Wólnicki zorientował się nagle, że świadka wypełniają przerażająco mieszane uczucia. Rozgoryczenie, pretensja do nieżyjącego brata, pretensja do jego zabójcy, wielki żal, silnie tłamszone poczucie sprawiedliwości, mnóstwo różnych innych doznań, których już nie próbował precyzować. Nie wydawało mu się, żeby ten cały Sobiesław coś istotnego ukrywał, a jego stan majątkowy, ostatecznie, był do zbadania. Siostra zresztą to samo mówiła, Sobek od rodziny odskoczył, gdzieś tam się pęta, prawie wcale go nie ma. Alibi… Na Grenlandię niezły kawałek drogi, telefon w Kopenhadze do sprawdzenia. Jedno, co mu się potwierdzało, wyłaziło na plan pierwszy i w co już musiał uwierzyć, to osobliwa działalność tego, pożal się Boże, ogrodnika…
Na wszelki wypadek jeszcze tylko zadał kilka pytań. Świadek nie musiał wiedzieć, iż chodzi o osoby podejrzane, z którymi jego brat ostatnio miał do czynienia. Nie znał ich. Do wymienianych przez komisarza nazwisk odniósł się obojętnie.
Nie, z brata ofiary pożytku nie było. Stanowczo większe nadzieje stwarzała Wandzia u Anny Brygacz…
Sobiesław wyszedł z komendy i odetchnął z ulgą. Udało mu się ominąć wszystkie pułapki, ukryć dzisiejsze poczynania i znajomość z towarzystwem podejrzanych, okiem nie mrugnąć przy wymienianych przez komisarza nazwiskach. O całej reszcie kontaktów brata rzeczywiście nic nie wiedział, więc żadnym niebezpieczeństwem nie groziły, o własnych sprawach mógł ględzić do upojenia, ale pożytku to nie przysparzało. Drgnął w nim żal, wolałby, żeby Mirek żył, niechby nawet i na niego samego odium spadało, ale do jego zabójcy nie mógł jakoś żywić nienawiści. Cholera, tylu ludziom się ten głupi dupek ponarażał… Z drugiej strony wystarczyło może dać mu po mordzie, a nie zaraz zabijać! No trudno, przepadło. Zrobi, co może, żeby, chociaż na malutkim kawałku oczyścić jego pamięć, czas już na spotkanie z dziewczyną…
Natychmiast po wyjściu Sobiesława Wólnickiego tknęło podejrzenie. Zaraz, przyleciał facet około jedenastej, spotkał się z siostrą, niech będzie, sam powiedział, że było to krótkie spotkanie. Do komendy przyszedł dziesięć po czwartej, krótkie z siostrą, powiedzmy, do pierwszej, rozpakować się nie zdążył, nie pił przecież, trzeźwy jak świnia, to, co robił przez prawie trzy godziny? Kto go tam wie, jak było, nazwisko już sobie wyrabia, może braciszek kompromitował je tak, że należało się go pozbyć? Czemuż, do diabła, nie spytał go o to?
Zgłupiał chyba? Cholerna sprawa! I nawet nie ma się, z kim naradzić. Grenlandia, Grenlandia, wielkie mecyje, przylecieć i odlecieć po godzinnej przerwie, niejeden już brat zabił brata, Kain i Abel chociażby, Romulus i Remus, zaraz, który tam którego…? Było nie latać na wagary, tylko uczyć się historii…
Czując wyraźnie, iż popada w przesadę, Wólnicki postanowił przynajmniej wyeliminować z grona złoczyńców tego całego Sobiesława. Telefon, świadek, po polsku… I natychmiast wraca na Dawidy, do jedynej prawdziwej, wiernej wielbicielki denata!
Wandzia Selterecka siedziała w świeżo dowiezionych tujach i płakała rzewnymi łzami. Na skraju kłującego gąszczyku Anna Brygacz gniewnie wygłaszała karcące przemówienie.
– …ofiaro głupia, ile sobie do ciebie gęby nastąpiłam?! A mówiłam, że nieszczęście, jakie z tego wyniknie! Romea sobie znalazła, królewicza na białym koniu, oślico jedna, jak ślepa, jak głucha, teraz, chociaż ten pysk trzymaj zamknięty! Komuś ty go jeszcze nastręczyła, głąbie kapuściany, żeby nie twoja matka dawno by cię tu nie było, ja tu odpowiadam i ze mnie krętacza robisz, łaska boska, że tego gówna dopadłam od pierwszej sadzonki! A i tak za późno! Won stąd, do domu jazda i przestań ryczeć w tej chwili! Jak do pnia mówić, jak do łajna krowiego, co się tobie majaczyło w tym pustym czerepie, najgłupsza kura świata ma więcej rozumu od ciebie! Co tam tak szeleści…? Och żeż ty zgryzoto ostateczna, ty flądro rozmazana, ty wody nie zakręciłaś…?!!!
