— Gadanina śmiertelników! — odparła drwiąco Leea. Uśmiechnęła się tajemniczo. — Przez jakiś czas zabawią mnie pieszczoty Trollów. Przynajmniej będzie to coś nowego, a trudno cokolwiek znaleźć po tylu wiekach. Otworzymy bramy Elfheugh, kiedy przybędzie nasz nowy jarl.
Freda osunęła się na kolana i ukryła twarz w dłoniach. Leea ciągnęła: — Skoro upierasz się przy ludzkiej głupocie, rada się ciebie pozbędę. Jutro o świcie, kiedy Troiło wie zasną, wypuszczę cię z zamku ze wszystkim, co zechcesz wziąć. Później zrobisz, co uznasz za stosowne — przypuszczam, że uciekniesz do krainy ludzi i dołączysz swój głos do żałosnego chóru zakonnic, do których jakoś nigdy nie przychodzi ich niebiański oblubieniec. Życzę ci tedy wiele radości!
I odeszła.
Przez jakiś czas Freda leżała na łożu, pogrążona w rozpaczy. Nie mogła płakać, choć dusiły ją łzy. Wszyscy umarli, jej najbliżsi, jej ukochany…
Nie!
Usiadła i zacisnęła pięści. Skaflok nie mógł zginąć. Nie uwierzy w to, póki nie ucałuje jego bezkrwistych ust — po czym, jeśli Bóg się zlituje, pęknie jej serce i padnie martwa obok ukochanego. Ale jeżeli żyje… jeśli leży ciężko ranny, może właśnie wrogowie otaczają jego kryjówkę i Freda jest mu bardzo potrzebna…
Zaczęła pośpiesznie gromadzić to, co mogło się przydać. Jego hełm, kolczugę i strój, który do nich nosił (wydały się jej dziwnie puste, znacznie bardziej puste, niż odłożone na bok szaty jakiegokolwiek innego męża), topór, miecz i tarczę, włócznię, łuk i wiele strzał. Dla siebie także wzięła lekką kolczugę, której używały elfowe wojowniczki. Dobrze pasowała do jej smukłej postaci, uśmiechnęła się więc do zwierciadła zakładając druciany czepiec i złocisty skrzydlaty hełm. Podobała się Skaflokowi w tym stroju, bardziej z powodu wesołej miny niż chłopięcego wyglądu.
Ekwipunek musi być z elfowego metalu, gdyż konie z Krainy Czarów nie mogły znieść żelaza, ale przypuszczała, że zrobi zeń dobry użytek.
Do stosu rzeczy dołączyła sztokfisze i resztę żywności oraz futra, koce, torbę z przyborami do szycia i wszystko, co jeszcze mogło im się przydać. — Staję się gospodynią! — powiedziała z uśmiechem. To proste słowo ucieszyło ją jak widok starego przyjaciela. Wzięła też pewne rzeczy, których znaczenia nie znała, lecz wiedziała, że Skaflok przywiązuje do nich wielką wagę: skóry wilka, wydry i orła, różdżki z jesionowego i bukowego drewna z wyrytymi na nich runami oraz pierścień dziwnej roboty.
Kiedy zapakowała to wszystko, odszukała Leeę. Elfina spojrzała ze zdumieniem na podobną do Walkirii postać. — Co chcesz teraz zrobić? — zapytała.
— Potrzebuję czwórki koni — odparła Freda — i pomocy przy objuczaniu jednego z nich tym, co zabieram. Potem mnie stąd wypuść.
— Jeszcze jest noc, Trollowie nie śpią i grasują po okolicy, a poza tym elfowe konie nie mogą podróżować za dnia.
— Tak nie ma znaczenia. Są szybsze od innych. Teraz zaś liczy się tylko szybkość.
— Tak, możesz dotrzeć do kościoła przed świtem, jeśli uda ci się przedostać przez obozowisko wrogów — zadrwiła Leea — i broń, którą zabierasz, może ci się przydać w drodze. Ale nie licz na to, że zdołasz zatrzymać na dłużej elfowe złoto.
— Nie mam złota ani nie zamierzam się udać do krainy ludzi. Chcę, żebyś mnie wypuściła przez północną bramę.
Leea otworzyła szeroko oczy, po czym wzruszyła ramionami. — To głupota. Cóż wart jest trup Skafloka? Lecz niech się stanie, jak chcesz — dodała miękko, drżącym głosem. — Proszę cię, pocałuj go raz od Leei.
Freda nic nie odpowiedziała, ale czuła, że żywy czy martwy, Skaflok nigdy nie otrzyma tego pocałunku.
Padał gęsty śnieg, gdy opuszczała zamek. Wrota otwarły się bezszelestnie, a goblinowi strażnicy, którym obiecano wolność za tę usługę, pomachali jej na pożegnanie. Freda wyjechała prowadząc za sobą trzy konie. Nie odwróciła się. Bez Skafloka wspaniałości Elfheugh nic dla niej nie znaczyły.
