Выбрать главу

Montalbano wrócił do łóżka. Zaledwie znalazł się w pościeli, zamknął oczy i zasnął. Wszedł w krainę snu lekkim krokiem dziecka.

Była jedenasta, kiedy Fazio zjawił się w gabinecie Montalbana.

– Panie komisarzu, najświeższa wiadomość jest taka. W biurze podróży Intertour w Montelusie Pellegrino wykupił bilet do Lizbony. Samolot odlatywał trzydziestego pierwszego sierpnia o wpół do czwartej po południu. Zadzwoniłem na lotnisko w Palermo. Tym razem Pellegrino poleciał naprawdę.

– Wierzysz w to?

– Dlaczego miałbym nie wierzyć?

– Bo sprzedał pewno bilet jakiemuś pasażerowi z listy oczekujących i wrócił tutaj, do biura. To nie ulega wątpliwości. Pellegrino był o piątej w przedstawicielstwie „Króla Midasa" w Vigacie, nie mógł więc wtedy siedzieć w samolocie do Lizbony.

– Ale co to znaczy?

– Znaczy, że Pellegrino to głupek, który uważa się za bardzo sprytnego, ale głupkiem pozostaje. Zrób teraz tak. Dowiedz się we wszystkich hotelach, pensjonatach i u wynajmujących pokoje w Vigacie i w Montelusie, czy Pellegrino gdzieś tam spał w nocy z trzydziestego na trzydziesty pierwszy sierpnia.

– Już się robi.

– I jeszcze coś. Wypytaj się we wszystkich agencjach wynajmu samochodów w Vigacie i w Montelusie, czy Pellegrino mniej więcej w tych samych dniach korzystał z ich usług.

– Ale jak to jest, że najpierw szukaliśmy Gargana, a teraz szukamy Pellegrina? – spytał powątpiewająco Fazio.

– Bo teraz nabrałem pewności, że kiedy znajdziemy jednego, to zaraz będziemy wiedzieli, gdzie szukać drugiego. Chcesz się założyć?

– Nie. Z panem nigdy bym się nie zakładał – odpowiedział Fazio, wychodząc.

A jednak, gdyby przyjął zakład, właśnie by go wygrał.

Montalbano poczuł teraz – jak często mu się zdarzało – wilczy apetyt, może dlatego, że od dawna tak dobrze nie spał. Wyżalenie się Livii ulżyło mu, pozwoliło odzyskać równowagę. Przyszła mu ochota na żarty. Od razu przerwał Calogerowi, recytującemu krótką zresztą litanię potraw.

– Dziś zjadłbym sznycel wieprzowy.

– Naprawdę? – jęknął zaskoczony Calogero, chwytając się stołu, aby nie upaść.

– Co, pomyślałeś, że rzeczywiście chcę u ciebie zamówić sznycel? To byłoby tak, jakbym domagał się mszy świętej od buddyjskiego mnicha. Co masz dziś dobrego?

– Makaron w czarnym sosie z mątwy.

– Niech będzie. A potem?

– Pulpeciki z polipków.

– Doskonale, przynieś mi z dziesięć.

O szóstej po południu Fazio złożył raport.

– Panie komisarzu, wygląda na to, że nie nocował nigdzie. Ale wynajął w Montelusie samochód trzydziestego pierwszego rano i odprowadził go o czwartej po południu. Urzędniczka w agencji, rozgarnięta dziewczyna, powiedziała mi, że sądząc po przebiegu, mógł pojechać do Palermo i wrócić.

– Zgadza się – skomentował Montalbano.

– Ta dziewczyna powiedziała mi jeszcze, że Pellegrino zażądał samochodu z bardzo pojemnym bagażnikiem.

– Pewno. Musiał zabrać ze sobą dwie walizki.

Obaj zamilkli na chwilę.

– No i gdzie ten chłopak mógł nocować? – spytał głośno sam siebie Fazio.

Te słowa wywarły na komisarzu tak gwałtowny efekt, że Fazia ogarnęło przerażenie. Montalbano popatrzył na niego szeroko otwartymi oczami i z całej siły uderzył się dłonią w czoło.

– Ale ze mnie kutas!

– Co ja takiego powiedziałem? – zapytał Fazio, gotów do przeprosin.

Montalbano wstał, wyjął coś z szuflady i włożył do kieszeni.

– Jedziemy.

10

Montalbano wziął swój samochód i popędził w stronę Montelusy, jakby go gonili. Kiedy wjechał na drogę wiodącą do nowo wybudowanej willi Pellegrina, twarz Fazia skamieniała. Inspektor patrzył prosto przez siebie, nie mówiąc ani słowa. Dotarli pod zamkniętą bramę, komisarz zatrzymał wóz, wysiedli. Zbite szyby w oknach nie zostały wymienione, w ich miejsce poprzyczepiano tylko pineskami płachty celofanu. Zielonych napisów „kutas" nie starto.

