Jeśli obie te operacje przebiegną zgodnie z obliczeniami, o godzinie czternastej czterdzieści pięć przeważająca część czynnych sił policji będzie na Söder, zajęta wypadkiem przy Rosenlundsgatan, a rezerwowy personel zamknięty w pułapce przed gmachem policji na Kungsholmen.
W tym właśnie momencie Malmström i Mohrén w asyście tyleż tajemniczych, co nieznanych panów Hoffa i Hausera dokonają napadu na bank, mając wszelkie widoki, że policja im nie przeszkodzi.
Tak się więc ma przedstawiać od dawna przewidywany skok przez wielkie „S”.
Aby wydostać się z miejsca przestępstwa, dysponowali dwoma samochodami, które mieli później zmienić na inne cztery, tak by każdy jechał sam. Wycofywać się mieli w kierunku północnym, zupełnie oczywiste, skoro niemal wszystkie czynne siły policji zostaną zwabione do południowej części miasta, a reszta będzie uwięziona na Kungsholmen.
Nawet przypuszczalna wielkość łupu była podana dla porządku, oceniano ją na kwotę równającą się dwóm i pół miliona koron szwedzkich. I to właśnie skłaniało grupę specjalną do przypuszczeń, że będzie to w piątek czternastego. Rozmowa z bankiem pomogła bowiem w ustaleniu, że tego właśnie dnia taka mniej więcej suma w różnych walutach powinna się znajdować w kasie. Gdyby banda urządziła napad jutro, zdobycz byłaby znacznie mniejsza.
Większość danych była zupełnie jasna albo przynajmniej dość łatwo się było zorientować w ich znaczeniu.
– Jean ma długie wąsy – rzekł Kollberg. – To znany zwrot. W czasie drugiej wojny światowej był używany przed dniem D w wiadomościach radiowych dla francuskich partyzantów. – Widząc pytające spojrzenie Rönna, wyjaśnił: – To znaczy po prostu: Teraz zaczynamy, chłopcy.
– To na końcu też zupełnie proste – powiedział Gunvald Larsson. – Abandon ship. Natychmiast opuścić statek. Tego Mauritzon nie skapował. Po prostu rozkaz, żeby zmykali natychmiast. Dlatego zastaliśmy puste mieszkanie. Roos pewnie nie dowierzał Mauritzonowi i polecił im zmienić kryjówkę.
– A bezpośrednio potem jest słowo Milano – powiedział Kollberg. – Co to znaczy?
– Zbiórka w Mediolanie dla podziału zdobyczy – kategorycznie stwierdził Buldożer. – Tylko, że oni wcale z banku nie wyjdą, jeżeli im tam pozwolimy wejść. Wygrana należy do nas.
– Niewątpliwie – przyznał Kollberg. – Przynajmniej na to wygląda.
Przeciwdziałanie też było sprawą prostą teraz, gdy wszystko było wiadome.
Cokolwiek się zdarzy na Rosenlundsgatan, należy to w całej rozciągłości zignorować. Jeśli chodzi o pojazdy zaparkowane na Kungsholmen, trzeba tylko przypilnować, żeby wszystkie radiowozy i wozy patrolowe nie znajdowały się tam, gdzie się rozpocznie „akcja zapobiegawcza”, tylko w sposób zamaskowany rozstawione były wokół banku.
– Tak – powiedział Buldożer raczej sam do siebie. – To jest plan wskazujący na Wernera Roosa. Tylko jak mu tego dowiedziemy?
– Może pismo maszynowe coś zdradzi – rzekł Rönn.
– Jest prawie niemożliwe ustalić coś, jeśli tekst jest pisany na maszynie elektrycznej. Zresztą on nic nie sfuszeruje. I za co go można wsadzić?
– To już ty powinieneś wykalkulować, jesteś przecież oskarżycielem – zawyrokował Kollberg. – W tym kraju wystarczy przecież kogoś oskarżyć, a zostanie skazany, choćby był najniewinniejszy.
– Przecież Werner Roos jest winien – powiedział Buldożer.
– A co zrobimy z Mauritzonem? – spytał Gunvald Larsson.
– Wypuścimy go oczywiście – powiedział Buldożer, znowu nieobecny myślą. – Zrobił swoje. Wybywa z tej sprawy.
