Przez dwie sekundy Wólnicki miał w oczach obraz tego jakiegoś Bukielaka, który wyrywa się trzymającemu go psu, ale zaraz się opamiętał.
– … a nawet żaden nie spojrzał, że do Mirka samochodu już się pokraka zakradała! I Mirek spojrzał dopiero, jak ten rechot usłyszał!
Przerwa na chlupnięcie sobie koniaczku została szybko wykorzystana przez pana prezesa.
– Moja żona jest ogromnie spostrzegawcza, może nawet nadmiernie, ale ja wszystkie nazwiska podałem temu panu z policji, który tu nas pytał…
– Ale mnie nie pytał! Nawet nie wiedziałam, że był!
– … i wszystkie zapisał. Nawet nasza gosposia zeznała, nawet ogrodnik…
– Dużo Jasio wie! – wskoczyła znów w zeznania pani domu z gniewem i wzgardą w odniesieniu do wiedzy ogrodnika. – Gienia owszem, nie powiem, ale z kuchni mało widać. A ja tu byłam i ślepa nie jestem! Tam samochody stały – wskazała palcem w kierunku, gdzie i Wólnicki zaparkował – a ona tak z tyłu, w kucki prawie, ukradkiem. I nic mi nie powiedzieć tyle czasu, żeby nie Gienia, do dziś bym nie wiedziała, że takie piękne śledztwo się robi!
– Ależ Lusieńko, przecież cię nie było…
– Nie było, nie było… Ale w ogóle byłam! Mógł ten gli… policjant na mnie zaczekać!
– Do północy…?
– O, rzeczywiście, zaraz tam północ, wielkie rzeczy…!
Wólnicki wyrzuty małżeńskie przeczekiwał cierpli, wie, podtrzymywany na duchu wnioskiem, że z zabójstwem państwo domu na pewno nie mają nic wspólnego. Tyle wywęszyć umiał, lepiej niż pies. Żal pani Lusieńki napełniał go głęboką nadzieją, coś ta baba dostrzegła, wywiadowca rzeczywiście nie tyle może zlekceważył, ile nie przyszło mu do głowy…
Pani Lusieńka porzuciła pretensje do męża.
– No i proszę, dobrze, że pan przyszedł, jestem pewna, że nic wam nie powiedzieli, wszystko ważne przeoczyli! Chwalić Boga, żadnych interesów mój mąż z nieboszczykiem nie miał i ja tu niczego ukrywać nie muszę…
– Lusieńko…!
– Cicho bądź! Co jak co, ale na ludziach Włodzio się zna i wie dobrze, kto się do czego nadaje. Mirek, świętej pamięci, do tenisa w sam raz, do imprezy, do tańca, ale do interesów niech ręka boska broni! Dawno się Włodzio połapał.
– Pogratulować – rzekł szybko Wólnicki. – A to ważne, co przeoczyli, to, co?
– Plotki, panie komisarzu, plotki…
– Cicho bądź! Takie plotki, które na własne oczy widzę, to już nie plotki, tylko te, no, jak im tam, o, dowody rzeczowe! Prawda?
Wólnicki z całego serca potwierdził.
– No proszę! A ja na własne oczy widziałam, pokraka przylazła…
– Przepraszam bardzo, jaka pokraka?
Pani Lusieńka sapnęła z wyraźną rozkoszą i ponownie sięgnęła do barku.
– Dziwię się, że pan nie wie. Była taka jedna, nawet o niej Mirek napomykał, molestowała go całe lata, uwolnić się nie mógł, już się odczepiał i na nowo. Unikał jej jak mógł, a ona swoje. Śledziła go, ale mówił kiedyś, że, całe szczęście, samochodem jeździ, więc niemożliwa rzecz razem jechać w dwa samochody, bo on też samochodem. Ale czasem taksówką i wtedy klęska, nie sposób jej się pozbyć. Znajomość z nami przed nią ukrywał, ale w końcu wypatrzyła, no i wtedy, w niedzielę, nie wiem, czym przyjechała, ale odjechali razem, pewnie wolał ją zabrać, żeby do nas nie przyszła. A już była wcześniej i raz ją nawet na mieście widziałam, a w niedzielę, z kortu zeszli, ten pot ocierali, a ona, wyraźnie widziałam, za jego samochód się zakradła i za bagażnikiem siedziała. Schowana, w kucki. I zarechotała.
– Proszę…?
– Śmiech taki miała, jakiś okropny. Jakby, co rżało albo rechotało, albo jakoś tak… chrrr, chrrr, chrrr, rżrżrż, hyrrr, hyrrr… Nie, ja tak nie umiem.
Dźwięk, wydany przez panią Lusieńkę, był przerażający, acz jej zdaniem, nieudolny.
– Lusieńko…! – jęknął zdławionym głosem pan prezes.
