Выбрать главу

– Zostaw ją tak, jak jest – rozkazał mu komisarz. Wstawili walizki do środka, zamknęli z powrotem drzwiczki, potem bramę i odjechali.

– Panie komisarzu, coś mi tu nie pasuje – odezwał się Fazio, gdy zbliżali się już do Vigaty. – Jeśli ten Giacomo Pellegrino wyjechał na dłużej do Niemiec, to dlaczego nie zabrał na zmianę choćby pary bokserek. Przecież nie chciał chyba kupować tam sobie wszystkiego na nowo.

– Mnie nie pasuje coś jeszcze – powiedział Montalbano. – Czy to nie dziwne, że w walizkach nie znaleźliśmy ani kartki papieru, ani jakiegoś świstka, listu, zeszytu, notesu?

W Vigacie wjechał w wąską uliczkę, która nie prowadziła do komisariatu.

– Dokąd jedziemy?

– Ja pójdę porozmawiać z kobietą, która wynajmowała temu chłopakowi mieszkanie, a ty weźmiesz mój samochód i odprowadzisz go pod komisariat. Kiedy skończę, wrócę na piechotę, to niedaleko.

– Kto tam, do cholery? – przemówiła zza drzwi głosem astmatycznego wieloryba pani Caterina.

– Montalbano.

Drzwi otworzyły się. Zobaczył monstrualną głowę najeżoną plastikowymi lokówkami

– Nie mogę zaprosić pana do mieszkania, bo jestem w dezabilu.

– Pani Caterino, przepraszam za kłopot. Tylko jedno pytanie: ile walizek miał Giacomo Pellegrino?

– Co, nie powiedziałam panu? Dwie.

– I nic więcej?

– Miał jeszcze aktówkę, trzymał w niej papiery.

– Wie pani, co za papiery?

– To ja, pańskim zdaniem, wyglądam na taką, co grzebie w cudzych rzeczach? Jakaś wścibska jestem, jakaś plotkara?

– Ależ, pani Caterino, jak może pani sądzić, że ja coś takiego pomyślałem? Chciałem po prostu powiedzieć, że może kiedyś aktówka była otwarta, no i rzuciła pani na nią okiem tak sobie, przypadkiem, bez żadnego zamiaru…

– Jeden raz się zdarzyło, ale, powtarzam, całkiem przypadkowo. Wewnątrz było dużo listów, arkusze papieru pełne cyfr, notesy i trochę tych czarnych… no wie pan, co są podobne do malutkich płyt…

– Dyskietek komputerowych?

– Chyba coś takiego.

– Giacomo miał komputer?

– Miał. Nosił go zawsze ze sobą w specjalnej torbie.

– Wie pani, czy był podłączony do Internetu?

– Panie komisarzu, ja na tych rzeczach zupełnie się nie znam. Ale przypominam sobie, że raz, kiedy chciałam Giacomem porozmawiać w sprawie cieknącej rury, zadzwoniłam, a telefon był zajęty.

– Przepraszam, ale dlaczego pani dzwoniła, zamiast zejść jedno piętro i…

– Dla pana zejść jedno piętro to nic, ale dla mnie to kłopot.

– Nie pomyślałem o tym, przepraszam.

– Dzwonię więc i dzwonię, a telefon ciągle zajęty. Więc zebrałam się na odwagę, zeszłam i zapukałam. Powiedziałam mu, że chyba źle odłożył słuchawkę. A on na to, że telefon wydawał się zajęty, bo był podłączony do tego intronetu.

– Rozumiem. Giacomo wziął ze sobą także aktówkę i komputer?

– Pewno, że wziął. A co miał zrobić – zostawić mnie?

Montalbano skierował się do komisariatu w złym humorze. Musiał oczywiście być zadowolony, bo dowiedział się, że papiery Pellegrina istniały i że on najprawdopodobniej je zabrał; z drugiej jednak strony psuła mu nastrój obawa, że będzie znowu miał do czynienia – jak w sprawie nazwanej „wycieczka do Tindari" – z komputerami, dyskietkami, CD-ROM-ami i innymi diabelskimi wynalazkami tego rodzaju. Na szczęście był Catarella, który przyszedłby mu z pomocą.

Podzielił się z Faziem wiadomościami uzyskanymi od pani Cateriny zarówno podczas pierwszego, jak i podczas drugiego spotkania.

– No dobrze – powiedział Fazio po chwili zastanowienia. – Przyjmijmy, że Pellegrino uciekł za granicę Powstaje pierwsze pytanie: dlaczego? Z oszustwem Gargana nie miał bezpośrednio nic wspólnego; mógł się do niego przyczepić tylko jakiś postrzeleniec w rodzaj świętej pamięci mierniczego Garzulla. Drugie pytanie brzmi: skąd wziął pieniądze na budowę takiej ładnej willi?

– Z tej historii z willą wypływa pewien wniosek – powiedział Montalbano.

– Jaki?

– Że Pellegrino chce się kryć przez jakiś czas, ale prędzej czy później zamierza jednak wrócić, najlepiej po cichutku, żeby w spokoju korzystać z willi. No bo czemu by budował? Chyba że zdarzyło się coś nowego, nieprzewidzianego, co go zmusiło do ucieczki może na zawsze i do wypięcia się na willę.

