„Żeby się ukarać, powiedziałeś? Montalbano, ale z ciebie hipokryta! Bałeś się po prostu, że będziesz miał kłopoty z trawieniem. Wiesz, ile pulpecików pożarłeś? Osiemnaście!"
Na wszelki wypadek przespacerował się do portu. Dotarł aż do latarni morskiej, głęboko wdychając świeże powietrze.
– Fazio, ile jest twoim zdaniem sposobów, żeby z kontynentu dojechać na Sycylię?
– Panie komisarzu, sposoby są takie: samochodem, pociągiem, samolotem albo, jeśli ktoś sobie życzy, na piechotę.
– Fazio, nie lubię, kiedy udajesz dowcipnego.
– Nie udaję dowcipnego. Podczas ostatniej wojny mój ojciec przeszedł na piechotę z Bolzano do Palermo.
– Mamy gdzieś numer tablicy rejestracyjnej samochodu Gargana?
Fazio spojrzał na niego ze zdziwieniem.
– Czy tą sprawą nie zajmował się wicekomisarz Augello?
– Teraz ja się nią zajmuję. Masz coś przeciwko temu?
– A dlaczego miałbym mieć? Przejrzę zaraz dokumentację pana Augella. Albo raczej do niego zadzwonię, bo jak się dowie, że grzebałem w jego papierach, to mnie zastrzeli. Podpisał pan te dokumenty na biurku? Tak? To je zabieram i przyniosę panu więcej.
– Przynieś mi jeszcze papiery do podpisu, to powtykam ci je do gardła jeden po drugim.
Obładowany aktami Fazio zatrzymał się w drzwiach. Odwrócił się i powiedział:
– Panie komisarzu, za pozwoleniem, z Garganem tracimy tylko czas. Chce pan wiedzieć, co ja o tym myślę?
– Nie, ale mów, jeśli nie możesz się powstrzymać.
– Chryste, ale ma pan dziś humor. Zjadł pan coś niestrawnego czy co?
Wyszedł oburzony, nie wyjawiając, co myśli o sprawie Gargana. Nie minęło pięć minut, a drzwi walnęły o ścianę, na podłogę spadł kawał tynku. Wszedł Catarella z ponadmetrowym stosem dokumentów zakrywającym mu twarz.
– Przepraszam, panie komisarzu, musiałem otworzyć nogą, bo ręce mam zajęte.
– Ani kroku dalej!
Catarella zamarł w bezruchu.
– Co to takiego?
– Papiery do podpisu, panie komisarzu. Dał mi je Fazio.
– Liczę do trzech. Jeśli nie znikniesz, strzelam.
Catarella wycofał się tyłem, jęcząc z przerażenia. To była zemsta obrażonego Fazia.
Fazio nie odezwał się przez dobre pół godziny. Od zemsty przeszedł do sabotażu?
– Fazio!
Zjawił się z bardzo poważną miną.
– Słucham, panie komisarzu.
– Jeszcze ci nie przeszło? Tak bardzo się obraziłeś?
– Dlaczego miałbym się obrazić?
– Bo nie dałem ci powiedzieć, co myślisz. Dobrze, powiedz mi teraz.
– Teraz już nie chcę.
Czy to komisariat Policji Państwowej w Vigacie czy przedszkole imienia Marii Montessori? Fazio przemówi, jeśli dostanie czerwoną muszelkę albo guzik z trzema dziurkami? Lepiej zająć się czymś poważniejszym.
– Co z tą tablicą rejestracyjną?
– Dzwoniłem do wicekomisarza Augello, nie odpowiada nawet komórka.
– Poszukaj w jego papierach.
– Upoważnia mnie pan?
– Tak. Idź już.
– Nie potrzeba. Mam numer w kieszeni.
Wyciągnął z kieszeni karteczkę i podał komisarzowi Ten jednak jej nie przyjął.
– Skąd go masz?
– Znalazłem w papierach wicekomisarza Augello.
Montalbano miał teraz ochotę obłożyć go pięściami Fazio, kiedy się postarał, potrafił najcierpliwszego wyprowadzić z równowagi.
– Przejrzyj znowu papiery Augella. Chcę wiedzieć dokładnie, którego dnia wszyscy oczekiwali przyjazdu Gargana.
– Gargano miał tu być pierwszego września – odpowiedział natychmiast Fazio. – Miał wypłacać odsetki, o dziewiątej rano czekało na niego ze dwadzieścia osób.
Montalbano zrozumiał, że w czasie tej półgodzinnej nieobecności Fazio przestudiował od deski do deski tęczkę Augella. Prawdziwy policjant, teraz już wie wszystko o sprawie.
