Minął jadalnię. Trollowie leżeli rozwaleni na podłodze, chrapiąc w pijackim śnie. Gobeliny były podarte, meble pokiereszowane i poplamione, a ozdoby ze złota, srebra i kamieni szlachetnych, dzieło całych stuleci, porozkradane. Lepiej by się stało, pomyślał Skaflok, gdyby zwyciężyli nas Goblinowie. Przynajmniej był to lud mający dobre maniery. A te brudne świnie…
Piął się po schodach, zmierzając do komnat Imryka. Ktokolwiek był teraz jarlem, na pewno spał tam… z Leeą u boku.
Wydra przylgnęła do ściany. Wyszczerzyła ostre jak igły zęby w bezgłośnym warknięciu. Jej żółte oczy zabłysły. Wyczuła Trolla za zakrętem. Jarl postawił tam wartownika i…
Jak szara błyskawica wilk rzucił się na Trolla. Senny wojownik nie wiedział, co go zaatakowało, nim wilcze szczęki nie zacisnęły się na jego gardła. Runął na podłogę wśród chrzęstu kolczugi, szarpiąc pazurami zwierzę leżące mu na piersi i umarł.
Skaflok skulił się. Krew kapała mu z pyska. Miała kwaśny smak. To dopiero był harmider… nie, nie ogłoszono alarmu… nikt nic nie usłyszał… przecież zamek jest taki duży. Musi zaryzykować, że Trollowie odkryją ciało, zanim opuści Elfheugh. Tak, to prawie pewne, że ktoś je znajdzie — nie, poczekamy…
Szybko, już jako człowiek, Skaflok pokiereszował szyję zabitego Trolla jego własnym mieczem, tak by nie można było dostrzec, że to nie brzeszczot, a zęby odebrały mu życie. Może pomyślą, że zginął w pijackiej burdzie. Lepiej, żeby tak zrobili, pomyślał ponuro młodzieniec, wycierając usta i wypluwając zieloną krew.
Przybrawszy znów postać wydry pobiegł dalej. Na szczycie schodów drzwi do komnat Imryka były zamknięte, ale znał tajemny syk i gwizd, które je otworzą. Zrobił tak, uchylił drzwi nosem i wszedł do środka.
Dwoje spało w łożu Imryka. Jeżeli nowy jarl się zbudzi, będzie to kres wyprawy Skafloka. Młodzieniec poczołgał się w stronę łoża, a każdy ruch wydawał mu się bardzo głośny.
Gdy tam dotarł, stanął na tylnych łapach. Zobaczył na poduszce bosko piękne lico Leei w obłoku srebrzystych pukli, a obok niej głowę jasnowłosego męża, którego twarz nie utraciła surowego wyrazu nawet we śnie. To oblicze było kopią jego własnego.
A więc Walgard złoczyńca był teraz jarlem. Skaflok z trudem powstrzymał się, żeby nie zatopić wilczych kłów w jego gardle, nie wykłuć mu orlim dziobem oczu i nie zanurzyć wydrzego języka w rozszarpanych wnętrznościach.
Ale to były zwierzęce pragnienia. Gdyby dał im posłuch, na pewno narobiłby hałasu i utracił miecz.
Dotknął nosem policzka Leei. Elfina uniosła powieki i rozpoznała go.
Usiadła bardzo powoli. Walgard drgnął i jęknął we śnie. Leea znieruchomiała. Berserker mamrotał coś przez sen. Skaflok uchwycił strzępy zdań: …odmieniec… topór… O, matko, matko!
Elfina spuściła nogę na podłogę. Opierając się na niej, wysunęła się z łoża. Jej białe ciało prześwitywało przez zasłonę włosów. Jak cień wyszła z sypialni, przemknęła przez drugą komnatę do trzeciej. Skaflok pobiegł za nią. Leea cicho zamknęła za nim wszystkie drzwi.
— Teraz możemy porozmawiać — szepnęła.
Skaflok stanął znów jako człowiek i Elfina wpadła mu w ramiona, na poły śmiejąc się, na poły płacząc. Całowała go tak długo, że, zapomniawszy o Fredzie, uświadomił sobie, jak śliczną niewiastę trzymał w objęciach.
Leea spostrzegła to i chciała pociągnąć go w stronę łoża. — Skafloku — szepnęła. — Mój kochany.
Młodzieniec opanował się. — Nie mam czasu — powiedział szorstko. — Przybyłem tu po złamany miecz, który był imieninowym darem Asów dla mnie.