– Ciekaw jestem – powiedział Larsson z wahaniem.
– W następny piątek – marzycielsko nucił Buldożer. – Pomyśleć tylko, co nas czeka.
– Właśnie, lepiej pomyśleć – kwaśno zauważył Gunvald Larsson.
Zadzwonił telefon. Napad na bank w Vällingby.
Nic ważnego. Straszak i tylko piętnaście tysięcy. Sprawcę znaleziono w godzinę później, gdy zataczając się po Humlegården usiłował rozdawać przechodniom pieniądze. Zdążył się jedynie upić i kupić sobie cygaro. Na dodatek ambitny policjant postrzelił go w nogę. Grupa specjalna załatwiła sprawę nie opuszczając budynku.
– Przypuszczasz, że i za tym kryje się Roos? – podstępnie spytał Gunvald Larsson.
– Tak – odrzekł Buldożer ożywiając się. – Słuszna myśl. Pośrednio winien jest Roos. Jego napady inspirują nawet mniej uzdolnionych przestępców. Tak więc można powiedzieć, że pośrednio…
– Wielki Boże – rzekł Gunvald. – Dajmy temu spokój.
Rönn poszedł do swego pokoju. Siedział w nim ktoś, kogo od dawna nie widział: Martin Beck.
– Cześć – powiedział. – Brałeś udział w bijatyce?
– Tak – rzekł Rönn. – Pośrednio.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Nie wiem dobrze – mętnie odpowiedział Rönn. – Teraz wszystko jest jakieś dziwne. Chcesz czegoś ode mnie?
XX
Pokój Einara Rönna mieścił się na tyłach domu policji przy Kungsholmsgatan. Z okna miał widok na ogromną dziurę w ziemi. Z czasem z tej dziury miał wyrosnąć zarozumiale wielki budynek komendy policji i zasłonić wszelki widok. Z tego supernowoczesnego kolosa w centrum Sztokholmu policja wysuwać będzie we wszystkich kierunkach sondujące macki i mocno trzymać w garści wylęknionych obywateli. A przynajmniej część z nich, nie wszyscy przecież mogą wyemigrować lub popełnić samobójstwo.
Umiejscowienie i przytłaczające rozmiary nowej kwatery głównej policji były mocno krytykowane z wielu stron, w końcu jednak policja otrzymała to, czego chciała. Jeśli chodzi o nowy dom.
Tym, czego naprawdę chciała policja, a ściślej mówiąc, niektóre osobistości z jej kierownictwa, była władza. Oto tajemny składnik filozofii, jaka w ostatnich latach kierowała postępowaniem owych osobistości. A ponieważ nigdy przedtem w polityce szwedzkiej policja nie występowała jako wyodrębniony posiadacz władzy, niewielu było takich, którzy rozumieliby, ku czemu akcje zmierzają. Dlatego też dużo policyjnych zagrań, nieustannych w ostatnim okresie, robiło wrażenie niezrozumiałych a budzących sprzeciw.
Nowy dom był ważnym symbolem nowej siły. Ułatwi planowe, scentralizowane kierowanie typu totalitarnego i prócz tego będzie twierdzą, łatwo dającą się zabezpieczyć przed wglądem niepowołanych. W tym wypadku za niepowołanych uważano cały naród.
W związku z czym powstawało następujące rozumowanie:
Za dużo wyśmiewano się w tym kraju z policji; wkrótce już nikt się nie będzie wyśmiewać. Można przypuszczać.
Tymczasem były to jednak po większej części tylko pobożne nadzieje, skryte dla wszystkich prócz niewielu, którzy przy odrobinie szczęścia i odpowiedniej zmianie politycznych wiatrów mogli zmienić się w ministerium strachu znacznie bardziej niż wielka dziura w kamienistym gruncie Kungsholmu.
Z okna Rönna wciąż jeszcze roztaczał się widok na górną część Bergsgatan i na bujną zieleń parku Kronoberg.
Martin Beck wstał zza biurka Rönna i stanął przy oknie. Stąd rzeczywiście widać było okno mieszkania, w którym Karl Edvin Svärd jakieś dwa miesiące leżał martwy z kulą w sercu, a nikt nie odczuł jego braku.