Wólnicki milczał, lekko zamurowany. Pani Lusieńka odchrząknęła i przepłukała gardło koniaczkiem.
– No, sam śmiech by wystarczył. Ale i bez śmiechu jakaś taka… Ja nie jestem żadna megalomanka, Włodzio może zaświadczyć, są kobiety młodsze ode mnie i piękniejsze, proszę bardzo, zgadzam się na to, każdy ma swój gust, wcale tak nie krytykuję, chociażby żona Mirka, była żona, bardzo ładna, ale ta… zaraz, dziwaczne imię… o, Wiwien! Ta Wiwien, ja nie wiem, ona ma w sobie coś obrzydliwego. Niby nic, nie garbata, nogi proste, ani iksy, ani obajny, nie karlica, a jednak. Twarz jakaś taka… I chyba ruchy. Chodzi brzydko, macha rękami… No nie wiem, to trzeba zobaczyć. Pokraka i tyle. Mirek ten śmiech usłyszał, obejrzał się i aż zbladł. Zaraz się pożegnał, zabrał rzeczy, poleciał do samochodu i razem odjechali.
Wólnicki odetchnął głęboko.
– No właśnie, dziwne się wydawało, że po tym tenisie pod prysznic nie poszedł. Państwo tu przecież z pewnością mają…
– A gdzie mu było do prysznica, co też pan! Na jego miejscu też bym uciekła, żeby ona tu nie przyszła i swoich rechotów nie zaczęła!
– A ja nic o tym nie wiedziałem – bąknął pan prezes, jakby nieco oszołomiony.
– No, Mirek się nie chwalił. Który chłop zauważy, jak się nic nie mówi?
– Pani jest bezcenna i zachwycająca – rzekł Wólnicki ze szczerym entuzjazmem po dłuższej chwili milczenia i na własne oczy zobaczył, jak prezes odruchowo kiwnął głową. – Ten właśnie moment był dla nas niepojęty, a pani wyjaśniła sprawę. Więc to z Wiwien Maj… z Wiwien stąd odjechał w pośpiechu, jak stał…
– To mogę zaświadczyć pod przysięgą! – zapewniła pani Lusieńka.
Wólnickiemu przeleciał przez głowę cały tajfun myśli. Wywiadowcy, mężczyźni, rutyna, gówno się dowiedzą, no owszem, są i dziewczyny, skąd człowiek ma wiedzieć, gdzie wysłać faceta, a gdzie dziewczynę, czemuż, do diabła, nie miał fartu dostać Joli… a, na nic, w chwili wizyty wywiadowcy pani Lusieńki nie było, no tak, jak w totolotku, rezultat zależy od szczęścia, niech to piorun spali, ludzie powiedzą wszystko, trzeba tylko…
Na „trzeba tylko" mu się urwało, bo pani Lusieńka wyraziła swoją opinię.
– Ale, że ona go nie zabiła, za to głowę na pniu położę – rzekła z niezłomnym przekonaniem.
– No? Bo co? – zainteresował się małżonek.
Połowica wzgardliwie wzruszyła ramionami.
– Bo dla niej bez niego życia nie było. I nie ma. I ona nie z tych, co się trują, żadne samobójstwo, nic z tych rzeczy. Jak ona teraz na jego grobie dzień w dzień nie będzie ze świeżymi kwiatami siedziała, to niech ja… niech ja… niech ja nawet wyłysieję! Żyła nadzieją na niego, co ja mówię, pewnością na niego i do widzenia. To było widać, obsesja, świeciło od niej, gdyby go paraliż tknął, kwiczałaby ze szczęścia, że ma go dla siebie, pielęgniarka całą dobę na okrągło do końca życia. Do wariatkowa się nadaje, jak rzadko, kto.
Wólnicki się zmartwił, na marginesie zostawiając myśl, że pani Lusieńka jest znacznie mądrzejsza niż się wydaje, chociaż wiadomo, że to te baby tak między sobą… ale czy z taką obsesjonistką uda się parę normalnych słów zamienić? Skoro z nią odjechał, powinna wiedzieć, co dalej, pytanie czy powie. Gdzie ona w ogóle jest, do cholery, jak ją znaleźć, do diabła z listem gończym, wedrzeć się, niech ten kretyn, prokurator, da nakaz, teraz już są podstawy…
Opanował się z wielkim wysiłkiem.
– Przepraszam, ale mówiła pani coś o szczekaniu…
Przez chwilę pani Lusieńka była zdziwiona, ale zaraz jej przeszło.
– A! Chodzi panu o psa Bukielaka? No pewnie, cały czas szczekał, a oni jakby ogłuchli, jestem pewna, że nawet nie słyszeli. Istne głuszce! Ale na pana miejscu ja bym tę Wiwien zapytała…