Выбрать главу

– Pan mówi do mnie?

Pojawiły się dzisiaj jakieś objawy małopłytkowości?

Nie rozumiem?

Czy córka skarżyła się na ból głowy? Zauważyła pani różowe pręgi na skórze?

Nie sprawdzałam.

Doktor wzdycha, uświadamia sobie, że przemawia w obcym dla niej języku, a mimo to nie daje za wygraną.

– Kiedy przeprowadzono ostatnią transfuzję krwi?

Mama wydaje się bardziej zakłopotana.

– Nie jestem pewna.

Zażywała ostatnio aspirynę?

Przykro mi. Nie wiem.

Postanawiam jej pomóc. Nie ma dość siły, może nagle wstać i wyjść, jeśli sytuacja okaże się dla niej zbyt trudna.

– Ostatnią transfuzję przeprowadzono dwudziestego pierwszego grudnia – mówię chrapliwym głosem, bo krew bulgocze mi w gardle.

Doktor marszczy brwi.

– Nic nie mów. Niech pani podejdzie i weźmie córkę za rękę.

Mama podchodzi posłusznie i siada na krawędzi łóżka.

– Jedno ściśnięcie za rękę oznacza „tak” – ciągnie lekarz. – Dwa ściśnięcia to „nie”. Rozumiesz?

Tak Cicho. Ściskaj, nic nie mów.

Przerabiamy wszystkie rutynowe pytania – pręgi na skórze, bóle głowy, aspiryna, ale tym razem mama zna odpowiedź.

– W postaci tabletek czy rozpuszczalną?

Dwa ściśnięcia.

– Nie – tłumaczy mama. – Nie brała aspiryny.

?Środki przeciwzapalne?

Nie. – Mama patrzy mi w oczy. Nareszcie zaczyna mówić moim językiem.

Świetnie – oznajmia lekarz. – Teraz włożę gazę z przodu nosa. Jeśli to nie pomoże, będę musiał wepchnąć głębiej. W ostateczności trzeba będzie przeprowadzić kauteryzację. Miałaś już taki zabieg?

Ściskam mamę za rękę tak mocno, że się krzywi.

– Tak, miała.

Bolało jak diabli. Potem jeszcze przez wiele dni paliło mnie w całym ciele.

– Musimy sprawdzić poziom płytek – ciągnie lekarz. – Byłbym zdziwiony, gdyby był wyższy niż dwadzieścia. – Dotyka mojego kolana przez koc. – Przykro mi. Masz parszywą noc.

Dwadzieścia? – powtarza mama jak echo.

Pewnie będziemy musieli jej podać kilka jednostek – tłumaczy doktor. – Proszę się nie martwić. To potrwa zaledwie godzinę.

Kiedy wpycha mi gazę do nosa, usiłuję się skupić na prostych rzeczach – krzesło, srebrne bliźniacze brzozy w ogrodzie Adama, ich liście drżące w promieniach słońca.

Ale nie mogę się skoncentrować.

Czuję się tak, jakbym zjadła ścierkę; mam sucho w gardle i oddycham z trudem. Patrzę na mamę, wyraźnie ją mdli i odwraca głowę. Jak to możliwe, że czuję się od niej starsza? Zamykam oczy, żeby nie widzieć, w jakim jest stanie.

– Nieprzyjemnie? – pyta lekarz. – Czy mama mogłaby odwrócić uwagę córki?

Wolałabym, żeby tego nie mówił. Co niby miałaby zrobić? Zatańczyć dla nas? Zaśpiewać? Może zdecyduje się na swój popisowy numer i po prostu wyjdzie.

Zapada długie milczenie. I nagle słyszę:

– Pamiętasz, jak pierwszy raz jedliśmy ostrygi, a tata tak się struł, że wymiotował do kosza na końcu molo?

Otwieram oczy. Cienie gęstniejące w pokoju uciekają przed jasnością jej słów. Nawet pielęgniarka się uśmiecha.

– Miały smak morza – wspomina mama. – Pamiętasz?

Pewnie. Kupiliśmy cztery, po jednej dla każdego. Mama odchyliła główkę i połknęła ją w całości. Ja zrobiłam tak samo. Tylko tata długo przeżuwał swoją ostrygę i jej kawałki powychodziły mu między zęby. Ruszył biegiem na koniec mola, trzymając się za żołądek. Kiedy wrócił, wypił całą puszkę lemoniady bez przerwy na zaczerpnięcie oddechu. Calowi też nie smakowały.

„Może ostrygi są tylko dla kobiet” – stwierdziła mama i kupiła nam obu po jeszcze jednej.

Teraz opowiada o nadmorskim miasteczku i hotelu, z którego było tak blisko spacerem na plażę. Wspomina gorące promienie słońca na pisaku.

– Podobało ci się tam – mówi. – Całymi godzinami zbierałaś muszle i kamyki. Pewnego razu przywiązałaś sznureczek do kawałka drewna i przez cały dzień ciągnęłaś go za sobą, udając, że to pies.

