Выбрать главу

Za dwie dziewiąta pojawił się Buldożer Olsson. Wpadł jak bomba. Zdążył już odbyć dwa wczesne posiedzenia, jedno w komendzie głównej policji, drugie w brygadzie oszustw i był już wprawiony w ruch.

– Dzień dobry, dzień dobry – powiedział żwawo. – Jak się macie, chłopcy?

Chłopcy czuli się bardziej niż zwykle w wieku średnim i żaden nie odpowiedział.

– Roos zrobił wczoraj zręczne posunięcie, ale nie odymajmy się z tego powodu. Trzeba oczywiście przyznać, że straciliśmy kilka pionków i tempo.

– Wydaje mi się raczej, że to przypomina zupełnego mata – powiedział Kollberg, który grywał w szachy.

– Ale teraz nasz ruch – rzekł Buldożer. – Dawać tu Mauritzona, troszkę go pomacamy. On ma coś w zanadrzu. I ma stracha, moi panowie! Wie, że Malmström i Mohrén teraz go szukają. Najgorsza przysługa, jaką moglibyśmy mu teraz oddać, to wypuścić go. I on o tym wie.

Rönn, Kollberg i Larsson wpatrywali się w swego kierownika zaczerwienionymi oczami. Myśl o podjęciu nowej akcji według wskazówek Mauritzona była mało pociągająca.

Buldożer dokładniej im się przyjrzał. On też miał oczy podpuchnięte i w czerwonych obwódkach.

– Jedno dziś w nocy przemyślałem, chłopcy – powiedział. – Nie uważacie, że w przyszłości do podobnych akcji trzeba używać młodszych i świeższych sił? Mam na myśli takie operacje jak wczorajsza.

Po krótkiej pauzie dodał:

– Wydaje się trochę niewłaściwe, żeby stateczni panowie w średnim wieku na względnie wysokich stanowiskach szaleli w podobny sposób. Strzelali i w ogóle.

Gunvald Larsson westchnął głęboko i skurczył się. Wyglądał jakby mu ktoś nóż wbił w plecy.

Prawda, pomyślał Kollberg, zupełnie słusznie. Lecz w sekundę później rozgniewał się. Średni wiek? Stateczność! Co u diabła?

Rönn coś mruknął.

– Co mówisz, Einar? – przyjacielsko spytał Buldożer.

– No, właściwie to przecież nie my strzelaliśmy.

– Być może – rzekł Buldożer. – Być może. No, trzeba się rozruszać. Dawać tu Mauritzona.

Mauritzon spędził noc w areszcie, wprawdzie w warunkach bardziej komfortowych niż zwykli zatrzymani. Otrzymał na przykład własny materac i nawet koc, a strażnik spytał, czy chce szklankę wody.

Mauritzon nic nie mógł zarzucić traktowaniu go i według informacji spał spokojnie. Natomiast poprzedniego wieczoru był bardzo zdumiony i zaniepokojony, dowiedziawszy się, że Malmström i Mohrén nie byli obecni przy swym aresztowaniu.

Pospieszne badania techniczne w mieszkaniu ujawniły jednak, że niedawno się w nim znajdowali. Odciski ich palców były bardzo liczne a na jednym ze słoików z dżemem znaleziono także odcisk kciuka i wskazującego palca Mauritzona.

– Pojmujecie, jakie to ma znaczenie – powiedział Buldożer inkwizytorskim tonem.

– Tak, że miał styczność z tym słoikiem – powiedział Gunvald Larsson.

– Oczywiście, tak, to prawda – powiedział Buldożer radośnie zaskoczony. – Po prostu niezbity dowód. Wystarczy do postawienia przed sądem. Ale nie to miałem na myśli.

– A co miałeś?

– To znaczy, że Mauritzon mówił prawdę i pewnie w dalszym ciągu mówić będzie, co wie naprawdę.

– Tak, o Malmströmie i Mohrénie.

– Przecież tylko to nas teraz interesuje. Chyba tak?

A więc Mauritzon znowu zasiadł wśród nich. Jak zwykle drobny, niepokaźny, o na wskroś uczciwej powierzchowności.

– Cóż, drogi panie Mauritzon – życzliwie zaczął Buldożer. – Poszło niezupełnie tak, jak myśleliśmy.

Mauritzon pokiwał głową.

– Dziwne – powiedział. – Nie mogę zrozumieć. Muszą mieć coś w rodzaju szóstego zmysłu.

– Szósty zmysł – marzycielsko rzekł Buldożer. – Można w to niemal uwierzyć. Gdyby teraz Roos…

– Kto to taki?

