Выбрать главу

O zachodzie słońca jarl wraz ze swymi żołnierzami wyruszył konno w pościg za zbiegiem.

Freda stała w zaroślach, spoglądając poprzez oświetlony widmowym blaskiem księżyca las w stronę Elfheugh.

Czekała już drugą noc i było jej bardzo zimno, tak zimno, że przestała odczuwać mróz, który stał się częścią jej samej. Przedtem kuliła się w skórzanym namiocie pomiędzy końmi, lecz były to chłodne w dotyku, elfowe zwierzęta, a nie ciepłokrwiste i słodko pachnące ludzkie wierzchowce. O dziwo, to myśl o koniach Orma sprawiła, że dziewczyna poczuła się bardzo samotna. Wydało się jej, że jest ostatnią żywą istotą w świecie z księżycowej poświaty i śniegu.

Nie śmiała płakać. Skafloku, Skafloku! Czy jeszcze żył?

Zerwał się wiatr i gnał ciemne chmury po niebie, tak że księżyc zdawał się uciekać przed wielkimi czarnymi smokami, które połykały go i na krótko wypluwały. Wiatr świszczał i wył, chłostał dziewczynę, szarpiąc ją mroźnymi kłami. Hu, hu, śpiewał, nawiewając przed sobą głęboką zaspę, białą w świetle księżyca, hej, halo, złapiemy cię!

— Hu, hu! — zawtórowały mu rogi Trollów. Freda zesztywniała. Strach przeniknął jej serce jak ostrze sztyletu. Oni polowali — i na jaką zwierzynę poza…

Wkrótce potem usłyszała szczekanie ich psów, wielkich czarnych bestii o ślepiach jak rozżarzone węgle, coraz bliżej i bliżej. O Skafloku! Freda podbiegła chwiejnym krokiem, niemal nie słysząc własnych łkań. Skafloku!

Zamknęła się nad nią zasłona mroku. Wpadła na jakiś pień. Poczęła dziko bić weń pięściami, zejdź mi z drogi, przeklęty, odsuń się, Skaflok mnie potrzebuje… Och!

W świetle księżyca ujrzała nieznajomego męża. Był wysoki i stary, o długich, siwych jak wilcza sierść włosach i brodzie. Jego płaszcz trzepotał na wietrze niczym ptasie skrzydła, ale włócznią, którą trzymał w dłoni, nie mógłby władać żaden śmiertelnik. Choć kapelusz o szerokim rondzie rzucał cień na jego twarz, dostrzegła błysk jedynego oka.

Freda cofnęła się dysząc ciężko, pragnąc wezwać Niebo na pomoc. Powstrzymał ją głos nieznajomego, głęboki, powolny, zdający się być częścią wiatru i zarazem niewzruszony jak lodowiec: — Przychodzę z pomocą, a nie chcę zaszkodzić. Czy chciałabyś odzyskać swego męża?

Oszołomiona dziewczyna osunęła się na kolana. Przez chwilę w migotliwym księżycowym blasku, przez zasłonę padającego śniegu, w odległości wielu mil, dostrzegła wzgórze, na które uciekł Skaflok. Nie miał broni, był wyczerpany i chwiał się na nogach. Psy były tuż tuż. Ich szczekanie napełniało niebo.

Widzenie zgasło. Freda spojrzała na górującą nad nią ciemną postać. — Ty jesteś Odyn — szepnęła — i nie wolno mi przestawać z tobą.

— Jednak mogę ocalić twego kochanka — i tylko ja byłbym w stanie to uczynić, gdyż jest on poganinem. — Bóg przeszywał ją spojrzeniem swego jedynego oka jak włócznią. — Czy zapłacisz cenę, jakiej zażądam?

— Czego chcesz? — jęknęła.

— Pośpiesz się, psy zaraz go rozszarpią!

— Zapłacę ci, zapłacę…

Odyn skinął głową. — Więc przysięgnij na swą duszę i wszystko, co dla ciebie święte, że kiedy przyjdę, dasz mi to, co znajduje się pod twoim paskiem.

— Przysięgam! — zawołała. Łzy zasłoniły jej oczy i rozpłakała się jak ktoś, kto nagle odzyskał wolność. Odyn nie mógł być tak bezlitosny, jak mówiono, gdyż zażądał tylko takiej drobnostki jak lekarstwo, które dał jej Skaflok. — Przysięgam, panie, i niech ziemia i Niebo wyrzekną się mnie, jeśli nie dotrzymam przysięgi.

— To dobrze — rzekł bóg. — Teraz Trollowie są na fałszywym tropie, a Skaflok jest tutaj. Niewiasto, pamiętaj o swej przysiędze!