— Jesteś zmęczony. — Ręce Elfiny gładziły go po twarzy. — Byłeś zmarznięty, głodny i groziła ci śmierć. Pozwól mi dać ci wytchnienie i pociechę. Mam tajemną komnatę…
— Nie mam czasu, nie mam czasu — warknął. — Freda czeka na mnie w samym sercu posiadłości Trollów. Zaprowadź mnie do miecza.
— Freda. — Leea zbladła jeszcze bardziej. — Więc ta śmiertelna dziewczyna nadal jest z tobą.
— Tak i okazała się dzielną wojowniczką dla Alfheimu.
— Ja również nieźle się spisałam — powiedziała Elfina z dziwną mieszaniną dawnej ironii i nowego żalu w głosie. — Walgard już zabił dla mnie starego Gruma, trollowego jarla. Jest silny, ale urabiam go na moją modłę. — Pochyliła się ku niemu. — Jest lepszy od Trolla, jest prawie tobą… lecz to nie ty, Skafloku, i już męczy mnie udawanie.
— Pośpiesz się! — Potrząsnął nią. — Jeśli mnie schwytają, będzie to koniec Alfheimu, a z każdą minutą szanse pojmania mnie rosną.
Elfina stała jakiś czas w milczeniu. Wreszcie odwróciła głowę i wyjrzała przez duże oszklone okno na świat, gdzie chmury pochłonęły księżyc, a zmarznięta ziemia w ciszy oczekiwała świtu. — Istotnie — rzekła. — Oczywiście, masz rację. I cóż może być bardziej naturalnego niż to, że pragniesz jak najprędzej powrócić do twej ukochanej — do Fredy?
Odwróciła się od niego. Wstrząsnął nią bezgłośny śmiech. — Czy chcesz wiedzieć, kto był twoim ojcem, Skafloku? Czy mam powiedzieć, kim naprawdę jesteś?
Młodzieniec zasłonił jej usta ręką czując, że dawny lęk chwyta go za gardło. — Nie! Słyszałaś, co powiedział Tyr!
— Zapieczętuj mi usta pocałunkiem — odparła.
— Nie mogę czekać… — zaczął, ale posłuchał jej. — Czy teraz pójdziemy?
— Zimny był ten pocałunek — mruknęła z żalem. — Zimny jak obowiązek. No cóż, ruszajmy w drogę. Ale jesteś nagi i nie masz broni. Skoro jako zwierzołak nie możesz zabrać stąd żelaznego miecza, lepiej się ubierz. — Otworzyła skrzynię. — Masz tu tunikę, spodnie, ciżmy, płaszcz i wszystko, co tylko zechcesz.
Skaflok ubrał się gorączkowo. Bogato zdobione futrem szaty na pewno należały przedtem do Imryka i zostały przerobione dla Walgarda, gdyż pasowały jak ulał. Zawiesił u pasa toporek. Leea narzuciła na nagie ciało ognistoczerwony płaszcz. Potem zaprowadziła go do innych schodów.
Schodzili coraz niżej. W szybie było zimno i panowała w nim głęboka cisza, ale napięcie wydawało się nie do zniesienia. Raz minęli jakiegoś Trolla stojącego na warcie. Skaflok poczuł, że jeżą mu się włosy na głowie i sięgnął po toporek, lecz wartownik tylko pochylił głowę, biorąc go za odmieńca. Prowadząc żywot banity Skaflok zapuścił brodę i strzygł ją krótko jak Walgard.
Dotarli do lochów, których wilgotny mrok tylko z rzadka rozjaśniało światło pochodni. Kroki Skafloka budziły głośne echo w korytarzach, a ciemności wydawały się namacalne. Leea stąpała lekko, w milczeniu.
Wreszcie doszli do miejsca, gdzie na kamiennym murze widniały jaśniejsze ślady cementu, na którym wyryto znaki runiczne. W pobliżu znajdowały się zamknięte drzwi. Leea wskazała je Skaflokowi. — W tej celi Imryk więził matkę odmieńca — powiedziała. — Jest tam teraz sam, powieszony za kciuki nad niegasnącym ogniem. Kiedy Walgard się upije, zabawia się chłoszcząc go do nieprzytomności.
Skaflok zacisnął palce na rękojeści miecza tak mocno, że aż zbielały. A przecież w głębi ducha zadał sobie pytanie: czy los Imryka gorszy był od tego, który jarl zgotował Trollicy i, kto wie, ilu innym? Czy Freda — albo Biały Chrystus, o którym opowiedziała mu trochę — nie mieli racji mówiąc, że krzywda tylko rodzi jeszcze większą krzywdę, a przez to przybliża Ragnark? Że nadszedł już czas, aby duma i zemsta ustąpiły miejsca miłości i przebaczeniu, które wcale nie są godnymi pogardy słabostkami, ale największym zwycięstwem, na jakie może się zdobyć człowiek?