– To by była w takim razie szósta alternatywa – rzekł Zachrisson.
Buldożer zwrócił się teraz do Mauritzona, który obojętnie przysłuchiwał się debacie.
– Przypuszczam, że pan Mauritzon nie ma ochoty towarzyszyć nam? Czy też może chce pan spotkać się ze swymi przyjaciółmi?
Mauritzon odpowiedział ruchem będącym czymś pośrednim między dreszczem zgrozy a wzruszeniem ramionami.
– Proponuję więc, że umieścimy pana gdzieś tutaj w spokoju i samotności, póki sprawa nie zostanie załatwiona. Jest pan człowiekiem interesu, panie Mauritzon, powinien więc pan rozumieć, że i ja nim do pewnego stopnia jestem. Jeżeli się okaże, że pan nas w jakiś sposób oszukał, zmieni to nasz układ.
Mauritzon kiwnął głową.
– All right – powiedział. – Ale wiem, że oni tam są.
– Uważam, że pan Mauritzon to nędzny szczur – powiedział Gunvald Larsson do nikogo się specjalnie nie zwracając.
Kollberg i Rönn po raz ostatni przyglądali się planowi mieszkania. Szkic narysowano według wskazówek Mauritzona, był dość dokładny. Kollberg złożył rysunek i wsunął do kieszeni.
– Okay – powiedział – to ruszamy w drogę.
Mauritzon podnosząc nieco głos powiedział:
– Chcę tylko z całą życzliwością zaznaczyć, że Malmström i Mohrén są niebezpieczniejsi niż panowie sądzą. Na pewno będą usiłowali się przebić. Proszę się nie narażać.
– Nie – powiedział Kollberg. – Nie będziemy się narażać.
Gunvald Larsson niechętnie patrząc na Mauritzona stwierdził:
– Pan Mauritzon chce przez to powiedzieć, że wolałby, żebyśmy obu jego kompanów na miejscu położyli trupem, wtedy on sam uniknąłby okropnego strachu przez resztę swego życia.
– Chciałem tylko przestrzec – rzekł Mauritzon. – Nie bierz mi tego za złe.
– Zamknij pysk, świntuchu – powiedział Gunvald Larsson.
Nie znosił, by go ludzie, którymi gardził, traktowali poufale. Czy to byli donosiciele, czy członkowie najwyższych władz policji.
– Wszystko jest jasne – oznajmił Buldożer ze źle ukrywaną niecierpliwością. – Akcja rozpoczęta. Ruszamy.
W domu na Danviksklippen wszystko było tak, jak oczekiwano. Zgadzało się z tym, co powiedział Mauritzon, na przykład, że na drzwiach jest tabliczka z nazwiskiem S. Andersson.
Gunvald Larsson stanął po jednej stronie tych drzwi, Rönn po drugiej, tuż przy ścianie, z pistoletami w ręku. Gunvald Larsson ze swym prywatnym Smith i Wesson 38 Master, Rönn ze zwykłym Waltherem siedem przecinek sześćdziesiąt pięć milimetrów. Między nimi stał Kollberg, a za nim na schodach tłoczyło się mnóstwo ludzi. Zachrisson i specjalista od gazu łzawiącego, policjant z psem, obaj nowi asystenci i wielu policjantów w mundurach z automatami i w kuloodpornych kamizelkach.
Buldożer Olsson miał się jakoby znajdować w windzie.
Cały świat pod bronią, pomyślał Kollberg podążając spojrzeniem za sekundnikiem na chronografie Larssona.
On sam był bez broni.
Jeszcze trzydzieści cztery sekundy. Chronograf Gunvalda Larssona był luksusowym zegarkiem, który wskazywał czas z niezawodną dokładnością.
Kollberg nie bał się ani trochę. Zbyt długo był policjantem, by odczuwać strach przed ludźmi takimi jak Malmström i Mohrén.
Ciekaw był natomiast, co oni tam sobie myślą i o czym mówią, zamknięci, odizolowani z zapasem broni i kalesonów, górą gęsiego pasztetu i rosyjskiego kawioru.
Szesnaście sekund.
Jeżeli można wierzyć Mauritzonowi, to jeden z nich, Mohrén, był najwyraźniej wielkim smakoszem. Kollberg miał pełne zrozumienie dla tej skłonności, bo sam przepadał za dobrym jedzeniem.
Osiem sekund.
I co się stanie z tymi wszystkimi smakołykami, kiedy Malmströma i Mohréna wyprowadzą w kajdankach? Może mógłby to tanio odkupić od Mohréna? Czy to byłoby nadużycie?
Dwie sekundy.
Rosyjski kawior, ten w pudełku ze złotą pokrywką, myślał Kollberg.
Jedna sekunda.
Zero.
