– Daj pan sobie spokój z tym wymądrzaniem – przerwał Calvin. – Co powiedział doktor Bingham?
Jack powtórzył słowa szefa, a na koniec dodał, że Bingham przypomniał mu o rocznym stażu.
– Cholernie jasno powiedziane – zauważył Calvin. – Lepiej, kolego, żebyś się utemperował albo będziesz szukał pracy.
– Póki co mam jedną sprawę – odparł Jack.
– Co znowu? – zapytał Calvin.
– Jest mi pan winien dziesięć dolarów.
Calvin wybałuszył oczy, zdziwiony, iż w tych okolicznościach Jack ośmiela się jeszcze mówić o pieniądzach. Koniec końców, nie pozostało mu nic innego, jak sięgnąć do kieszeni po portfel i wyjąć z niego dziesięć dolarów.
– Jeszcze sobie to odbiorę – zapowiedział złowieszczo, wręczając banknot Jackowi.
– Bez wątpienia – odpowiedział Jack, chowając pieniądze.
Z pieniędzmi w kieszeni, w dobrym nastroju Jack wrócił do siebie. Gdy wszedł do pokoju, zaskoczył go widok Laurie opartej o biurko Cheta. Oboje spoglądali na niego z wyrazem oczekiwania na twarzy.
– No i? – zapytał Chet.
– No i co? – odpowiedział pytaniem Jack. Przecisnął się obok Laurie i usiadł na swoim miejscu.
– Ciągle jeszcze tu pracujesz? – zapytał wprost Chet.
– Na to wygląda – odparł, sięgając po raporty leżące w przegródce na jego biurku.
– Lepiej bądź ostrożny – poradziła Laurie i ruszyła do drzwi. Przed wyjściem rzuciła jeszcze: – Z wielką przyjemnością cię wyleją.
– O czym przypomniał mi Bingham – zakończył Jack.
Laurie odwróciła się i wyznała:
– Mnie też omal nie wyrzucili.
Jack podniósł głowę znad papierów.
– Jak to?
– To musiało mieć coś wspólnego z przypadkami przedawkowania, o których wspomniałam rano. Gdy poszłam ich śladem, zdenerwowałam Binghama.
– Czy to część owej długiej historii? – spytał Jack.
– Owszem. Znalazłam się wtedy jedną nogą na bruku. Wszystko dlatego, że nie wzięłam poważnie ostrzeżeń Binghama. Nie popełnij tego samego błędu.
Gdy tylko Laurie wyszła, Jack powtórzył Chetowi wszystko, także o skargach do burmistrza i pełnomocnika i ich pretensjach do Binghama.
– Skargi były skierowane pod twoim adresem?
– Najwyraźniej, a ja tylko starałem się być dobrym Samarytaninem.
– Na miłość boską, coś ty znowu zrobił?
– Po prostu zachowałem się z wrodzoną dyplomacją. Zadawałem pytania i udzielałem rad.
– Jesteś kompletnym wariatem – stwierdził z przekonaniem Chet. – Niemal pozwalasz, żeby wyrzucili cię z pracy i dlaczego? Co chcesz udowodnić?
– Niczego nie chcę udowadniać.
– Nie rozumiem cię.
– To dość powszechna opinia – odpowiedział Jack.
– Wiem o tobie jedynie, że w poprzednim życiu byłeś okulistą, a teraz mieszkasz w Harlemie, żeby grać na ulicy w kosza. Co robisz poza tym?
– To chyba wszystko. Nie licząc pracy tutaj.
– Co robisz, żeby się rozerwać? Jak wygląda twoje życie towarzyskie? Nie zamierzam być wścibski, ale masz jakąś przyjaciółkę?
– Nie, właściwie nie.
– Jesteś gejem?
– Stanowczo nie. Na razie jestem, jakby to powiedzieć, poza obiegiem.
– No to nic dziwnego, że zachowujesz się tak dziwacznie. Coś ci powiem. Wyskoczymy sobie dziś wieczorem. Zjemy kolację, wypijemy po kilka drinków. Niedaleko mnie jest całkiem przyjemna knajpka. Będziemy mieli okazję pogadać.
– Nie bardzo lubię rozmawiać o sobie.
– Jasne. Nie będziesz musiał nic mówić. Ale i tak wyskoczymy. Zdaje się, że potrzebujesz normalnych kontaktów z ludźmi.
– A co to znaczy normalne? – zapytał Jack.
Rozdział 9
Środa, godzina 22.15, 20 marca 1996 roku
Chet okazał się niezwykle rezolutny. Na każdy argument odpowiadał celnie i upierał się przy wspólnej kolacji. W końcu Jack poddał się i tuż przed ósmą jechał na rowerze przez Central Park do włoskiej restauracji na Drugiej Avenue na spotkanie z przyjacielem.
