Выбрать главу

– Papierek. To były trzy arkusze. Tak, oddałem, tylko przedtem zrobiłem fotokopie i umieściłem w bezpiecznym miejscu.

– O, kochany panie Mauritzon – powiedział Buldożer oszołomiony. – W jakim miejscu? Kiedy może pan nam to przynieść?

– Sami możecie przynieść. Ja nie mam najmniejszej ochoty.

– Kiedy?

– Jak tylko powiem, gdzie jest.

– Gdzie?

– Spokojnie – powiedział Mauritzon. – To uczciwy towar, nie trzeba się obawiać. Wpierw chcę mieć dwie rzeczy.

– Co?

– Po pierwsze ten papierek od Jacobssona, który pan ma w kieszeni. Ten, na którym jest napisane, że nie jestem podejrzany o narkotyki i że śledztwo zostało umorzone z braku dowodów.

– Oczywiście, natychmiast – powiedział Buldożer i sięgnął do kieszeni.

– Dalej, chcę podobny papierek, który pan sam podpisze, dotyczący tej historii z pomaganiem Malmströmowi i Mohrénowi, że sprawa została rozpatrzona, że działałem w dobrej wierze i tak dalej.

Buldożer Olsson podbiegł do maszyny. W niespełna dwie minuty rzecz została załatwiona. Mauritzon dostał oba dokumenty, przeczytał uważnie i powiedział:

– Koperta z kopiami jest w Sheratonie.

– W hotelu?

– Tak. Posłałem ją tam. Jest u portiera. Poste restante.

– Na jakie nazwisko?

– Hrabia Philip von Brandenburg – skromnie powiedział Mauritzon. – Philip przez ph.

Wszyscy spoglądali na niego ze zdumieniem.

Wreszcie Buldożer powiedział:

– O, znakomicie, znakomicie, kochany panie Mauritzon. Nie zechciałby pan posiedzieć trochę w innym pokoju, chwileczkę tylko, wypić filiżankę kawy, zjeść parę ciasteczek czy może coś innego?

– Owszem, poproszę o herbatę – odparł Mauritzon.

– Herbatę – z roztargnieniem powtórzył Buldożer. – Einar, zechciej przypilnować, żeby pan Mauritzon otrzymał herbatę, ciasteczka i… towarzystwo.

Rönn wyszedł z Mauritzonem i natychmiast prawie powrócił.

– Co teraz robimy? – spytał Kollberg.

– Odbieramy list – odrzekł Buldożer. – Natychmiast. Najprościej oczywiście byłoby, gdyby ktoś z nas tam poszedł i powiedział, że jest hrabią von Brandenburg i chce zabrać swoją pocztę. Ty na przykład, Gunvald.

Gunvald Larsson popatrzył na niego znieruchomiałymi porcelanowobłękitnymi oczyma.

– Ja? Nigdy. Wolałbym natychmiast złożyć podanie o zwolnienie mnie z posady.

– Więc może ty to zrobisz, Einar. Jeżeli powiemy prawdę, będą tylko trudności. Może nie będą chcieli wydać poczty hrabiego. Stracimy mnóstwo cennego czasu.

– Dobrze – powiedział Rönn. – Philip von Brandenburg, hrabia, dostałem od Mauritzona wizytówką. Miał ją w schowku w portfelu. Okropnie arystokratycznie wygląda.

Karta wizytowa miała srebrzysty monogram w rogu i dyskretny napis.

– Idźże już – niecierpliwie ponaglił Buldożer. – Żwawo.

Rönn poszedł.

– Tak sobie myślę o osobliwej rzeczy – powiedział Kollberg. – Gdybym ja poszedł do sklepu spożywczego, w którym od dziesięciu lat robię zakupy, i poprosił o pół litra mleka na kredyt, to mi zwyczajnie odmówią. A taka figura jak Mauritzon wchodzi do najwytworniejszego sklepu jubilerskiego w mieście, mówi, że jest księciem Malexander i od razu dają mu do domu, żeby sobie obejrzał, dwie kasetki pierścionków z diamentami i dziesięć sznurów pereł.

– To prawda, tak jest przecież zawsze – powiedział Gunvald Larsson. – Po prostu społeczeństwo klasowe.

Buldożer Olsson z roztargnieniem kiwnął głową. Nie interesowały go zagadnienia takie, jak społeczeństwo klasowe.

Portier spojrzał na list, potem na kartę wizytową, w końcu na Rönna.

– Czy to pan jest hrabią von Brandenburg? – spytał niedowierzająco.

– Tak – powiedział Rönn niepewnie. – To znaczy jestem tylko jego posłańcem.

– A jeżeli tak – rzekł portier. – Proszę bardzo. Ukłony dla pana hrabiego i proszę powiedzieć, że widzieć go jako gościa jest dla nas zawsze wielkim zaszczytem.

