Выбрать главу

— Nie, nie, mój kochany… — Przytuliła się do niego, czując, że łzy zasłaniają jej oczy. — To tylko coś szepcze mi w duszy… lecz wiem…!

Przytulił ją jeszcze mocniej i jął całować namiętnie, aż zakręciło się jej w głowie, a on sam roześmiał się ze szczęścia. W końcu musiała wybić sobie z głowy te myśli, jako niegodne małżonki Skafloka, i cieszyć się wraz z nim.

Obudziła się w niej jednak nie znana dotąd tęsknota, gdyż w głębi duszy czuła, że będą mieli niewiele chwil takich jak ta.

XIX

Następnej nocy, na kilka godzin przed świtem, po błyskawicznym odjeździe z jaskini, zebrali koniom wodze. Skaflok nie mógł czekać, gdy ginął Alfheim. Księżyc w drugiej kwadrze wyglądał zza chmur, a jego blade światło przesączało się przez oszronione drzewa i odbijało od śniegu. W nieruchomym, mroźnym powietrzu ich oddechy uniosły się ku górze jak dym, aby migotać niewyraźnie niczym duchy, które uciekły z ust konających.

— Nie możemy razem zbliżyć się do Elfheugh. — Szept Skafloka wydał się nienaturalnie głośny w spokojnym półmroku zarośli, w których się ukryli. — Lecz mogę zrobić to sam przed świtem, w postaci wilka.

— Czemu ci tak spieszno? — Freda przytuliła się do jego ramienia i młodzieniec poczuł sól łez na jej policzku. — Czemu przynajmniej nie udać się tam za dnia, kiedy będą spali?

— Nie mogę zmienić postaci w blasku słońca — odparł na to. — A kiedy znajdę się w środku, dzień czy noc nie zrobi żadnej różnicy, gdyż większość Trollów równie dobrze może spać, jak czuwać o każdej porze. Gdy już tam będę, znajdę tych, którzy mogą mi pomóc. Myślę przede wszystkim o Leei…

— Leea… — Freda zagryzła wargi. — Nie podoba mi się ten szalony plan. Czy nie ma innego sposobu?

— Nic innego nie przyszło mi do głowy. Ty, kochana, masz najcięższe zadanie — muszę to przyznać — czekać tu samotnie na mój powrót. — Spojrzał na jej twarz, jakby chciał zakarbować w pamięci najdrobniejszy szczegół. — Nie zapomnij rozbić przed wschodem słońca namiotu ze skór, które przywiozłem, by osłonić przed nim konie. I pamiętaj, że wrócę w ludzkiej postaci, niosąc ciężar. W ten sposób mogę wędrować za dnia, bezpieczny aż do zmierzchu, lecz znacznie wolniej, więc przypuszczalnie będę tu jutrzejszej nocy. Nie bądź nieostrożna, księżniczko. Jeśli zauważysz Trollów lub gdybym nie wrócił do trzeciego wieczoru, odejdź stąd. Uciekaj do świata ludzi i blasku słońca!

— Zniosę oczekiwanie — powiedziała bezbarwnym głosem — ale opuścić to miejsce nie wiedząc, czy żyjesz, czy… — wzruszenie ścisnęło ją za gardło — umarłeś, to może być ponad moje siły.

Skaflok zeskoczył z konia. Śnieg zachrzęścił mu pod nogami. Szybko rozebrał się do naga. Drżąc z zimna okręcił lędźwia skórą wydry, narzucił na ramiona skórę orła i okrył się wilczym futrem jak płaszczem.

Freda również zsiadła z konia. Pocałowali się namiętnie. — Żegnaj, najdroższa — powiedział Skaflok. — Czekaj na mnie, aż powrócę z mieczem.

Odwrócił się, nie śmiejąc się zatrzymać przy płaczącej cicho dziewczynie i okręcił się ciaśniej wilczą skórą. Stanął na czworakach i wymówił niezbędne słowa. Potem poczuł, że jego ciało drgnęło i przybrało inny kształt, a zmysły zmąciły się. Freda widziała, jak się zmieniał, szybko jakby topniał, aż stanął obok niej wielki szary wilk o świecących w mroku zielonych oczach.

Zimny nos dotknął na moment jej ręki. Freda zmierzwiła szarą sierść, po czym wilk oddalił się.

Mknął po śniegu, lawirując między drzewami i krzewami, sadząc wielkimi susami, szybko i niezmordowanie — nigdy nie mógłby tak biec w ludzkiej postaci. Jako wilk czuł się bardzo dziwnie. Wzajemne oddziaływanie kości, mięśni i ścięgien było inne niż przedtem. Wiatr muskał mu sierść. Widział niewyraźnie, wszystko stało się płaskie i bezbarwne, ale za to słyszał każdy najcichszy szelest, każde westchnienie i szept. Odkrył, że cisza nocna pełna jest pomruków — wiele z tych dźwięków było zbyt wysokich, aby mogli usłyszeć je ludzie. Powietrze sprawiało wrażenie żywego, ślady i tropy wirowały w nozdrzach Skafloka, odróżniał niezliczone subtelne zapachy. Były też odczucia, dla których brakło słów w języku ludzi.