– Dlaczego czekali w kolejce? Gargano płacił gotówką?
– Nie, panie komisarzu. Płacił czekami, przelewami, przekazami. W kolejce stali starzy emeryci, którym sprawiało przyjemność, gdy mogli odebrać czek od Gargana osobiście.
– Dzisiaj mamy piąty października, więc Gargano nie daje znaku życia już od trzydziestu pięciu dni.
– Nie, panie komisarzu. Urzędniczka w Bolonii zeznała, że widziała go ostatni raz dwudziestego ósmego sierpnia. Gargano powiedział jej wtedy, że wyjedzie na Sycylię następnego dnia, to jest dwudziestego dziewiątego Sierpień ma trzydzieści jeden dni, więc księgowego Gargano nikt nie widział od trzydziestu ośmiu dni. Komisarz spojrzał na zegarek, podniósł słuchawkę, wybrał numer.
– Halo?
Mariastella Cosentino odpowiedziała z pustego biura natychmiast, głosem przepełnionym nadzieją. Z pewnością marzyła o tym, że pewnego dnia zadzwoni telefon i że usłyszy w nim ciepłe, uwodzicielskie słowa swojego ukochanego szefa.
– Mówi Montalbano.
– Ach, to pan.
Jej rozczarowanie zmaterializowało się, wkradło do przewodu telefonicznego, przebiegło go wzdłuż całej linii, wślizgnęło się do ucha komisarza pod postacią nieprzyjemnego swędzenia.
– Proszę o informację. Jakim środkiem transportu posługiwał się księgowy, kiedy przyjeżdżał do Vigaty?
– Własnym samochodem.
– Spytam dokładniej. Przyjeżdżał samochodem z Bolonii aż tutaj?
– Bynajmniej. Zawsze załatwiałam mu bilety powrotne. Ładował samochód na prom Palermo-Neapol, a dla siebie brał kabinę jednoosobową.
Montalbano podziękował, odłożył słuchawkę, spojrzał na Fazia.
– Teraz ci wyjaśnię, co masz zrobić.
7
Zaledwie otworzył drzwi domu, odniósł wrażenie, że Adelina znalazła trochę czasu, aby przyjść i posprzątać: wszędzie porządek, książki odkurzone, połyskuje wypastowana podłoga. Nie zrobiła tego jednak jego gospodyni – na stoliku w kuchni zobaczył kartkę:
Panie komesarzu pżysyłam panu na sprzontanie moją sioszczenicę Concettę bo to dziewócha szybka i robotna i pżygotuje coś do jedzenia a ja wracam pojutrze.
Concetta opróżniła pralkę i rozwiesiła jej zawartość na suszarce. Komisarzowi ścisnęło się serce, kiedy spostrzegł, że podarowany mu przez Livię sweter przybrał rozmiar pasujący na dziesięcioletnie dziecko. Zbiegł się, bo on zapomniał, że wyroby z wełny pierze się w innej temperaturze niż bieliznę. Ogarnęła go panika: ten sweter musi natychmiast zniknąć, niech nie zostanie po nim ślad. Trzeba go spalić, zamienić w popiół.
Wziął go do ręki – był jeszcze zbyt wilgotny. Co robić? Oto rozwiązanie: wykopać głęboką dziurę w piasku i zagrzebać tam dowód zbrodni. Zrobi to teraz, w mroku nocy, jak morderca. Miał właśnie otworzyć oszklone drzwi prowadzące na werandę, gdy zadzwonił telefon.
– Halo?
– Cześć, kochany, co u ciebie?
To Livia. Całkiem niedorzecznie poczuł się schwytany na gorącym uczynku. Zdusił krzyk w gardle, a przeklęty sweter wypadł mu z rąk. Spróbował wepchnąć go nogą pod stół.
– Co tam się dzieje? – spytała Livia.
– Nic, nic, sparzyłem się papierosem. Przyjemnie było na urlopie?
– Bardzo, był mi naprawdę potrzebny. A u ciebie? Jest coś nowego?
– Wszystko po staremu.
Zawsze na początku rozmowy, nie wiadomo dlaczego, oboje byli trochę zakłopotani, jakby się czegoś wstydzili.
– No więc, zgodnie z umową, jutro tam będę.
Tam? To znaczy gdzie? Livia przyjeżdża do Vigaty? Dlaczego? Był z tego powodu szczęśliwy, bez cienia wątpliwości, ale jaką umowę miała na myśli? Nie musiał stawiać pytań, Livia zbyt dobrze go znała.