Выбрать главу

– Słuchasz mnie? – mówi Zoey. – Mam wrażenie, że nie.

Przecieram oczy i staram się skupić na tym, co mówi. Opowiada, że zaprzyjaźniła się z jakąś dziewczyną… maja zbliżony termin porodu… dodaje coś o położnej. Jej głos dociera do mnie z daleka, jakby zgłębi tunelu.

Zauważam, jak guzik jej bluzki nagle się napina Motyl ląduje na ścieżce i rozpościera skrzydła. Opala się. Motyle pojawiły się w tym roku bardzo wcześnie.

– Na pewno mnie słuchasz?

Cal przechodzi przez furtkę. Rzuca rower na trawę i obiega ogród dwa razy.

– Ferie! – krzyczy z radości. Wspina się na jabłonkę, wsuwa kolana między gałęzie i kuca tam jak elf.

Odebrał SMS-a. Spomiędzy młodych listków drzewa błyska niebieskie światełko jego komórki. Przypomina mi to sen sprzed kilku nocy. Błękitne promienie wydobywały się z mojego gardła za każdym razem, kiedy otwierałam usta.

Cal odpisuje i dostaje odpowiedź. Śmieję się. Jeszcze jeden SMS i jeszcze jeden, przylatują ptaki na drzewo.

– Siódma klasa górą! – ogłasza ze śmiechem. – Urządziliśmy bitwę morską w parku i ci z dziesiątej przegrali!

Cal idący po raz pierwszy do gimnazjum. Cal z przyjaciółmi i nową komórką. Cal zapuszczający włosy, żeby wyglądać jak skejt.

– Co się gapisz? – Wystawia język, zeskakuje z drzewa i biegnie do domu.

Na ogród pada cień. Powietrze pachnie wilgocią. Wiatr unosi papierek po cukierku.

Zoey się wzdryga.

– Chyba już pójdę. – Przytula mnie tak mocno, jakby jedna z nas mogła upaść. – Ależ ty jesteś gorąca. Czy to dobrze?

Tata odprowadza ją do wyjścia.

Adam przechodzi przez dziurę w ogrodzeniu.

– Gotowe – oznajmia, przysuwa sobie fotel i siada blisko mnie. – Mama wykupiła połowę sklepu ogrodniczego. Wydała kupę forsy, ale jest zachwycana. Chce hodować zioła.

Czar odpędzający śmierć – mocno trzymać swojego chłopaka za rękę.

– Dobrze się czujesz?

Kładę głowę na jego ramieniu. Mam wrażenie, że zaraz coś się stanie.

Dobiegają mnie różne dźwięki – niewyraźne szczękanie naczyń w kuchni, szelest liści, warkot silnika w oddali.

Słonce rozbłyska, wtapiając się w chłodny horyzont.

– Jesteś rozpalony – Przykłada mi rękę do czoła, głaszcze po policzku i karku. – Nie ruszaj się.

Zostawia mnie i biegnie do domu.

Ziemia wiruje mi przed oczami, wiatr porusza drzewami.

Nie czuję strachu.

Oddychaj, nie przestawaj. To łatwe – wdech i wydech.

Dziwne, jak ziemia wychodzi mi na spotkanie, czuję się lepiej, kiedy jestem bliżej niej. Leżę i myślę o swoim imieniu u nazwisku. Tessa Scott. Niezłe. Trzy sylaby. Co siedem lat nasze ciała wymieniają wszystkie komórki. Co siedem lat znikamy.

– Chryste! Ależ ma gorączkę! – Widzę nad sobą twarz taty. – Dzwoń po karetkę! – jego głos dobiega gdzieś z daleka. Próbuję się uśmiechnąć. Chcę mu podziękować za to, że jest przy mnie, ale z jakiegoś powodu nie mogę wymówić ani słowa.

Nie zamykaj oczu, Tesso. Słyszysz mnie? Zostań z nami!

Kiwam głową, a niebo wiruje z prędkością, która przyprawia mnie o mdłości; czuję się tak, jakbym spadła z wysokiego budynku.

Rozdział 32

Śmierć przywiązuje mnie do szpitalnego łóżka, przywiera do mojej piersi i siedzi tam. Nie wiedziałam, że będzie aż tak bolało. Nie spodziewałam się, że potrafi wymazać z mojej pamięci wszystkie dobre rzeczy, które mnie spotkały.

To, co się dzieje teraz, jest jak najbardziej prawdziwe i chociaż moi bliscy obiecują, że mnie zapamiętają, i tak nie będzie to miało żadnego znaczenia, bo nie będę o tym wiedziała, kiedy odejdę.

W kacie pokoju tworzy się czarna dziura i wypełnia mgłą, która przypomina tkaninę falującą między drzewami.