– Może jest ktoś w środku, na przykład stryj – odezwał się Fazio.

– Zabezpieczmy się – powiedział Montalbano. – Zadzwoń zaraz do komisariatu, niech ci dadzą numer Giacoma Pellegrino, tego, który złożył doniesienie. Zadzwoń potem do niego i powiedz, że przyjechałeś tu na wizję lokalną. Spytaj go też, czy to on pozakładał ten celofan i czy miał wiadomości od bratanka. Jeśli go nie zastaniesz, zdecydujemy, co dalej.

Kiedy Fazio telefonował, komisarz podszedł do ściętego drzewa oliwnego. Straciło większość liści, leżały rozproszone na ziemi. Najwyraźniej niewiele już brakowało, aby żywe drzewo zamieniło się w martwe drewno. Montalbano zrobił wtedy coś dziwnego lub – dokładniej – postąpił tak, jak zachowują się małe dzieci: przykucnął obok obalonego pnia i przytknął do niego ucho, jakby przykładał je do piersi umierającego, chcąc sprawdzić, czy bije w niej jeszcze serce. Wsłuchiwał się tak przez chwilę – może miał nadzieję, że usłyszy szmer krążących w pniu soków? Nagle zachciało mu się śmiać. Co on właściwie robi? Zupełnie jak baron Münchhausen, któremu wystarczało przyłożyć ucho do ziemi, aby usłyszeć, jak rośnie trawa. Nie spostrzegł nawet, że Fazio widział z daleka cały ten cyrk i że teraz właśnie się zbliża.

– Panie komisarzu, rozmawiałem ze stryjem. To on pozasłaniał tak okna, bo bratanek zostawił mu tylko klucz do bramy, do domu nie. Nie miał żadnych wiadomości z Niemiec, ale uważa, że bratanek lada dzień wróci.

Fazio popatrzył potem na drzewo oliwne i pokiwał głową.

– Widzisz, co za świństwo – powiedział Montalbano.

– Kutasy. – Fazio umyślnie użył słowa, które komisarz wypisał na ścianach.

– Teraz rozumiesz, dlaczego się wściekłem.

– Nie musi mi pan więcej tłumaczyć – odrzekł Fazio. – Co teraz robimy?

– Teraz wchodzimy do środka – oznajmił Montalbano, wyciągając z kieszeni woreczek, który wziął z szuflady swojego biurka; zawierał on bogaty zestaw wytrychów i podrobionych kluczy, podarowany niegdyś komisarzowi przez zaprzyjaźnionego złodzieja. – Ty patrz, czy ktoś tu nie idzie.

Pogrzebał w zamku i dość łatwo otworzył bramę. Trudniej mu było uporać się z drzwiami wejściowymi do willi, ale w końcu i z nimi sobie poradził. Zawołał Fazia.

Weszli do środka. Ujrzeli najpierw wielki, zupełnie pusty salon; całkiem puste były także kuchnia i łazienka. Z salonu kamienno-drewniane schody prowadziły na piętro mieszczące dwie duże sypialnie. One również były nieumeblowane, lecz w jednej leżała na podłodze nowiusieńka, świeżo wyjęta z opakowania kołdra, z nieodciętym jeszcze kartonikiem z nazwą producenta. Między sypialniami znajdowała się wyposażona już łazienka. Na półeczce pod lustrem zobaczyli pojemnik z pianką do golenia, a obok zestaw pięciu maszynek jednorazowego użytku; dwiema z nich już ktoś się golił.

– Giacomo postąpił w sposób możliwie najbardziej logiczny. Po wyprowadzeniu się z wynajmowanego mieszkania przeniósł się tutaj. Spał owinięty tą kołdrą. Ale gdzie są dwie walizki, które miał ze sobą? – spytał Montalbano.

Szukali ich na poddaszu, w komórce pod schodami – i nic. Zamknęli z powrotem drzwi wejściowe i na wszelki wypadek obeszli dom dookoła. W tylnej ścianie zauważyli żelazne drzwiczki, opatrzone u góry siatką umożliwiającą cyrkulację powietrza. Montalbano je otworzył. Był to rodzaj składziku na narzędzia; pośrodku stały dwie duże walizki.

Wynieśli je na zewnątrz, bo w pomieszczeniu brakowało miejsca. Nie były zamknięte na klucz. Montalbano wziął się do jednej, Fazio – do drugiej. Nie wiedzieli, czego w nich szukają, ale szukali mimo to. Skarpetki, bokserki, koszule, chustki, garnitur, płaszcz. Spojrzeli po sobie. Bez słowa poupychali bezładnie w walizkach to, co z nich wyciągnęli; Fazio swojej nie mógł domknąć.