– Nic, nic, panie Mauritzon. Mówię sam do siebie. Co innego mnie niepokoi. Nasze prywatne rachunki nie zgadzają się. Zrobiłem panu wielką przysługę i czekam na odwzajemnienie.

Mauritzon długo się zastanawiał. W końcu powiedział:

– Pan prokurator ma na myśli, że mimo wszystko nie zostanę wypuszczony na wolność?

– Cóż – powiedział Buldożer – i tak, i nie. Zajmowanie się narkotykami to koniec końcem poważne przestępstwo. Może pan dostać… – Przerwał i policzył na palcach. – Obiecuję panu jakieś osiem miesięcy. W każdym razie nie mniej niż sześć.

Mauritzon patrzył na niego spokojnie.

– Jednak – rzekł Buldożer ożywiając się – obiecałem panu absolucję tym razem, zakładając, że i ja coś w zamian dostanę.

Buldożer wyprostował się, plasnął w dłonie i powiedział brutalnie:

– Innymi słowy: Jeżeli nie wyśpiewasz zaraz wszystkiego, co wiesz o Malmströmie i Mohrénie, wsadzimy cię za współpracę z nimi. A potem poślemy cię do Jacobssona. Prócz tego postaramy się, żebyś dostał tęgie lanie.

Gunvald Larsson z uznaniem spojrzał na szefa grupy specjalnej.

– Sprawiłoby mi prawdziwą przyjemność, osobiście… – Nie dokończył zdania.

Mauritzon ani drgnął.

– Okay – powiedział. – Mam coś, co pozwoli wam złapać Malmströma i Mohréna, i jeszcze paru innych.

– Interesujące, panie Mauritzon. – I gdzież jest to znakomite cygaro?

Mauritzon patrząc na Gunvalda Larssona powiedział:

– To tak proste, że nawet kot by sobie z tym poradził.

– Kot?

– Tak, więc proszę na mnie winy nie zwalać, jeżeli i tym razem wam się nie uda.

– Drogi panie Mauritzon, bez przykrych słów. Wszystkim nam jednakowo zależy, żeby ująć tych drabów. Tylko co, na litość boską, pan ma?

– Plan ich następnego napadu – powiedział Mauritzon obojętnie. – Z terminami, ze wszystkim.

Przez chwilę wydawało się, że prokuratorowi Olssonowi oczy z głowy wyskoczą. Trzy razy okrążył krzesło Mauritzona wołając jak opętany:

– Niech pan opowiada! Opowiada wszystko! Pan jest już właściwie wolny. Dostanie pan zaświadczenie, wszystko, co pan zechce. Tylko niech pan opowiada. Drogi panie Mauritzon, niech nam pan wszystko opowie.

Całą grupę specjalną zaraził ciekawością. Wszyscy wstali i z niecierpliwością otoczyli donosiciela.

– Okay – powiedział Mauritzon. – Obiecałem Malmströmowi i Mohrénowi pomagać w tym i w owym. Zakupy i inne takie. Niechętnie wychodzili na ulicę. Miałem też codziennie chodzić do pewnego sklepu tytoniowego w Birkastan i pytać o pocztę dla Mohréna.

– Jakiego sklepu? – natychmiast spytał Kollberg.

– I to chętnie powiem, ale żadnego pożytku z tej wiadomości nie będziecie mieli. Już sprawdziłem. Właścicielką sklepiku jest jakaś stara baba, a listy doręczali emeryci, za każdym razem inny.

– No? – ponaglił Buldożer. – Listy? Jakie listy? Ile?

– Przez cały czas przyszły tylko trzy.

– I pan je im doręczył?

– Tak, ale przedtem otworzyłem.

– I Mohrén nie zauważył tego?

– Nie. Jak ja otworzę list, to nikt nie pozna. Mam znakomitą metodę. Chemiczną.

– No, i co było w tych listach?

Buldożer nie mógł stać spokojnie. Dreptał po podłodze drobnymi kroczkami, jak objedzony kogut wagi ciężkiej.

– Dwa pierwsze były nie interesujące. Chodziło o jakieś typy, nazywane H i H. Mieli przyjechać na miejsce nazywane Q. Tylko krótkie zawiadomienia jakimś szyfrem. Zakleiłem koperty i oddałem Mohrénowi.

– A trzeci?

– Trzeci przyszedł przedwczoraj. Ten był ogromnie interesujący. Plan następnego napadu, jak powiedziałem. Detaliczny.

– I pan ten papierek oddał Mohrénowi?