Przyłożył palec do dzwonka. Krótki, długi – pauza – krótki, krótki, krótki, krótki – pauza – długi, króciutki.
Wszyscy czekali. Ktoś oddychał tak, że było słychać. Czyjś but zaskrzypiał. Zachrissonowi udało się w niepojęty sposób sprawić, że jego pistolet szczęknął. Jak pistolet może szczęknąć?
Chrzęst pistoletu. Interesujące zestawienie słów, myślał Kollberg. W brzuchu mu zaburczało. Pewnie od myślenia o rosyjskim kawiorze. Skojarzenie jak u tych psów Pawłowa.
I to były wszystkie wydarzenia.
Po upływie dwóch minut nikt jeszcze nie zareagował na dzwonienie. Według planu musieli zaczekać jeszcze dziesięć minut, potem znowu zadzwonić. Kollberg podniósł rękę na znak, że ci z tyłu mają się chwilowo wycofać.
Tylko Zachrisson, pies i jego przewodnik i specjalista od gazu łzawiącego zostali w zasięgu widoczności, choć dwaj z wymienionych weszli wyżej na schody, a ostatni zszedł niżej.
Rönn i Gunvald Larsson nie ruszyli się.
Kollberg pamiętał plan do najdrobniejszego szczegółu, wiedział jednak, że Gunvald Larsson ani myśli stosować się do planu. Dlatego usunął się nieco na stronę. Gunvald Larsson też się przesunął, stanął na wprost drzwi i przyjrzał się im taksująco. Nie wydawało się, żeby były nie do zdobycia.
Manią Gunvalda Larssona było wywalanie sobą drzwi. Wprawdzie prawie zawsze mu się to udawało, lecz Kollberg nie znosił tej metody ze względów zasadniczych, dlatego potrząsnął głową i skrzywił się z dezaprobatą.
Gunvald Larsson wcale na to nie zwrócił uwagi, czego można było oczekiwać. Cofnął się natomiast pod ścianę i oparł się o nią prawym ramieniem.
Rönn też się już zorientował i był gotów do działania.
Gunvald Larsson odsądził się do skoku na drzwi, pochylony z wysuniętym lewym ramieniem, żywy taran, wagi stu dwu kilogramów i wysokości metr dziewięćdziesiąt dwa.
Kollberg też oczywiście był gotów do działania, jeżeli już sprawa przyjęła taki obrót.
Żaden z nich nie mógł przewidzieć, co się zdarzy w najbliższych minutach.
Gunvald Larsson rzucił się naprzód, drzwi wyleciały z nieprawdopodobną szybkością, jakby ich wcale nie było.
Nieoczekiwany brak wszelkiego oporu sprawił, że Gunvald Larsson wpadł jak rakieta i bez żadnych możliwości zahamowania, całkowicie straciwszy równowagę, pędził w pozycji pochylonej przez pokój, aż wreszcie z całej siły huknął głową o przeciwległą drzwiom ścianę.
Reszta jego potężnej powłoki cielesnej sunęła dalej prawem ciężkości. Fiknęła, niestety w niewłaściwą stronę, tak że Gunvald wybiwszy zadkiem szybę wypadł za okno w chmurze odłamków szkła. W ostatniej sekundzie, wypuścił pistolet i chwycił się gzymsu. W ten sposób zawisł na wysokości czwartego piętra, większą częścią ciała znajdując się za oknem i rozpaczliwie czepiając się go prawą ręką i prawym podkolanem. Krew płynęła z głębokich ran ciętych na ręce a nogawka zaczęła zabarwiać się na czerwono.
Rönn nie był tak szybki, lecz dostatecznie szparki, by znaleźć się na progu właśnie w chwili, gdy drzwi zamknęły się ze zgrzytem zawias, trafiając go z całej siły w czoło. Upuścił pistolet i padł na wznak na podest schodów.
Gdy po tej kolizji z Rönnem drzwi znowu otwarły się wahadłowo, udało się i Kollbergowi wpaść do mieszkania. Rzut oka ukazał mu, że jedynymi śladami człowieka była ręka i część nogi Gunvalda Larssona. Kollberg rzucił się naprzód i oburącz chwycił za tę nogę.
Gunvaldowi groziło wypadnięcie i śmierć. Kollberg pochylił się, zaparł cały ciężarem okazałego ciała, by przytrzymać nogę i uwolniwszy jedną rękę, złapał chybocące się lewe ramię kolegi. Przez parę sekund wydawało się, że stosunek wagi jest niesprzyjający i że obaj runą w dół. Ale Gunvald Larsson zdołał się utrzymać poranioną prawą ręką, Kollbergowi udało się z największym wysiłkiem wciągnąć nieszczęsnego kolegę tak, że co najmniej połową ciała był już wewnątrz. Krwawiący, obdarty, ale prawie bezpieczny.