Ognista Włócznia mocniej ścisnął pikę. — Zginiemy w walce — oświadczył głuchym ze zmęczenia głosem.
Skaflok pokręcił głową, kiedy jednak pomyślał o Fredzie czekającej nań w Elfheugh, poczuł przypływ sił. — Będziemy nadal się bić — powiedział — ale najpierw musimy się uratować.
— To dobra sztuczka, jeżeli możesz to zrobić — odrzekł z powątpiewaniem Ognista Włócznia.
Skaflok zdjął hełm. Jego kędziory lepiły się od potu. — Zaczniemy od zdjęcia zbroi — rzekł.
Wiosłując resztkami sił Elfowie zdołali zbliżyć do siebie statki tak, że znalazły się w zasięgu bosaka. Zgromadzili się na jednym z nich, podnieśli maszt i żagiel. Mimo to mieli niewielkie szanse ucieczki, gdyż Trollowie płynęli z wiatrem, a oba elfowe korabie znajdowały się dość blisko brzegu.
Skaflok walczył z wiosłem sterowym; część jego towarzyszy zwinęła żagiel i statek popłynął ukośnie w stronę lądu. Trollowie zaczęli szybciej wiosłować, żeby albo schwytać elfowy drakkar, albo zepchnąć go na skalistą wysepkę przed nimi.
— To będzie trudny manewr — odezwał się Imryk.
— Trudniejszy, niż im się wydaje! — Skaflok uśmiechnął się niewesoło i zmrużył oczy starając się coś dojrzeć przez śnieżną zasłonę. Zobaczył fale rozbijające się o skały i poprzez świst wiatru usłyszał ich szum. Dalej znajdowały się mielizny.
Trollowie zajechali im drogę z prawej burty. Skaflok krzyknął do majtków, żeby postawili żagiel i włożyli hełmy. Statek zawrócił i pomknął w stronę wroga. Trollowie za późno odgadli zamiary wychowanka Elfów. Próbowali się wycofać, lecz elfowy drakkar staranował ich statek w śródokręciu tak mocno, że aż belki zaskrzypiały, wypychając go najpierw na płyciznę, później zaś na skalistą wysepkę. Znalazł się w pułapce i został zmiażdżony!
Elfowie Skafłoka pracowali jak szaleni przy żaglu. Wiosła trollowego korabia złamały się, gdy przemknęli obok. Skaflok nie łudził się, iż zdoła ocalić swój statek, lecz miał nadzieję, że gdy posłuży się nieprzyjacielską jednostką jako odbijaczem i dźwignią jednocześnie, jego okręt zderzy się z lądem łagodniej i w odległym końcu rafy, gdzie morze nie było tak wzburzone. Kiedy drakkar Elfów uderzył o brzeg i utkwił między skałami, tylko wąski kamienny grzbiet oddzielał go od płycizny.
— Ratuj się, kto może! — zawołał Skaflok. Zeskoczył na śliskie głazy, potem zaś do wody, zanurzając się po szyję. Popłynął do brzegu szybko jak foka. Jego towarzysze płynęli obok, z wyjątkiem ciężko rannych, którzy nie mogli się poruszać. Ci nieszczęśnicy musieli pozostać w rozpadającym się statku i utonąć mając ląd w zasięgu wzroku.
Pozostali Elfowie wyszli na ląd i znaleźli się daleko za szeregiem Trollów. Niektórzy z jeźdźców zauważyli uciekinierów i pocwałowali, żeby ich zabić.
— Rozproszcie się! — krzyknął Skaflok. — Większość z nas może uciekać!
Biegnąc w szalejącej zamieci widział, jak Trollowie przebijają Elfów włóczniami lub tratują ich końmi, ale większa część jego niewielkiej grupy zdołała się oddalić od prześladowców. Wtem mewa poderwała się do lotu.
Spadł na nią potężny orzeł bielik. Skaflok jęknął. Skulony za skałami zobaczył, jak orzeł zaniósł mewę na ziemię, gdzie ptaki zamieniły się w Illredego i Imryka.
Na jarla Elfów spadły ciosy trollowych maczug. Leżał nieruchomo w kałuży krwi, gdy wrogowie nakładali mu więzy.
Jeżeli Imryk zginął, Alfheim utracił jednego ze swych najlepszych przywódców. Lecz jeśli żył — biada mu! Skaflok ślizgał się po ośnieżonym wrzosowisku. Prawie nie czuł zmęczenia, zimna ani bólu przysychających ran. Elfowie zostali pokonani i miał teraz tylko jeden ceclass="underline" dotrzeć do Elfheugh i Fredy przed Trollami.
