Zycie wygnańców było ciężkie, ale dziewczyna czuła, że jej ciało przystosowuje się do niego: zmysły nabrały ostrości, mięśnie siły, a dusza — hartu. Wiatr chłostał krew w jej żyłach, aż czuła mrowienie na całym ciele; gwiazdy użyczyły blasku jej oczom.
Kiedy życie balansowało na ostrzu miecza, Freda nauczyła się rozkoszować każdą chwilą, poznała głębie, o których nawet nie śniła.
To dziwne, myślała, że także wtedy, gdy byli głodni, zamarznięci i przestraszeni, nigdy się nie kłócili. Myśleli i postępowali jak jedna istota, jak gdyby zostali ulepieni z tej samej gliny. Istniały między nimi tylko takie różnice, które odpowiadały pragnieniom i potrzebom drugiej osoby.
— Przechwalałem się kiedyś przed Imrykiem, że nigdy nie zaznałem strachu, klęski ani nieszczęśliwej miłości — powiedział Skaflok. Leżał w jaskini z głową na łonie Fredy, która rozczesywała mu zmierzwione przez wiatr włosy. — Rzekł mi wtedy, że są to trzy końce i początki ludzkiego żywota. Nie zrozumiałem, co miał na myśli, lecz teraz widzę, że był mądry.
— Skąd mógłby to wiedzieć?
— Nie wiem, gdyż Elfowie tylko czasem poznają klęski, bardzo rzadko strachu, a miłości — nigdy. Ale od czasu, gdy cię spotkałem, odnalazłem w sobie wszystkie trzy. Stawałem się bardziej Elfem niż człowiekiem, lecz ty przywracasz mi moje człowieczeństwo i tracę elfowe nawyki.
— Coś elfowego przedostało się do mojej krwi. Boję się, że za mało myślę o tym, co dobre i święte, a coraz więcej o rzeczach pożytecznych i przyjemnych. Popadam w coraz cięższe grzechy.
Skaflok przyciągnął jej twarz do swojej. — I dobrze robisz. To mamrotanie o powinności, prawie i grzechu nie przynosi nic dobrego.
— Bluźnisz… — zaczęła, ale Skaflok zamknął jej usta pocałunkiem. Chciała się uwolnić i wszystko zakończyło się miłosną grą, pełną śmiechu i pozorowanej walki. Do czasu, gdy skończyli, Freda zapomniała o złych przeczuciach.
Kiedy Trollowie przestali pustoszyć ziemie Elfów, wycofali się do swych warowni i rzadko je opuszczali, chyba że w oddziałach zbyt licznych, aby można je było atakować. Skaflok, który po zabiciu pewnej liczby jeleni, zgromadził duże zapasy zmarzniętego mięsa, nie mając nic do roboty sposępniał i już nie przekomarzał się z Fredą, lecz spędzał dni siedząc skulony w jaskini.
Dziewczyna starała się go pocieszyć: — Teraz nie grozi nam niebezpieczeństwo — powiedziała.
— Cóż z tego, skoro nie możemy walczyć — odparł. — Czekamy tylko na koniec. Alfheim ginie. Wkrótce wszystkie królestwa Krainy Czarów będą należały do Trollów. A ja — ja siedzę tutaj!
Któregoś dnia wyszedł z jaskini i zobaczył kruka szybującego na wietrze pod ołowianym niebem. Morze atakowało skały u jego stóp, szumiało i ryczało gniewnie szykując się do nowego skoku, a pył wodny zamarzał tam, gdzie spadł.
— Jakie przynosisz wieści? — zawołał Skaflok w mowie kruków. Oczywiście nie użył tych słów ani nie otrzymał podobnej odpowiedzi, gdyż języki zwierząt i ptaków różnią się od ludzkich, ale w przybliżeniu miało to takie właśnie znaczenie.
— Przybywam z południa, spoza Kanału, żeby sprowadzić moich krewnych — odparł kruk. — Walonia i Wendlandia wpadły w ręce Trollów, Skania jest bliska klęski, a armie Królów Elfów wycofują się w stronę centralnych prowincji jego państwa. Dobrze jest tam ucztować, ale kruki powinny się pośpieszyć, gdyż wojna niedługo się skończy.
Skafloka ogarnęła taka wściekłość, że nałożył strzałę na cięciwę łuku i zabił ptaka. Lecz gdy martwy kruk spadł mu do stóp, opuścił go gniew, ustępując miejsca smutkowi.