– I jeszcze coś – dodał Fazio. – Jest zupełnie normalne, że ktoś, kto jedzie za granicę, zabiera ze sobą dokumenty, papiery i komputer. Ale nie sądzę, żeby brał do Niemiec skuter… jeśli rzeczywiście tam pojechał.

– Zadzwoń do stryja i dowiedz się, czy nie zostawił go jemu.

Fazio wyszedł i niebawem wrócił.

– Nie, nie zostawił, stryj nic nie wie. Panie komisarzu, stryj nadstawia uszu. Pytał mnie, czemu bratanek tak nas interesuje. Wydaje się zaniepokojony; dla niego ta sprawa podróży w interesach do Niemiec jest jasna jak słońce.

– No i wiemy teraz tyle co przedtem.

Zapadło pełne zakłopotania milczenie.

– Coś można jeszcze zrobić – zdecydował po chwili Montalbano. – Obejdź jutro banki w Vigacie i postaraj się dowiedzieć, gdzie Pellegrino trzyma pieniądze. Jestem przekonany, że nie będzie to ten sam bank, którego klientem był Gargano. Jeśli kogoś tam znasz, postaraj się dowiedzieć, jaki jest stan konta Pellegrina, czy wpłacał na nie coś poza poborami i tak dalej. I jeszcze jedno: jak się nazywa ten facet, co widział latające talerze i trójgłowe smoki?

Fazio, zanim odpowiedział, spojrzał na niego zaskoczony.

– Nazywa się Antonino Tommasino. Ale, panie komisarzu, uprzedzam: to zupełny wariat, nie można go brać na serio.

– Fazio, co robi człowiek śmiertelnie chory, kiedy lekarze rozkładają już ręce? Żeby tylko nie umrzeć, zwraca się do czarownika, do maga, do szarlatana. A my, drogi przyjacielu, o tej nocnej godzinie osiągnęliśmy w naszym śledztwie chyba etap agonii. Podaj mi numer telefonu Tommasina.

Fazio wyszedł i wrócił z arkuszem papieru w ręce.

– Oto złożone przez niego dobrowolnie oświadczenie. Twierdzi, że nie ma telefonu.

– Ale gdzieś przecież mieszka.

– Tak, panie komisarzu. Trudno tam jednak dojechać. Chce pan, żebym narysował mapkę?

Otwierając drzwi, Montalbano zauważył, że w skrzynce na listy jest koperta. Wyjął ją i rozpoznał charakter pisma Livii. Nie był to jednak list; koperta zawierała wycięty z gazety tekst wywiadu z pewnym turyńskim filozofem w podeszłym wieku. Zaciekawiony, postanowił przeczytać go od razu, zanim jeszcze sprawdzi, co siostrzenica Adeliny zostawiła mu w lodówce. Mówiąc o swojej rodzinie, filozof oświadczył między innymi: „Kiedy się starzejemy, bardziej od myśli liczą się dla nas uczucia".

Stracił nagle apetyt. Jeśli dla filozofa nadchodzi czas, w którym rozmyślania liczą się mniej od uczuć, ile może znaczyć policyjne śledztwo dla wkraczającego w aleję zachodu słońca gliny? Takie to pytanie stawiała mu pośrednio Livia za pomocą wycinka z prasy, który właśnie przeczytał. Musiał też przyznać z niechęcią, że odpowiedź była tylko jedna: śledztwo znaczyło chyba mniej od filozoficznych rozmyślań. Źle spał tej nocy.

O szóstej rano wyszedł już z domu. Pogoda zapowiadała się dobra: niebo jasne, bezchmurne, ani krzty wiatru. Narysowaną przez Fazia mapkę położył na siedzeniu obok i chwilami na nią spoglądał. Tommasino Antonino, a może Antonino Tommasino – oba człony mogły być zarówno imieniem, jak i nazwiskiem, więc czort wie, jak on się właściwie nazywa – mieszkał na wsi w okolicy Montereale, zatem niezbyt daleko do Vigaty. Trudność polegała jednak na znalezieniu właściwej drogi, bo można było się zgubić, jadąc przez tę jakby pustynię bez jednego drzewa, pociętą ścieżkami, śladami kół i gąsienic, urozmaiconą z rzadka chłopskimi chatami, a jeszcze rzadziej jakimś nieco bardziej okazałym domostwem. Te tereny broniły się widać, jak mogły, przed wątpliwej jakości modernizacją, przed zalewem weekendowych willi ustawionych w szeregi. Dostrzegało się już jednak pierwsze oznaki bezużyteczności takiego oporu – wykopy pod kanalizację, słupy oświetleniowe i telefoniczne, powytyczane trasy dróg o szerokiej jezdni. Montalbano objechał pustynię trzy lub cztery razy, wracając zawsze do punktu wyjścia: mapka Fazia okazała się mało dokładna. Zrozumiawszy, że sobie nie poradzi, skierował się zdecydowanie do porządnie wyglądającego wiejskiego domu. Zatrzymał samochód i wysiadł. Drzwi były otwarte.