XVI
Podwładni Illredego schronili się przed słońcem. Odpoczywali kilka dni, gdyż walka i ich wyczerpała. Później wyruszyli na południe, połowa lądem i połowa morzem. Statki dotarły do przystani w Elfheugh jeszcze tej samej nocy. Ich załogi zeszły na ląd, ograbiły budynki, jakie zastały na otwartej przestrzeni, i czekały wokół zamku na swych towarzyszy broni.
Dowodzone przez Gruma i Walgarda oddziały posuwały się znacznie wolniej. Jeźdźcy przetrząsali okolicę i wszystkie nieliczne oddziały Elfów, którzy pragnęli walczyć, zostały wycięte w pień — choć nie bez strat wśród Trollów. Dalej położone dwory zostały złupione, a ich mieszkańcy przykuci za szyję do długich szeregów niewolników, którzy szli chwiejnym krokiem, z rękoma związanymi za plecami. Imryk był na czele. Trollowie spożywali elfowe potrawy, pili elfowe trunki i zabawiali się z niewiastami z Alfheimu, więc zbytnio nie śpieszyli się do Elfheugh.
Za pomocą czarów, czy też dzięki brakowi wiadomości od elfowych wojowników, mieszkanki zamku dowiedziały się o świcie, że Imryk przegrał bitwę. Później zaś, spoglądając z wysokich Parapetów na krąg ognisk otaczający twierdzę, na czarne statki wyciągnięte na brzeg albo zakotwiczone w zatoce Elfheugh, Przekonały się, że nie było to chwilowe niepowodzenie, lecz zwycięstwo najeźdźców.
Kiedy Freda stała wyglądając przez okno w swej sypialni, usłyszała cichy szelest jedwabiu. Odwróciła się i zobaczyła za sobą Leeę. W ręku Elfiny lśnił nóż.
Na twarzy Leei malował się ból i wrogość i nie wyglądała już jak posąg z kości słoniowej, wyrzeźbiony przez mistrza z południa. Powiedziała w języku ludzi: — Widzę, że nie wylewasz łez za tym, który stał się teraz żerem kruków.
— Będę płakała, kiedy się dowiem, że nie żyje — odparła Freda bezdźwięcznym głosem. — Ale miał w sobie zbyt wiele życia, abym mogła uwierzyć, że leży teraz martwy.
— Gdzież więc jest i jaki może być pożytek z wygnańca? — Leea uśmiechnęła się zimno. — Czy widzisz ten sztylet, Fredo? Trollowie rozłożyli się obozem wokół Elfheugh, a wasze prawo zabrania ci odebrać sobie życie. Ale jeśli chcesz umknąć przed losem, z chęcią ci w tym pomogę.
— Nie, zaczekam na Skafloka — odparła Freda. — A poza tym, czyż nie mamy włóczni, strzał i machin wojennych? Czy nie ma dość zapasów jedzenia i picia? Czy mury nie są wysokie, a wrota mocne? Niech ci, którzy pozostali w zamku, bronią go dla tych, którzy wyruszyli na wojnę.
Leea opuściła nóż. Długo przyglądała się smukłej, szarookiej dziewczynie. — Masz mężną duszę — powiedziała w końcu — i wydaje mi się, że zaczynam dostrzegać, co zobaczył w tobie Skaflok. Ale twoja rada jest typowa dla śmiertelników — nierozsądna i pochopna. Czyż niewiasty mogą obronić twierdzę, gdy polegli ich mężowie?
— Mogą spróbować — albo zginąć jak oni.
— Nie. One mają inną broń. — Okrutny uśmieszek przemknął przez usta Elfiny. — Niewieścią broń, lecz by jej użyć, musimy otworzyć bramy. Czy pomścisz swego ukochanego?
— Tak — za pomocą strzały, sztyletu i trucizny, jeśli będzie trzeba!
— Więc ofiaruj Trollom swe pocałunki: szybkie jak strzała, ostre jak noże i śmiercionośne jak trucizna. Takie są zwyczaje Elfin.
— Raczej złamałabym wielkie prawo Tego, Który Jest W Górze, i odebrałabym sobie życie, aniżeli stałabym się wszetecznicą dla zabójców mego ukochanego! — wy buchnęła gniewnie dziewczyna.