Lecz Imryk wziął go na wychowanie, a Alfheim był jego ojczyzną… Dlaczego nie mógł poznać tajemnicy swych narodzin? Gwałtownie uderzył toporkiem w ścianę.
Usłyszeli dalekie krzyki i tupot nóg. — Alarm — szepnęła Leea.
— Zdaje się, że znaleźli wartownika, którego musiałem zabić. — Skaflok uderzył mocniej. Cement powoli odłupywał się od kamienia.
— Czy widziano cię, jak wchodziłeś do zamku? — zapytała Elfina.
— Mogli mnie dostrzec w postaci orła. — Toporek pękł. Skaflok zaklął i zaczął uderzać złamanym ostrzem.
— Jeżeli Walgard dowie się o orle, jest na tyle bystry, że może się domyślić, iż nie było to zwykłe zabójstwo. A jeśli rozkaże żołnierzom przeszukać zamek i znajdą nas… Pośpiesz się!
Zgiełk na górze rósł, lecz tu, w dole, wydawał się cichszy niż zgrzyt metalu o kamień czy odwieczny plusk kropel wody.
Skaflok włożył ostrze toporka w szczelinę i mocno nacisnął. Raz–drugi–trzeci — i kamień wypadł!
Młodzieniec sięgnął do ciemnej niszy. Ręce mu drżały, gdy wyjął stamtąd miecz.
Obie części złamanego brzeszczotu oblepione były ziemią. Niegdyś miecz ten był dwusieczny i tak wielki i ciężki, że tylko najsilniejsi mężowie mogli nim władać. Choć tak długo leżał w ukryciu, nie zardzewiał, a krawędzie sieczne pozostały ostre jak brzytwa. Jelce, rękojeść i gałka połyskiwały złociście. Wyryto na nich postać smoka w taki sposób, że tworzyły jego ogon, tułów i głowę; jasne zaś nitowce wyglądały jak skarby, na których spoczywał. Wzdłuż ciemnego brzeszczotu biegły runy, których Skaflok nie potrafił odczytać. Wyczuł jednak, że najpotężniejsze z nich ukryte były na trzonku.
— Broń bogów — powiedział. Budziła w nim lęk. — Nadzieja Alfheimu.
— Nadzieja? — Leea cofnęła się unosząc ręce, jakby chciała coś odepchnąć. — Kto to wie? Teraz, kiedy już go mamy, zastanawiam się…
— Co masz na myśli?
— Czy tego nie czujesz? Mocy i głodu — zamkniętych w stali i trzymanych na uwięzi przez te nieznane runy? Miecz może pochodzić od bogów, ale do nich nie należy. Ciąży na nim przekleństwo, Skafloku. Przyniesie zgubę wszystkim, którzy znajdą się w jego zasięgu. — Zadrżała, lecz nie od wilgotnego chłodu lochów. — Myślę, Skafloku, że najlepiej byłoby, abyś znów zamurował ten miecz.
— Czy możemy liczyć na coś innego? — Owinął obie połowy miecza płaszczem i włożył pod pachę. — Chodźmy stąd.
Leea niechętnie zaprowadziła go do schodów. — To będzie niebezpieczne — powiedziała. — Na pewno nas zobaczą. Pozwól mi mówić za nas dwoje.
— Nie, gdyż później groziłoby ci niebezpieczeństwo, chyba że poszłabyś ze mną.
Odwróciła się rozpromieniona.
— Więc troszczysz się o mnie?
— Tak, oczywiście, jak i o cały Alfheim.
— A… Freda?
— O nią troszczę się bardziej niż o resztę świata, niż o bogów, ludzi i Krainę Czarów razem wzięte. Kocham ją.
Leea odwróciła twarz. Powiedziała bezbarwnym głosem: — Zdołam siebie ocalić. Zawsze mogę powiedzieć Walgardowi, że mnie zmusiłeś lub oszukałeś.
Wyszli na parter, gdzie panował wielki rozgardiasz i zgiełk a wartownicy biegali tam i z powrotem. — Stać! — ryknął jakiś Troll na ich widok.
Blada twarz Leei zapłonęła gniewem, jak odblask ognia na lodzie. — Czyżbyś śmiał zatrzymywać jarla? — zapytała.
— Proszę… o wybaczenie, panie — wyjąkał Troll. — Tylko że… widziałem cię przed chwilą, panie…
Znaleźli się na dziedzińcu. Całe ciało Skafloka, każdy nerw i mięsień drżał od szalonego napięcia. Czuł, iż powinien uciekać, w każdej chwili oczekiwał krzyku oznaczającego, że go odkryto. Uciekaj, uciekaj! Z trudem zmuszał się, żeby iść powoli.