— Źle postąpiłem zabijając cię, bracie — powiedział cicho. — Nie zrobiłeś mi nic złego, a raczej czynisz dobro oczyszczając ten świat ze śmierdzących odpadków przeszłości. Byłeś mi przyjazny i w dodatku bezbronny, a ja zabiłem cię, choć pozwoliłem wrogom siedzieć w spokoju.
Wrócił do jaskini i nagle wybuchnął płaczem. Łkania rozdzierały mu pierś. Freda przytuliła go, przemawiając doń jak do dziecka, aż się wypłakał w jej objęciach.
Tej nocy Skaflok nie mógł zasnąć. — Alfheim ginie — mamrotał. — Zanim stopnieją śniegi, Alfheim będzie już tylko wspomnieniem. Nic mi już nie pozostało, jak tylko wyruszyć przeciw Trollom i zabrać ze sobą w zaświaty tylu, ilu będę mógł.
— Nie mów tak — powiedziała Freda. — W ten sposób zdradziłbyś nie tylko siebie — ale i mnie. Po stokroć lepiej jest żyć i walczyć.
— Czym walczyć? — zapytał Skaflok z goryczą. — Elfowe statki zostały zatopione lub rozproszone po morzach, wojownicy polegli, zakuto ich w kajdany lub są ścigani tak jak my. W zamkach Elfów mieszkają wiatr, śnieg i wilki, a wróg zasiada w jarlowskim krześle naszych dawnych panów. Elfowie są osamotnieni, nadzy, głodni i bezbronni…
Freda pocałowała go. I w tej samej chwili Skaflok zobaczył błysk miecza uniesionego wysoko na tle mroku.
Dziewczyna poczuła, że jej ukochany zesztywniał jak żelazna belka i trwał tak długi czas drżąc, jakby w tę belkę biło tysiąc młotów, a później szepnął: — Miecz… imieninowy dar Asów… tak, tamten miecz…
Freda przeraziła się.
— Co masz na myśli? Co to za miecz?
Kiedy leżeli przytuleni do siebie w ciemności, Skaflok zaczął szeptać jej cicho do ucha, jak gdyby się bał, że noc go usłyszy. Opowiedział jej, jak Skirnir przywiózł złamany miecz, jak Imryk ukrył ów brzeszczot w ścianie lochu w Elfheugh i jak Tyr ostrzegł go, że zbliża się czas, kiedy będzie potrzebowała daru Asów.
Kiedy skończył, poczuł, że Freda drży w jego objęciach, ona, która polowała na uzbrojonych Trollów. Powiedziała cicho i niepewnie: — Nie podoba mi się to, Skafloku. To niedobra rzecz.
— Niedobra? — zawołał. — Przecież to nasza ostatnia nadzieja. Odyn znający przyszłość musiał przewidzieć dzień zguby Alfheimu — i dał nam miecz, który ma temu zapobiec. Bezbronni? Pokażemy im, że jest inaczej.
— Niedobrze jest mieć do czynienia z pogańskimi rzeczami, a zwłaszcza wtedy, gdy ofiarowują je pogańscy bogowie — powiedziała błagalnym tonem. — Tylko zło z tego wyniknie. Och, mój ukochany, zapomnij o tym mieczu!
— To prawda, że bogowie bez wątpienia mają w tym własne cele — odparł — ale nie muszą one być sprzeczne z naszymi. Myślę, że Kraina Czarów jest szachownicą, na której Asowie i Jotunowie przesuwają Elfów i Trollów w jakiejś grze przechodzącej nasze zrozumienie. Lecz mądry gracz dba o swoje pionki.
— Ale ten miecz jest ukryty w Elfheugh.
— Jakoś się tam dostanę. Mam już pewien pomysł.
— Miecz jest złamany. Jak znajdziesz… znajdziemy olbrzyma, który może go naprawić? Jak zmusić go, żeby wykuł na nowo miecz, który zostanie użyty przeciw spokrewnionym z nim Trollom?
— Na pewno jest jakiś sposób — w głosie Skafloka zadźwięczały metaliczne nutki. — Nawet teraz wiem, jak mam zdobyć potrzebne mi informacje, chociaż to bardzo niebezpieczne. Może się nam nie powieść, ale dar bogów to nasza ostatnia szansa.
— Dar bogów — Freda wybuchnęła płaczem. — Mówię ci, że nie wyniknie z tego nic dobrego. Czuję to. Jeżeli rozpoczniesz poszukiwania, Skafloku, wówczas rozstaniemy się.
— Czy opuściłabyś mnie z tego powodu? — zapytał z przerażeniem.