Ktoś nie znający Buldożera Olssona wziąłby go z pewnością za człowieka poważnie chorego, a co najmniej za szaleńca. Już ponad godzinę znajdował się w stanie całkowitej euforii. Uczucie przekraczającego normę zadowolenia mniej znajdowało wyraz w słowach, a bardziej w zachowaniu, ściślej mówiąc ruchliwości. Nie mógł przez trzy sekundy z rzędu wytrwać w spokoju, fruwał niemal po pokoju, jak gdyby zmięty niebieski garnitur był powłoką zewnętrzną nie prokuratora, a balonu, a jego okrągłe niewielkie ciało wypełnione było helium.

Ten szał radości był na dłuższą metę nieco irytujący, choć z drugiej strony trzy arkusze papieru z hrabiowskiej koperty były obiektem tak fascynującym, że Kollberg, Rönn i Gunvald Larsson wciąż badali go z równym zainteresowaniem, jak za pierwszym razem, to znaczy przed godziną przeszło.

Nie było najmniejszej wątpliwości, że na stole grupy specjalnej leżą fotokopie niemal kompletnego planu następnego napadu Malmströma i Mohréna. I to nie jakiegoś zwykłego napadu. Tylko naprawdę wielkiego skoku, o którym nie wiedziano nic, choć się go od tygodni spodziewano. Miał być popełniony, w piątek za piętnaście trzecią. Najprawdopodobniej albo w piątek siódmego, to znaczy jutro, albo w tydzień później, to znaczy, czternastego lipca.

Wiele przemawiało za tą ostatnią możliwością. W takim razie mieliby przed sobą cały tydzień, co aż nadto wystarczyłoby na wszelkie przygotowania. Lecz nawet gdyby Malmström i Mohrén uderzyli natychmiast, te papiery ujawniały tyle, że byłoby niemal tylko sprawą wysłania odpowiednich sił, by zostali ujęci na gorącym uczynku, a ich najstaranniej obmyślone plany zniweczone.

Na jednym arkuszu znajdował się drobiazgowy plan lokalu bankowego z dokładnie zaznaczonymi szczegółami, dający wgląd w samą metodykę napadu, w rozmieszczenie osób, rozstawienie samochodów umożliwiających ucieczkę i drogi wycofywania się z miasta.

Buldożerowi Olssonowi, który o bankach w obrębie wielkiego Sztokholmu wiedział wszystko, wystarczył jeden rzut oka na szkic, by od razu określić, jaki lokal zamierzają obrabować. Jeden z największych i najnowocześniejszych banków w centrum miasta.

Plan był tak genialny w swej prostocie, że mógł mieć jednego tylko twórcę: Wernera Roosa. Przynajmniej Buldożer był tego najzupełniej pewien.

Cała akcja dzieliła się na trzy części. Część pierwsza: dywersja. Druga: operacja zapobiegawcza, bezpośrednio zwrócona ku głównemu przeciwnikowi, to jest siłom policji. Sam napad stanowił część trzecią.

Do przeprowadzenia planu Malmström i Mohrén potrzebowali co najmniej czterech pomocników w polu operacji. Były nawet podane nazwiska dwóch z nich. Hauser i Hoff, którzy – wnioskując z danych – mieli za zadanie unieszkodliwić przy napadzie straż zewnętrzną. Dwaj pozostali – możliwe, że chodziło o więcej niż dwóch ludzi – byli odpowiedzialni za dywersję i za część zapobiegawczą. Osobnicy ci określeni byli mianem „antreprenerów”.

Manewr dywersyjny miał się rozpocząć o czternastej czterdzieści przy Rosenlundsgatan na Söder. Do rekwizytów należały co najmniej dwa samochody i bardzo silny ładunek wybuchowy.

Wszystko wskazywało na to, że dywersja ma mieć charakter sensacyjny i zadaniem jej jest ściągnąć wszystkie policyjne wozy patrolujące z centrum i z południowych przedmieść.

Plan nie zdradzał dokładnego sposobu jej przeprowadzenia, ale uzasadnione powody pozwalały przypuszczać, że nastąpi potężna eksplozja albo przy jakiejś stacji benzynowej, albo w jakimś domu. A odpowiedzialny za część dywersyjną był „antreprener A”.

W minutę później – co taktycznie było zupełnie słuszne – miała zostać uruchomiona działalność zapobiegawcza. Ta część planu była pomysłowa i zuchwała; miała zablokować drogi tym pojazdom i patrolom, które zawsze znajdują się przed gmachem komendy policji jako rezerwa. Jak to się odbędzie, też trudno było dociec, ale centralny zarząd policji i bez przygotowania zawsze liczył się z możliwością przykrych niespodzianek. Bezpośrednie kierownictwo tej części sprawował „antreprener B”.