Na zewnątrz było niewielu Trollów. Pierwsze białe pasma znienawidzonego przez nich świtu skaziły niebo na wschodzie. Było bardzo zimno.
Leea zatrzymała się przy zachodniej bramie i dała znak, aby ją otwarto. Spojrzała Skaflokowi w oczy.
— Dalej musisz iść sam — powiedziała cicho. — Czy wiesz, co masz dalej robić?
— O tyle, o ile — odparł. — Muszę odnaleźć olbrzyma Bolwerka i nakłonić go, żeby znów wykuł dla mnie ten miecz.
— Bolwerk — Zło Czyniący — samo jego imię jest ostrzeżeniem. Zaczynam się domyślać, czym jest ten miecz i dlaczego żaden Niziołek nie ośmieliłby się go naprawić. — Leea pokręciła głową. — Widzę, że uparcie zaciskasz usta, Skafloku. Nie powstrzymają cię wszystkie piekielne zastępy — tylko śmierć lub utrata chęci do walki. Ale co poczniesz ze swoją ukochaną Fredą w czasie tej podróży? — Elfina uśmiechnęła się szyderczo przy ostatnich słowach.
— Pojedzie razem ze mną, chociaż spróbuję ją przekonać, aby znalazła sobie bezpieczne schronienie. — Skaflok uśmiechnął się z mieszaniną dumy i miłości. Mgliste światło świtu nadało jego włosom bladozłoty odcień. — Nic nas nie rozłączy.
— Nieee. A co do olbrzyma, kto wskaże ci drogę do niego? Skaflok spochmurniał. — Nie jest to dobry uczynek — rzekł — ale mogę przywołać umarłego. Zmarli wiedzą wiele rzeczy, a Imryk nauczył mnie zaklęć, które zmuszą ich do mówienia.
— To desperacki czyn, gdyż umarli nienawidzą tych, którzy budzą ich z wiecznego snu, i mszczą się za to. Czy możesz stawić czoło duchowi?
— Muszę spróbować. Myślę, że moje czary okażą się zbyt silne, żeby mógł mnie zaatakować.
— Może nie ciebie, ale… — Leea zamilkła, a po chwili ciągnęła chytrze: — To nie byłaby zemsta tak straszna jak ta, którą mógłby wywrzeć na tobie za pośrednictwem — powiedzmy — Fredy.
Widziała, jak krew odpłynęła mu od twarzy. Ona sama zbladła jeszcze bardziej. — Czy aż tak bardzo zależy ci na tej dziewczynie? — szepnęła.
— Tak. Jeszcze bardziej — odparł ochryple. — Masz rację, Leeo. Nie mogę podjąć takiego ryzyka. Lepiej, żeby padł Alfheim niż… niż…
— Nie, zaczekaj! Zamierzałam zaproponować ci pewien plan, ale najpierw chciałabym cię o coś zapytać.
— Pośpiesz się, Leeo, pośpiesz się!
— Tylko jedna sprawa. Gdyby Freda cię opuściła — nie, nie, nie przerywaj, żeby mi powiedzieć, iż tego nie zrobi, ja tylko pytam — gdyby to zrobiła, jak postąpiłbyś w takim wypadku?
— Nie wiem. Nie chcę nawet o tym myśleć.
— Może wygrać wojnę i wrócić tutaj? Znów stać się Elfem?
— Być może. Nie wiem. Pośpiesz się, Leeo.
Elfina uśmiechnęła się tajemniczo. Spojrzała na Skafloka rozmarzonymi oczami. — Chciałam ci tylko powiedzieć — oświadczyła — że zamiast wskrzesić jakiegokolwiek umarłego, przywołaj tych, którzy radzi ci pomogą i których będziesz mógł pomścić. Czy Walgard nie wymordował całej rodziny Fredy? Wskrześ ich, Skafloku!
Młodzieniec stał chwilę bez ruchu. Później opuścił na ziemię okręcony płaszczem miecz, pochwycił Elfinę w ramiona i pocałował mocno. Znów podniósł swoje brzemię, przebiegł przez bramę i pomknął do lasu.
Leea patrzyła za nim, przyłożywszy palce do ust. Jeszcze czuła na wargach mrowienie po pocałunku Skafloka. Jeśli miała rację co do tego, czym był ów miecz, wydarzy się to samo, co niegdyś. Zaczęła się śmiać.
Walgard dowiedział się, że w zamku widziano jego sobowtóra. Jego oszołomiona, drżąca ze strachu kochanka powiedziała, że coś rzuciło na nią czar podczas snu i że nic nie pamięta. Ale na śniegu pozostały ślady, a trollowe psy potrafiły iść za znacznie mniej wyraźnym tropem.