Po kolacji Chet równie uparcie nakłaniał Jacka do wypicia kilku drinków. Za kolację zapłacił Chet, Jack czuł się więc zobowiązany i zgodził się w końcu na ciąg dalszy wieczoru. Ale gdy znaleźli się na schodach prowadzących do baru, Jack nabrał wątpliwości, czy dobrze robi. Przez ostatnie kilka lat codziennie kładł się spać o dziesiątej i wstawał o piątej. Piętnaście po dziesiątej po wypiciu połowy butelki wina czuł, że zaraz padnie.
– Nie jestem pewien, czy nadaję się do tego – odezwał się do Cheta.
– Jesteśmy przecież na miejscu – zaczął narzekać Chet. – Dalej, właź. Wypijemy chociaż po piwku.
Jack cofnął się, chcąc przeczytać nazwę baru. Niczego takiego nie dostrzegł.
– Jak się nazywa to miejsce? – zapytał Cheta.
– Auction House – odparł kolega. – Ładuj tyłek do środka. – Otworzył Jackowi drzwi.
Wnętrze w nieokreślony sposób przypominało Jackowi pokój dzienny jego babci z Des Moines w Iowa, jedynie mahoniowy bar nie pasował do wspomnień. Wyposażenie stanowiło dziwną mieszaninę mebli z czasów wiktoriańskich, na oknach wisiały długie kotary. Wysoki sufit ozdobiony był pokolorowaną w jaskrawe barwy wytłaczaną ocynkowaną blachą.
– Może siądziemy, co? – zaproponował Chet. Wskazał na stolik pod oknem z widokiem na Osiemdziesiątą Dziewiątą Ulicę.
Jack zgodził się. Z miejsca, w którym usiadł, miał dobry widok na salę. Teraz dopiero zauważył, że podłogę zrobiono z polakierowanych desek, co nie było często spotykane w barach. W środku znajdowało się około pięćdziesięciu osób, część gości stała przy barze, część siedziała na wysokich stołkach. Wszyscy dobrze ubrani, wyglądali na przedstawicieli klasy średniej. W całym towarzystwie ani jedna osoba nie nosiła na głowie baseballówki. Kobiet było mniej więcej tyle samo co mężczyzn.
Jack w myślach przyznał, że może Chet miał rację, namawiając go na mały wypad. Od lat nie przebywał w "normalnym" środowisku. Może to wyjdzie mu na dobre. Powoli stawał się samotnikiem dźwigającym swój krzyż. Ciekawiło go, o czym romawiają ci ludzie. Docierał do niego gwar rozmów, niezrozumiały, bełkotliwy szum.
Jego wzrok spoczął na Checie, który zamawiał piwo przy barze. Rozmawiał z obdarzoną bujnymi wdziękami, długowłosą blondynką w stylowym blezerze i obcisłych dżinsach. Towarzyszyła jej smukła przyjaciółka z burzą loków na głowie, ubrana w prostą, czarną suknię, która więcej odsłaniała, niż zakrywała. Nie brała udziału w rozmowie. Najwyraźniej wolała koncentrować się na kieliszku wina.
Przez ułamek sekundy Jack pozazdrościł Chetowi łatwości w nawiązywaniu kontaktów, otwartości. W czasie kolacji mówił o sobie z uderzającą swobodą. Między innymi Jack dowiedział się, że ostatnio Chet zerwał bliższą znajomość z pewną lekarką i obecnie jest wolny, w "antrakcie", jak powiedział.
Kiedy Jack przyglądał się koledze, Chet odwrócił się w jego stronę. Niemal równocześnie zrobiły to obie kobiety i wtedy wszyscy troje roześmieli się. Jack poczuł, jak czerwienieje na twarzy. Na sto procent rozmawiali o nim.
Chet oderwał się od baru i ruszył w stronę stolika. Jack zastanawiał się, czy powinien teraz uciekać, czy zacząć bębnić palcami w stół. Nie miał wątpliwości, na co się zanosi.
– Hej, chłopie – szepnął Chet. Celowo stanął tak, że zasłonił sobą kobiety. – Widzisz te dwa kurczaczki przy barze? – wskazał na własny brzuch, żeby gest nie został dostrzeżony przez nowe znajome. – Co sądzisz? Niezłe, co? Obie są świetne i zgadnij… Chcą cię poznać.
– Chet, było fajnie, ale… – zaczął Jack.
– Nawet o tym nie myśl. Nie psuj mi teraz zabawy. Ja upolowałem blondynkę w blezerku.