Za plecami pani Anny stał w cieniu komisarz Wólnicki i z wielkim zainteresowaniem wysłuchiwał pouczeń życiowych. Ku wielkiemu jego żalowi urwały się, bo pani Anna skoczyła wokół długiej grzędy niczym konik polny i pluszczący szmerek ucichł. Kilka słów pod adresem niedbałej pracownicy jeszcze stamtąd padło, po czym, odwróciwszy się, ujrzała komisarza, ucięła przemówienie i resztę poglądów wtłoczyła w siebie z powrotem.
– A, to pan – rzekła. – Słucham, o co teraz chodzi?
Otwierając usta, Wólnicki uczynił gest w kierunku rozpłakanej Wandzi, ale nie zdążył nic powiedzieć. Pani Anna go ubiegła.
– Pan ją zostawi na razie. Zakochała się, idiotka, w nieboszczyku i sam pan widzi. Zaraz się uspokoi i też do domu przyjdzie. Proszę, proszę. No!
Gniewne i rozkazujące „No!" nie odnosiło się do komisarza, tylko do skulonej w tujach Wandzi, która załkała żałośniej. Anna Brygacz energicznym krokiem ruszyła ku domowi, a Wólnicki poszedł za nią z lekkim wahaniem.
Słusznie uczynił, bo w ciągu pięciu minut alibi pani Brygacz zostało potwierdzone, wymienione przez nią osoby znajdowały się na miejscu i nie kryły wcale, iż przywiodła je ciekawość. Nikt z nich akurat nie miał na sumieniu żadnych przestępstw ani nawet wykroczeń, nikt się gliniarza nie obawiał i wszyscy chętnie przystąpili do zeznań, dobitnie wskazujących, że niedzielny wieczór spędzili bogobojnie i pracowicie. W towarzystwie, tak jest, pani Anny.
Wólnicki głupi nie był, swędem mu żadnym nie zaleciało, alibi jednej z podejrzanych miał z głowy. Mógł się zająć szlochającą Wandzią.
Wandzia posłusznie odczepiła się od tuj i wkroczyła do domu. Na pytanie, gdzie była i co robiła w ową zbrodniczą niedzielę, odpowiedziała wprawdzie wzmożonym potokiem łez, ale wśród strumieni plątały się i słowa. W dyskotece była, tak sobie pojechała, dla rozrywki, skąd mogła wiedzieć, że taka straszna rzecz się stanie…
– Sama pani tak pojechała? – spytał podejrzliwie komisarz.
– Sa aa ma… – wyłkała Wandzia.
– I dlaczego tak, sama? Nie ma pani żadnego towarzystwa?
– Nie ee chcia aa łaam…
– Na księcia czekała – wysyczało się pani Annie na stronie.
Wólnicki poprosił o ciszę, ale uwagę podchwycił. Prawie już tracił cierpliwość, kiedy udało mu się Wreszcie wyłowić z potoków jedną małą rybkę. Wandzia pojechała do dyskoteki sama, bo miała nadzieję na spotkanie tam pana Krzewca.
– Umówiła się pani z nim?
– Nie eee…
– A miał tam w ogóle być?
– Nie eee… Ale mógł…
Wólnicki się zdumiał, bo pan Krzewiec, jego zdaniem, wyrósł już z wieku dyskotekowego. Móc być, owszem, mógł, z jakiej jednakże przyczyny?
– Pan Krzewiec chodził po dyskotekach?
– Nie eee…
Po kolejnych wysiłkach udało mu się zrozumieć… Ściśle biorąc, uzyskał informację, ale jej nie zrozumiał… W dyskotece, gdzie Krzewiec nie bywał, Wandzia, wcale z nim nieumówiona, siedziała i, wpatrzona w wejście, wyobrażała sobie, że on się nagle w tym wejściu pojawi. Wyzute z sensu i nie do pojęcia.
Gdyby był młodą, beznadziejnie głupią i śmiertelnie zakochaną dziewczyną, ze zrozumieniem idiotyzmu nie miałby najmniejszych trudności. Nie był jednakże, dzięki czemu poczuł się nieco ogłuszony, a nieufność zakwitła w nim tropikalnym kwieciem. Czym prędzej wrócił na grunt ściśle służbowy.