Z oddali dobiega mnie mój własny jęk. Nie chcę tego słyszeć. Widzę, jak wymieniają spojrzenia – pielęgniarka z lekarzem, lekarz z tatą. Dochodzą mnie przyciszone głosy. Z gardła taty wydobywa się szloch.

Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie.

Koncentruje myśli na białych kwiatach otwierających się pod błękitnym niebem. Jakże mali jesteśmy my, ludzie, jak znikomi w porównaniu ze skałami i gwiazdami.

Wchodzi Cal. Pamiętam go. Chcę mu poradzić, żeby się nie bał. Chcę, żeby mówił normalnym głosem i opowiedział mi coś zabawnego. Ale on staje obok taty, cichy i mały.

– Co jej jest? – szepcze.

Ma infekcję.

Umrze?

Podali jej antybiotyk.

Więc wyzdrowieje?

Milczenie.

Nie tak miało być. Nie tak nagle, jakbym wpadła pod samochód. Bez tego dziwnego gorąca, bez tych wewnętrznych ran. Białaczka jest chorobą postępującą. Miałam słabnąć stopniowo do chwili, aż stanę się zupełnie obojętna.

A ja nie jestem obojętna. Kiedy to się zmieni?

Staram się myśleć o prostych rzeczach – o gotowaniu ziemniakach, mleku. Jednak wciąż dręczą mnie straszne obrazy – wypalone drzewa, kurz. Obnażona kość szczęki.

Chcę powiedzieć tacie, jak bardzo się boję, ale mówienie okazuje się wysiłkiem równie dużym jak dla zdrowego człowieka wydostanie się ze zbiornika pełnego ropy. Moje słowa wypływają z jakiegoś ciemnego i śliskiego miejsca.

– Nie pozwól mi spaść.

Trzymam cię.

Spadam.

Jestem tutaj. Trzymam cię.

Ale w jego oczach czai się lek, twarz skurczyła mu się jakby miał sto lat.

Rozdział 33

Budzę się w kwiatach. Wazony pełne są tulipanów i goździków jak podczas ślubu, gipsówka pleni się przy łóżku.

Budzę się przy tacie, który wciąż trzyma moja rękę.

Otaczają mnie same wspaniałe rzeczy – kubek, krzesło. Błękitne niebo za oknem.

– Jesteś spragniona? – pyta tata. – Podać ci coś do picia?

Mam ochotę na sok z mango. Dużo soku. Tata podnosi poduszkę i przytrzymuje szklankę. Patrzy mi w oczy. Nabieram soku w usta, przełykam. Czekam chwilę, aż złapię oddech, i znów podsuwa szklankę. Potem ociera mi usta chusteczką.

– Poisz mnie jak dziecko.

Kiwa głową. Łzy napływają mu do oczu.

Zasypiam. Budzę się znowu. Tym razem umieram z głodu.

– Jest szansa na lody?

Tata odkłada książkę z uśmiechem.

– Za minutkę. – Nie ma tylko chwilę, wraca z lodem truskawkowym. Owija patyk chusteczką, żeby nie kapało. Mogę go wziąć do ręki. Lód jest przepyszny. Moje ciało rozpoczęło proces naprawy. Nie sądziłam, że jeszcze to potrafi. Wiem, że nie umrę, trzymając w reku truskawkowego loda na patyku.

Chyba będę miała ochotę na jeszcze jednego.

Tata mówi, że dostanę ich pięćdziesiąt, jeśli zechcę. Pewnie zapomniał, ze nie wolno mi jeść cukru ani nabiału.

– Mam dla ciebie coś jeszcze. – Grzebie w kieszeni i wyciąga magnes na lodówkę. Jest w kształcie serca, pomalowany na czerwono i nierówno pociągnięty lakierem. – Cal go zrobił. Kazał cię pozdrowić.

A mama?

Odwiedziła cię kilka razy. Byłaś bardzo słaba, Tesso. Musieliśmy ograniczyć liczbę wizyt.

Więc Adam nie przyszedł?

Jeszcze nie.

Oblizuje patyk, starając się wyssać trochę więcej smaku. Drewno drapie mnie w język.

– Przynieść ci kolejnego loda?

Nie. Idź już.

Moja odpowiedź go zaskoczyła.

– Dokąd?

Odbierz Cala ze szkoły i wybierzcie się do parku. Zagrajcie w piłkę. Kup mu frytki, a potem wróć i opowiedz mi o tym.

Tata wydaje się trochę zdziwiony, ale się śmieje.

– Widzę, że masz nastrój do świętowania.

Chcę, żebyś zadzwonił do Adama. Powiedz mu, ze może dzisiaj do mnie przyjść.

Coś jeszcze?