Wiatr świszczał i smagał dziewczynę, przejmując ją zimnem do szpiku kości mimo ciepłych futer. Freda pochyliła się i szepnęła koniowi do ucha: — Cwałuj teraz szybko, bardzo szybko, o najlepszy z rumaków! Na północ, do Skafloka! Znajdź go za pomocą nieśmiertelnego rozumu i doskonałych zmysłów, a będziesz spał w złotej stajni i pasł się przez wszystkie stulecia swego żywota na kwietnej łące, nie znając ciężaru siodła.
W tyle rozległ się głośny okrzyk. Freda wyprostowała się w siodle. Ogarnęło ją przerażenie. Niczego bardziej się nie lękała niż Trollów, a oni ją zobaczyli… — Pędź szybko, mój koniu!
Koń pomknął tak prędko, że aż świszczało jej w uszach i o mało nie spadła z siodła. Musiała też zasłonić oczy ramieniem. Nawet za pomocą czarodziejskiego wzroku niewiele mogła dojrzeć w ciemnościach i śniegu, ale usłyszała za sobą tętent kopyt.
Jechała coraz szybciej i szybciej, wciąż na północ. Wiatr chłosta] ją i wył, prześladowcy skowyczeli, dudniły końskie kopyta. Kiedy się odwróciła, zobaczyła Trollów, jako ciemniejszy od nocy cień pędzący w mroku. Gdybyż tylko mogła się zatrzymać i kazać im wrócić do domu w imię Chrystusa! Ale zasięg ich słuchu by mniejszy niż odległość strzału.
Śnieg padał coraz gęściej. Niebawem Trollowie pozostali w tyle chociaż wiedziała, że będą ją tropić niezmordowanie. Pędząc n północ, coraz bardziej zbliżała się do maszerującej na południ armii Trollheimu.
Czas mknął jak wicher. Freda dostrzegła przelotnie ogień n szczycie wzgórza — to na pewno płonął jakiś elfowy dwór. Oddziały Trollów musiały być blisko i bez wątpienia roześlą wszędzie zwiadowców.
Jakby w odpowiedzi na tę myśl, na prawo od niej w mroku rozległo się wycie. Usłyszała tętent kopyt. Jeśli odetną jej…
W poprzek drogi wyłonił się potworny kształt, wielki kosmaty koń czarniejszy od nocy, ze ślepiami jak rozżarzone węgle, a i nim jeździec ogromnej postury, o ohydnej twarzy — Troll! Elfowy rumak skręcił w bok, lecz nie dość szybko. Jeździec wyciągnął rękę, chwycił za wodze i zatrzymał konia.
Freda krzyknęła przeraźliwie. Ale nim zdołała wymówić święte imiona, Troll jedną ręką ściągnął ją z siodła i przycisnął do siebie, drugą zaś zakneblował usta. Ręka ta była zimna i śmierdziała jak jama pełna węży.
— Ho, ho, ho! — zawołał Troll.
Z mroku nocy, przywołany gorącym pragnieniem Fredy, dysząc ciężko po długim biegu i ze strachu, że przybył za późno, wyskoczył Skaflok. Oparł stopę o strzemię Trolla, podciągnął się i wbił mu sztylet w gardło.
I pochwycił dziewczynę w ramiona.
XVII
Kiedy wojsko Trollów dotarło do Elfheugh, od strony wież strażniczych zagrał róg i wielkie wrota z brązu otworzyły się. Walgard zebrał wodze i zmrużył oczy. — To jakaś sztuczka — rzekł.
— Myślę, że nie — odparł Grum. — W zamku pozostało niewielu mężów, a niewiasty oczekują, że je oszczędzimy. — Zatrząsł się ze śmiechu. — I zrobimy to! Zrobimy!
Kopyta wielkich trollowych koni zadudniły na płytach dziedzińca. Było tu ciepło i spokojnie w błękitnym półmroku, który spowijał mury i smukłe wieżyczki. Z ogrodów płynęły aromatyczne zapachy; pluskały fontanny i przejrzyste strumyki szemrały obok małych altanek przeznaczonych tylko dla dwojga.
Niewiasty z Elfheugh zebrały się przed zamkiem, żeby powitać zdobywców. Chociaż Walgard widział już elfowe dziewy podczas marszu na południe i spał z nimi, na widok tych wykrzyknął cicho.
Jedna wysunęła się naprzód. Cienkie szaty lgnęły do każdej okrągłości jej ciała. Przyćmiewała pozostałe Elfiny urodą jak księżyc gwiazdy. Pokłoniła się głęboko Grumowi, tak że długie rzęsy zasłoniły jej chłodne, tajemnicze oczy. — Witaj panie — raczej zaśpiewała niż przemówiła. — Witaj. Elfheugh poddaje się.