysocy Goblinowie nie mogli długo stawiać mu oporu. Wychowanek Imryka przepołowił jednego, drugiemu rozpłatał brzuch i ściął głowę trzeciemu. Ognista Włócznia zaś przeszył piką dwóch i kopniakiem zmiażdżył trzeciemu mostek. Więcej Elfów wtargnęło na pokład wrogiej jednostki. Goblinowie się cofnęli.

Skaflok dotarł do ciężkich skrzyń, w których nieprzyjaciele trzymali zapasy strzał i przerzucił je na pokład Imrykowego korabia. Później, zamiast wyciąć resztę wrogów stłoczonych na rufie, zatrąbił do odwrotu, gdyż Goblinowie nikogo już nie obchodzili. Znów zaśpiewały elfowe łuki i skrzydlate demony runęły w dół.

Trollowie podpłynęli do nich blisko. Skaflok zobaczył że dwa pozostałe elfowe statki szykowały się do walki z Goblinami, Oniami i Dżinnami. — Jeżeli dadzą sobie z nimi radę, myślę, że będziemy mogli zająć się Trollami — rzekł.

Zielonoskórzy wojownicy uczepili się elfowego korabia i wznosząc okrzyk bojowy przedostali się na jego pokład. Skaflok pobiegł, by stawić im czoło, ale poślizgnął się na zakrwawionym pomoście i upadł między ławki. Rzucona z ogromną siłą włócznia ze świstem przeleciała obok miejsca, gdzie przed chwilą była jego pierś, i utkwiła w sercu Golryka z Kornwalii.

— Dziękuję — mruknął Skaflok wstając. Trollowie rzucili się na niego. Zadawane z góry ciosy odbijały się od jego tarczy i hełmu. Skaflok ciął mieczem w czyjeś kostki i jeden z wrogów upadł. Lecz nim zdążył podnieść miecz, inny Troll pochylił się, celując w jego twarz. Skaflok odepchnął go tarczą obitą żelazną blachą. Przeciwnik wrzasnął i się cofnął. Wrzeszczał bez przerwy, gdyż żelazo spaliło mu pół twarzy. Młodzieniec przedostał się znów na pokład i dołączył do Elfów.

Huk uderzeń i szczęk metalu rozbrzmiewały w coraz gęściej padającym śniegu. Zerwał się silny wiatr. Połączone linami statki kołysały się i uderzały kadłubem o kadłub. Wojownicy tracili równowagę, spadali z górnego pokładu, pomostu i ławek na dolny pokład i podnosili się, żeby dalej walczyć. Wkrótce tarcza Skafloka stała się bezużyteczna. Rzucił nią w Trolla, z którym wymienił ciosy, i zatopił miecz w jego sercu.

Zaraz potem ktoś chwycił go od tyłu. Skaflok zsunął z głowy stalowy hełm, lecz nic się nie stało, tylko podobne do dębowych konarów ramiona zacisnęły się mocniej. Odwróciwszy głowę młodzieniec zobaczył, że Troll ten odziany był w skórzany strój z kapturem i rękawicami. Użył elfowego chwytu, żeby się uwolnić, uderzając szybko ramionami pomiędzy kciuk a palec wskazujący przeciwnika, ale tamten znów pochwycił go w niedźwiedzi uścisk. Statek przechylił się i walczący potoczyli się między ławki.

Skaflok nie mógł się uwolnić z objęć Trolla. Dobrze wiedział, że tamten może połamać mu żebra jak drzewca strzał. Oparł kolana o brzuch Trolla, zacisnął ręce wokół grubej szyi wroga i zebrał się w sobie.

Chyba żaden inny śmiertelnik nie mógłby trwać wygięty w łuk w tych strasznych objęciach. Czuł, że opuszczają go siły, wypływając niczym wino z przewróconej czary. Napinając mięśnie palców i nóg, zacisnął z całej siły ręce na szyi Trolla. Wydawało mu się, że już całą wieczność przewalają się wraz ze statkiem i zdawał sobie sprawę, iż długo tak nie wytrzyma.

Po chwili jednak Troll puścił Skafloka i chwycił go za przeguby, gdyż brakowało mu tchu. Człowiek uderzył głową wroga o wzmacniacze masztu raz, drugi i trzeci z taką siłą, że roztrzaskał mu czaszkę.

Leżał potem na ciele Trolla, dysząc ciężko. Serce waliło mu jak młotem, w uszach szumiało. Po jakimś czasie zobaczył, że pochyla się nad nim Ognista Włócznia i usłyszał pełne podziwu słowa gwardzisty: — Żaden Elf ani żaden człowiek nie pokonał Trolla w walce wręcz. Twój czyn wart jest Beowulfa i nie zostanie zapomniany, póki istnieje świat. Zwyciężyliśmy.

Pomógł Skaflokowi wejść na pokład dziobowy. Rozglądając się po okolicy człowiek spostrzegł przez śnieżną zasłonę, że okręty najemników również zostały oczyszczone z wrogów.

Ale za jaką cenę — na trzech statkach zaledwie dwudziestu Eflów nie odniosło żadnych obrażeń, a większość tych, którzy przeżyli, była ciężko ranna. Elfowe drakkary dryfowały w stronę brzegu, obsadzone trupami i nielicznymi wojownikami zbyt utrudzonymi, aby mogli unieść miecz.

Wytężając wzrok w ciemnościach Skaflok spostrzegł, że jeden trollowy korab z pełną załogą na pokładzie płynie prosto na nich.

— Obawiam się, że przegraliśmy — jęknął. — Możemy tylko próbować ratować, co się da.

Elfowe drakkary bezwładnie kołysały się na falach. A na brzegu czekał już szereg Trollów dosiadających wielkich, czarnych koni.

Nagle mewa wynurzyła się zza śnieżnej zasłony, otrząsnęła się i zamieniła w Imryka. — Dobrze walczyliście — rzekł ponuro jarl. — Prawie połowa trollowych jednostek już nigdy nie wypłynie na morze, ale są to głównie korabie ich sprzymierzeńców, a my… my zostaliśmy rozbici. Te nasze statki, które jeszcze są w stanie pływać, uciekają na pełne morze, pozostałe zaś czekają, co im przyniesie los. — Wtem łzy zabłysły mu w oczach, może po raz pierwszy od wielu stuleci. — Anglia jest stracona. Obawiam się, że Alfheim również.