Выбрать главу

– Jest tam kto?

– Proszę wejść – odpowiedział kobiecy glos.

Wszedł do obszernego, zadbanego pomieszczenia, łączącego w sobie poniekąd salon i jadalnię, ze starymi, lecz lśniącymi czystością meblami. Przy stole, przed dymiącą maszynką do kawy, siedziała z filiżanką w ręku pani około sześćdziesiątki, ubrana na szaro, wypielęgnowana.

– Proszę pani, chodzi mi tylko o informację. Chciałbym się dowiedzieć, gdzie mieszka pan Antonino Tommasino.

– Tu mieszka. Jestem jego żoną.

Montalbano, nie wiadomo dlaczego, wyobrażał sobie Tommasina jako na wpół włóczęgę albo – w najlepszym wypadku – chłopa, wieśniaka z rasy podlegającej ochronie, bo będącej na wymarciu.

– Jestem komisarz Montalbano.

– Rozpoznałam pana – powiedziała kobieta, wskazując ruchem głowy na telewizor w rogu. – Idę po męża. Proszę tymczasem napić się kawy, robię mocną.

– Dziękuję.

Nalała mu kawy i wyszła, ale wróciła prawie natychmiast.

– Mąż pyta, czy nie zechciałby pan przyjść do niego.

Przemierzyli wybielony korytarz. Kobieta wskazała drugie drzwi po lewej stronie. Wszedł do prawdziwego gabinetu: wysokie półki pełne książek, na ścianach stare mapy morskie. Mężczyzna, który wstał z fotela i zbliżył się do komisarza, był wysokim, prostym jak trzcina siedemdziesięciolatkiem w eleganckim blezerze, w okularach, z pięknymi siwymi włosami. Biło od niego pewne dostojeństwo. Montalbano – przekonany, że stanie przed jakimś wariatem z obłędem w oczach i z pianą w kącikach ust – nie mógł się otrząsnąć ze zdumienia. Czy aby nie zaszło jakieś nieporozumienie?

– Pan nazywa się Antonino Tommasino? – zapytał. Miał też ochotę dodać na wszelki wypadek: „Ten szaleniec, co widzi potwory i latające talerze?"

– Tak. A pan jest komisarzem Montalbano. Proszę, niech pan siada.

Podsunął mu wygodny fotel.

– Słucham pana. Jestem do dyspozycji.

No właśnie. Jak tu zacząć, żeby nie urazić pana Tommasina, wyglądającego na osobę najnormalniejszą w świecie?

– Co pan teraz czytał?

Wymknęło się mu pytanie tak idiotyczne i absurdalne, że poczuł wstyd. Tommasino jednak się uśmiechnął.

– Czytam Księgę Rogera, napisaną przez arabskiego geografa Al-Idrisiego. Ale pan nie przyjechał tutaj pytać, co czytam. Przyjechał pan, żeby się dowiedzieć, co widziałem w nocy niewiele ponad miesiąc temu. Może w komisariacie zmieniono zdanie.

– Tak. Dziękuję – powiedział Montalbano, wdzięczny rozmówcy za przejęcie inicjatywy.

Tommasino okazywał się człowiekiem nie tylko normalnym, lecz także subtelnym, wykształconym i inteligentnym.

– Najpierw jedno pytanie. Co panu o mnie powiedziano?

Montalbano zawahał się, zakłopotany. Potem zdecydował, że zawsze lepiej mówić prawdę.

– Powiedziano mi, że widuje pan czasem rzeczy dziwne, nieistniejące.

– Panie komisarzu, jest pan bardzo uprzejmy. Uważa się mnie, krótko mówiąc, za wariata. Wariata spokojnego, obywatela, który płaci podatki, szanuje prawo, nie popełnia czynów lubieżnych ani gwałtów, nie grozi nikomu, nic maltretuje żony, chodzi na mszę, wychował dzieci i wnuki – ale wariatem pozostaje. Dobrze pan to ujął: zdarza mi się niekiedy widywać rzeczy nieistniejące.

– Przepraszam pana – przerwał mu Montalbano. – Czym pan się zajmuje?

– Zawodowo? Uczyłem geografii w liceum w Montelusie. Od wielu lat jestem na emeryturze. Czy mogę opowiedzieć panu pewną historię?