Zaległy znów ciemności, gdyż chmura zasłoniła księżyc. Kiedy odpłynęła, Jednooki Wędrowiec zniknął.

Freda prawie tego nie zauważyła. Tuliła się do Skafloka, a ten, choć oszołomiony nagłym wyrwaniem ze szczęk trollowych psów i przeniesieniem w bezpieczne miejsce i do ukochanej, nie był jednak na tyle zdumiony, aby nie odpowiadać na jej pocałunki.

XX

Odpoczywali w jaskini nie więcej niż dwa dni, zanim Skaflok przygotował się do podróży.

Freda nie płakała, choć dusiły ją łzy. — Uważasz, że nastał dla nas świt — powiedziała drugiego dnia — a ja ci mówię, że to noc.

Spojrzał na nią ze zdumieniem. — Co chcesz przez to powiedzieć?

— Ten miecz nasączony jest niegodziwością. A czyn, który chcemy popełnić, jest zły. Nic dobrego z tego nie wyniknie.

Skaflok oparł jej ręce na ramionach. — Rozumiem, iż nie podoba ci się, że zmuszę twoich krewnych do przebycia tej niespokojnej drogi — rzekł. — Mnie również. Ale któż spośród umarłych pomoże nam i nie zaszkodzi? Zostań tu, Fredo, jeśli nie możesz tego znieść.

— Nie… nie, pozostanę z tobą nawet przy otwartej mogile. Nie znaczy to, że obawiam się moich bliskich. Żywi czy umarli, zawsze się kochaliśmy, a teraz miłość ta stała się również i twoją. — Freda opuściła wzrok i zagryzła wargi, żeby nie drżały. — Gdyby któreś z nas pomyślało o tym, nie miałabym złych przeczuć. Ale Leea dając ci tę radę, nie życzyła nam dobrze.

— Dlaczego miałaby źle nam życzyć?

Freda pokręciła głową i nie chciała odpowiedzieć. Skaflok rzekł powoli: — Muszę wyznać, że wcale mi się nie podoba twoje spotkanie z Odynem. Ustalenie niskiej ceny nie leży w jego zwyczaju, lecz nie mogę odgadnąć, czego on naprawdę chce.

— A ten miecz — Skafloku, jeśli ten złamany miecz znów stanie się cały, wówczas straszliwa moc zostanie puszczona samopas w świat. Wyrządzi wiele złego.

— Trollom. — Młodzieniec wyprostował się, dotykając głową poczerniałego od dymu stropu jaskini. Jego oczy zalśniły w mroku jak niebieskie błyskawice. — Nie ma innej drogi niż ta, na którą wstępujemy, choć jest ona trudna i niebezpieczna. Poza tym żaden człowiek nie uniknie swego przeznaczenia. Najlepiej odważnie spotkać się ze swym losem twarzą w twarz.

— A my obok siebie. — Freda złożyła głowę na piersi Skafloka i łzy jak groch popłynęły jej z oczu. — Proszę cię tylko o jedno, mój najdroższy.

— Co takiego?

— Nie jedź dziś wieczorem. Poczekaj jeszcze jeden dzień, tylko jeden, a potem pojedziemy. — Wpiła się palcami w jego ramiona. — Nie dłużej, Skafloku.

Młodzieniec niechętnie skinął głową.

— Ale dlaczego?

Nie chciała odpowiedzieć i później, gdy się kochali, Skaflok zapomniał o tym pytaniu. Lecz Freda pamiętała. Nawet kiedy tuliła go do siebie i słyszała bicie jego serca na swoim, przypomniała sobie i pocałowała go z jeszcze większym żarem.

W jakiś sposób przeczuwała, że to ich ostatnia noc.

* * *

Słońce wzeszło, zaświeciło blado w południe i zapadło się za ciężkie burzowe chmury, które wiatr gnał znad morza. Wicher wył jak wilk nad białogrzywymi falami, które hałaśliwie rozbijały się na przybrzeżnych skałach. Tuż po zapadnięciu zmroku jakiś czas rozbrzmiewał na niebie tętent kopyt rumaków szybszych od wiatru, szczekanie i skomlenie psów. Skaflok zadrżał. To Dzicy Myśliwi wyruszyli na łowy.

Dosiedli elfowych koni, prowadząc za sobą zapasową dwójkę, objuczoną ich dobytkiem, gdyż nie zamierzali już wracać do jaskini. Skaflok przywiązał do pleców owinięty w wilczą skórę złamany miecz. Zawiesił u boku elfowy brzeszczot, w lewym ręku trzymał włócznię, a oboje z Fredą pod futrami nosili hełmy i kolczugi.