Pielęgniarka śmieje się i mama też się uśmiecha.

– Byłaś dziewczynką obdarzoną wielką wyobraźnią. I bardzo grzeczną.

Gdybym mogła, spytałabym ją, dlaczego mnie opuściła. Może wreszcie opowiedziałaby mi o mężczyźnie, dla którego odeszła od taty, i ich miłości tak wielkiej, że zdołałabym wszystko zrozumieć.

Ale nie jestem wstanie wydobyć z siebie ani słowa. Mam skurczone, rozpalone gardło. Słucham więc, jak mama mówi o tamtym słońcu, minionych dniach i utraconym pięknie. Dobrze jej idzie. Wykazuje inwencję. Nawet lekarz wydaje się rozbawiony. W jej opowieści niebo jest zawsze błękitne i codziennie oglądamy delfiny pluskające się w morzu.

– Podamy ci tlen – doktor mruga do mnie, jakby proponował mi działkę. – Nie będziemy robić kauteryzacji. Już po wszystkim. – Rozmawia przez chwilę z pielęgniarką i odwraca się w drzwiach, żeby pomachać nam na pożegnanie. – Jesteś dzisiaj moją najlepszą pacjentką – oznajmia i kłania się lekko mamie. – Pani też nieźle się spisała.

– Co to była za noc! – rzuca mama, kiedy wsiadamy do taksówki.

Cieszę się, że byłaś ze mną.

Moje słowa są dla niej zaskoczeniem, wydaje się nawet zadowolona.

– Nie jestem pewna, czy się na coś przydałam.

Poranne promienie słońca oświetlają drogę. W taksówce panuje zimno, powietrze jest rozrzedzone jak w kościele.

– Proszę – mówi mama, rozpinając płaszcz i okrywając nim moje plecy. – gazu – poleca kierowcy i obie chichoczemy.

Wracamy tą samą drogą. Usta jej się nie zamykają, snuje plany na wiosnę i Wielkanoc. Chciałaby więcej czasu spędzić w naszym domu, zaprosić na obiad dawnych przyjaciół swoich i taty. Może urządzi dla mnie przyjęcie urodzinowe w maju.

Czy tym razem mówi poważnie?

– Wiesz – zwierza mi się – co wieczór po zakończeniu handlu na bazarze idę tam, by zebrać z ziemi warzywa i owoce. Czasami ludzie wystawiają całe skrzynki mango. W zeszłym tygodniu znalazłam pięć okoni w plastikowej torbie. Gdybym zaczęła to wszystko gromadzić w lodówce taty, moglibyśmy urządzić przyjęcie i nie kosztowałby to nas nawet pensa.

Opowiada ze szczegółami o różnych zabawach i koktajlach. O zespołach i komiksach. Planuje wynajęcie miejscowej świetlicy i ozdobienie jej girlandami i balonikami. Przysuwam się do mamy i kładę głowę na jej ramieniu. Ostatecznie jestem jej córką. Staram się nie poruszać, żeby nic się nie zmieniło. Cudownie jest tak przytulać się do niej, słuchać jej słów i grzać się pod jej płaszczem.

– Popatrz – rzuca nagle. – To dziwne.

Z trudem otwieram oczy.

– Co takiego – Tam na moście. Nie było tego przedtem.

Stajemy na światłach przed stacja kolejową. Na ulicach panuje ruch, mimo że jest jeszcze dość wcześnie; taksówki przepychają się przez tłok, próbując wyprzedzać inne samochody. Na moście, wysoko nad jezdnią, nocą zakwitły litery. Ludzie im się przyglądają. Odczytuję chwiejne T, kanciaste E, cztery zawijasy tworzące podwójne S i na końcu górujące nad pozostałymi A.

– To zbieg okoliczności – mówi mama.

Nieprawda.

Mam w kieszeni komórkę. Przebieram palcami.

Musiał to zrobić tej nocy. Było ciemno. Wspiął się na mur, przeszedł po nim i przechylił się w dół.

Boli mnie serce. Wyjmuję telefon i piszę: ŻYJESZ?

Światła zmieniają kolor – z bursztynowego na zielony. Taksówka wyjeżdża pod most i sunie po Hugh Street.

Jest wpół do siódmej. Może śpi? A jeśli stracił równowagę i spadł prosto na jezdnię?

– Boże! – wykrzykuje mama. – Twoje imię jest wszędzie!

Sklepy na High Street jeszcze mają zamknięte oczy, śpią, ich okna są zasłonięte metalowymi żaluzjami. A moje imię znajduje się na nich wszystkich. Przed kioskiem Ajaya. Na drogich okiennicach sprzedawcy zdrowej żywności. Wyjątkowo wielkie napisy zdobią skład meblowy Handie, bar King's Chicken i kawiarnię Barbecue. Widnieją na chodniku, sięgając od banku aż do sklepu Mothercare. Tworzą lśniące koło na rondzie.