Wydawało mu się, że znalazł się w innym świecie, czuł, iż ów świat jest pod każdym względem odmienny od tego, który znał. I on sam również się zmienił, nie tylko jego ciało, ale także umysł i nerwy. Jego myśli krążyły wilczymi ścieżkami, węższymi, lecz znacznie wrażliwszymi od ludzkich. W zwierzęcej postaci nie mógł myśleć o wielu rzeczach, a gdy znów stał się człowiekiem, nie potrafił przypomnieć sobie wszystkiego, co czuł i myślał jako zwierzę.

Naprzód, wciąż naprzód! Noc i mile uciekały pod jego stopami. Las tętnił tajemnym życiem. Uchwycił zapach zająca — przestraszonego, skulonego w pobliżu, wpatrującego się weń szeroko otwartymi oczami — i ślina napłynęła mu do pyska. Ale jego ludzka dusza gnała go wciąż naprzód. Zahukała sowa. Drzewa, wzgórza, skute lodem rzeki zamieniły się w uciekającą barwną smugę, księżyc płynął po niebie, a on biegł bez wytchnienia.

Wreszcie zobaczył sylwetkę Elfheugh majaczącą na tle wysrebrzonych chmur i zimowe gwiazdy, które przymarzły do jego wież. Elfheugh, Elfheugh, piękne i utracone, teraz siedziba śmiertelnych wrogów!

Położył się na brzuchu i poczołgał w stronę zamku. Wytężając wszystkie wilcze zmysły badał okolicę… czy wrogowie byli w pobliżu?

Poczuł wężowy zapach Trollów. Opuścił ogon i wyszczerzył zęby. Zamek cuchnął Trollami — i co gorsza, strachem, bólem i tłumionym gniewem.

Słabym wilczym wzrokiem nie mógł dostrzec szczytu muru, pod którym przycupnął. Lecz doskonale słyszał odgłos kroków wartowników spacerujących w górze, czuł ich woń i drżał na całym ciele, tak bardzo pragnął rozszarpać im gardła.

Spokojnie, tylko spokojnie, powiedział sobie w duchu. Przeszli obok, minęli go, znów może zmienić skórę.

Ponieważ był już zwierzęciem, wystarczyło, że zapragnął zmienić postać. Skręcił się, poczuł, że jego ciało przesuwa się i kurczy i zakręciło mu się w głowie. Po chwili poszybował ku niebu jako wielki orzeł.

Widział teraz bardzo dobrze, miał nieludzko bystry wzrok, a rozkosz lotu, nieskończone piękno wiatru i nieba pulsowały w jego żyłach. Ale surowy umysł i wola orła oparły się temu upajającemu uczuciu. Nie miał oczu sowy i w powietrzu był doskonałym celem dla strzał Trollów.

Przeleciał nad murem obronnym i dziedzińcem, po czym zwolnił lot, aż wiatr zaświszczał mu w piórach. Wylądował obok zamku, w cieniu porosłej bluszczem wieży, i znów zadygotał, zmieniając kształt. Potem czekał jakiś czas już w wydrzej skórze.

W tej postaci nie miał tak dobrego węchu jak wilk, chociaż wrażliwszy niż u człowieka, za to widział znacznie lepiej i miał równie bystry słuch. Każdy włosek na jego ciele wibrował od doznań niemożliwych do opisania w żadnym ludzkim języku. A szybkość, zwinność i piękne połyskliwe futro radowały próżny i figlarny umysł wydry.

Przyczaił się i leżał, wytężając wszystkie zmysły. Usłyszał z blanków okrzyki zaskoczenia. Ktoś musiał dostrzec orła, więc Skaflok wolał nie mitrężyć.

Przemykał zwinnie wzdłuż ściany, trzymając się cienia. Wydra była za duża, by czuł się bezpiecznie. Miałby większe szanse, gdyby zmienił się w łasicę lub szczura, ale nie mógł tego zrobić. Rad był, że Freda przywiozła mu te trzy zaczarowane skóry. Ogarnęło go rozczulenie, lecz nie powinien teraz myśleć o ukochanej, jeszcze nie.

Zobaczył otwarte drzwi i wślizgnął się do środka. Znajdowały się w tylnej części zamku, ale Skaflok doskonale znał każdy zakątek i szczelinę w labiryncie korytarzy. Nastroszył wąsy. Chociaż miejsce to śmierdziało Trollami, rozróżnił w powietrzu ciężką woń snu. Wyczuł, że kilku wrogów krążyło w pobliżu, lecz na pewno wymknie się im bez trudu.