– Oczywiście.

– Mam wnuka, nazywa się Michele, ma teraz czternaście lat. Jakieś dziesięć lat temu przyjechał tu z rodzicami; syn zresztą odwiedza mnie także i teraz, Bogu dzięki. Wyszliśmy z Michele za dom, żeby się pobawić. W pewnej chwili wnuczek zaczął krzyczeć, że jest tam pełno strasznych, wściekłych smoków; ja przyłączyłem się do zabawy i też zacząłem krzyczeć z przerażenia. Wtedy chłopczyk przestraszył się mojego strachu i chciał mnie uspokoić. „Dziadziu – powiedział – tych smoków wcale nie ma, nie musisz się bać, to ja sam je wymyśliłem dla zabawy". Proszę mi wierzyć, panie komisarzu, od kilku lat to ja jestem w sytuacji, w której był wówczas mój wnuk Michele. Z tajemniczej przyczyny i w dziwny sposób część mojego mózgu przeniosła się w lata, kiedy byłem dzieckiem. Tyle że – w odróżnieniu od wnuczka – biorę za prawdziwe to, co widzę, i przez pewien czas wierzę, że tak jest. Potem mi przechodzi i zdaję sobie sprawę, że widziałem rzeczy nieistniejące. Czy jasno dotąd się wyrażam?

– Bardzo jasno – odrzekł komisarz.

– Mogę teraz spytać, co panu opowiedziano o rzeczach, które widziałem?

– No więc słyszałem chyba o trójgłowym potworze morskim i o latającym talerzu.

– Tylko o tym? Nie mówiono panu, że widziałem stado ryb z blaszanymi skrzydłami siadające na drzewie? Że pewnego razu pojawił mi się w kuchni karzełek z planety Wenus i poprosił o papierosa? Czy to wystarczy, bo może się nam pomieszać w głowie?

– Jak pan uważa.

– Powtarzam więc kolejno to, co panu powiedziałem, i to, co pan już słyszał. Trójgłowy potwór morski, latający talerz, stado ryb z blaszanymi skrzydłami, karzełek z Wenus. Zgodzi się pan ze mną, że to wszystko są rzeczy, które nie istnieją?

– Naturalnie.

– W takim razie jeśli do pana przyjdę i powiem: „Proszę pana, kilka dni temu widziałem w nocy samochód taki a taki", dlaczego miałby mi pan nie uwierzyć? Samochody są może wytworem wyobraźni, nie istnieją w rzeczywistości? Mówię o czymś, co codziennie się ogląda, o prawdziwym samochodzie z czterema kołami i tablicą rejestracyjną – nie mówię panu, że zobaczyłem kosmiczną hulajnogę przystosowaną do lotu na Marsa!

– Proszę mnie zaprowadzić tam, gdzie widział pan samochód Gargana – powiedział Montalbano.

Był teraz przekonany, że znalazł cennego świadka.

11

W tym krótkim czasie, który spędzili w domu, pogoda się zmieniła. Zaczął wiać wiatr gniewny, zimny, jego pod muchy były niby uderzenia rozwścieczonej bestii. Od strony morza napływały powoli wielkie ciemne chmury. Montalbano prowadził zgodnie ze wskazówkami profesora Tommasina, który jednocześnie wyjaśniał mu całą sprawę, odpowiadając na zadawane pytania.

– Czy jest pan pewien, że chodzi o noc z trzydziestego pierwszego sierpnia na pierwszy września?

– Rękę dałbym sobie uciąć.

– Skąd ta pewność?

– Bo myślałem właśnie o tym, że następnego dnia, to znaczy pierwszego września, Gargano wypłaci mi odsetki. Wtedy zobaczyłem jego samochód, co bardzo mnie zdziwiło.

– Przepraszam, panie profesorze, czy pan także należy do ofiar Gargana?

– Tak, byłem na tyle głupi, że mu uwierzyłem. Sprzątnął mi trzydzieści milionów lirów. Jednak kiedy zauważyłem samochód, zdziwiłem się wprawdzie, ale byłem nawet zadowolony; pomyślałem, że dotrzyma słowa. No i następnego dnia rano usłyszałem, że się nie stawił.

– Dlaczego zdziwił się pan na widok samochodu?