– Cholera jasna, mam nadzieję, że nasi panowie mieli wczoraj rację. Robili wrażenie godnych zaufania, kiedy mówili, że nie będzie z tym wielkiego problemu.
– Boisz się tego spotkania? – zapytała Colleen.
– Przeszło mi coś takiego przez głowę – przyznała Teresa. – Ale, jak powiedziałam, budzą zaufanie. Nie wyobrażam sobie, aby postępowali podobnie, gdyby istniało choćby małe ryzyko.
– To znaczy, że pójdziemy z nimi dziś na kolację?
– Bez dwóch zdań. Mam przeczucie, że Jack Stapleton okaże się fontanną pomysłów. Może i jest z jakiegoś powodu zgorzkniały, ale jest również inteligentny i uparty i z pewnością zna się na swojej robocie.
– Aż trudno uwierzyć, jak wszystko się ułożyło – stwierdziła Colleen. – O wiele bardziej przypadł mi do gustu Chet. Dowcipny, otwarty i tak miło się z nim rozmawia. Mam dość własnych problemów i nie oczaruje mnie żaden cierpiący, zadumany typ.
– Nic nie powiedziałam o oczarowaniu – zaprotestowała Teresa. – Chodzi o coś całkiem innego.
– Co sądzisz o wykorzystaniu postaci Hipokratesa w jednej z reklamówek?
– Myślę, że to może być wspaniały pomysł – zachwyciła się Teresa. – Zrób to. Ja tymczasem idę na górę pogadać z Helen Robinson.
– Po co? Sądziłam, że to wróg.
– Potraktuję sugestię Taylora dosłownie. Niech dział reklamy rzeczywiście współpracuje z działem finansowym.
– No jasne! To ci historia!
– Poważnie. Chcę, żeby coś dla mnie zrobiła. Potrzebuję piątej kolumny. Helen ma potwierdzić, że National Health jest w porządku, że nie ma chorób szpitalnych czy jakiś innych podobnych kłopotów. Jeżeli ich przeszłość nie jest czysta jak łza, całą kampanię diabli wezmą, a wtedy nie tylko pożegnam się z szansą na awans, ale obie zaczniemy sprzedawać ołówki w sklepie papierniczym.
– Słyszałybyśmy chyba o czymś takim. Są naszymi klientami od wielu lat.
– Wątpię. Te gigantyczne spółki medyczne niechętnie udostępniają dane, które mogłyby zaszkodzić ich pozycji na giełdzie. Z pewnością przypadki szpitalnych infekcji nie poprawiłyby ich notowań.
Teresa klepnęła koleżankę w ramię, poleciła jej utrzymywać zespół na pełnych obrotach i skierowała się ku schodom.
Biegnąc po dwa stopnie naraz, szybko znalazła się na piętrze, które zajmowała administracja firmy. Poszła prosto do wyściełanego dywanami królestwa finansów. Jej nastrój poprawiał się z każdą chwilą. Było to zupełne przeciwieństwo obaw i lęków z poprzedniego dnia. Intuicja podpowiadała Teresie, że jest na najlepszej drodze do zrobienia czegoś naprawdę wspaniałego i zgarnięcia w efekcie zasłużonej nagrody.
Gdy tylko skończyło się niespodziewane spotkanie z Teresą i ta zniknęła za rogiem, Helena wróciła do biurka i połączyła się ze swoim głównym informatorem z National Health Care. Kobieta nie była w tej chwili osiągalna, ale też Helen nie spodziewała się, że ją zastanie. Zostawiła tylko imię i numer i poprosiła o telefon tak szybko, jak to będzie możliwe.
Potem Helen wyjęła z torebki szczotkę do włosów, otworzyła szafkę, spojrzała w lustro zawieszone na wewnętrznej stronie drzwi i przeczesała kilka razy włosy. Gdy uznała, że wygląda dobrze, udała się do gabinetu Roberta Barkera.
– Masz minutkę? – zapytała, stając w drzwiach.
– Dla ciebie nawet cały dzień – odparł szarmancko Robert i oparł się wygodnie w fotelu.
Helen weszła do gabinetu. Kiedy odwróciła się, aby zamknąć za sobą drzwi, Robert szybkim ruchem zdjął z biurka fotografię żony i wsunął ją do szuflady. Srogie spojrzenie małżonki zawsze wzbudzało w nim poczucie winy, kiedy zjawiała się Helen.
– Przed chwilą miałam gościa – oznajmiła Helen bez dalszych wstępów. Swoim zwyczajem usiadła na oparciu jednego z dwóch krzeseł stojących przed biurkiem Roberta i skrzyżowała nogi.
Robert czuł jak jego puls przyspiesza, a na czole pojawiają się kropelki potu. Z miejsca, w którym siedział, krótka spódniczka Helen odsłaniała przed nim nie kończące się uda.
– Zjawiła się nasza pani dyrektor działu reklamy – ciągnęła Helen. Miała pełną świadomość efektu, jaki wywołuje na szefie i pochlebiało jej to. – Prosiła, żebym zdobyła dla niej pewne informacje.
– Jakie informacje? – zapytał Robert. Nie poruszył nawet oczami, nie mrugnął powieką. Był jak zahipnotyzowany.
Wyjaśniła, o co chodzi, streściła też rozmowę sprzed paru minut i opowiedziała o epidemii dżumy. Robert siedział dłuższą chwilę w milczeniu. Helen wstała, wyrywając tym szefa z transu.
– Próbowałam jej powiedzieć, żeby nie wykorzystywała tej sytuacji – dodała Helen – ale upiera się, że to zadziała.
– Może nie powinnaś była jej zniechęcać – odparł Robert. Rozpiął kołnierzyk pod szyją i głęboko wciągnął powietrze.
– Ale to obrzydliwy pomysł. Trudno mi sobie wyobrazić coś bardziej niesmacznego – upierała się.
– No właśnie – zgodził się Robert. – O tym myślę. Niech zaproponuje jakąś niesmaczną kampanię reklamową.
– Rozumiem. Nie pomyślałam o tym w ten sposób.
– Oczywiście, że nie pomyślałaś. Nie jesteś jeszcze tak podstępna jak ja. Ale szybko się uczysz. Kłopot z tym pomysłem polega na tym, że może się on okazać całkiem dobry. Kto wie, może to jest dobry sposób na wyraźne zaznaczenie różnicy między National Health a AmeriCare.
– Zawsze mogę jej powiedzieć, że informacje są nie do zdobycia. Prawdę powiedziawszy i tak może się zdarzyć.
– Kłamstwo jest ryzykowne – stwierdził Robert. – A jeżeli ona już zdobyła informacje i sprawdza, czy jesteśmy wobec niej uczciwi? Nie, wykorzystaj swoje źródło i znajdź dla niej, co możesz. Ale poinformujesz mnie, co ustaliłaś i co przekazałaś Teresie Hagen. Chcę być zawsze o krok przed nią.
Rozdział 14
Czwartek, godzina 12.00, 21 marca 1996 roku
– Cześć, jak samopoczucie? – przywitał kolegę Chet, kiedy Jack wszedł do ich wspólnego pokoju i rzucił na biurko kilka teczek.
– Nie mogłoby być lepsze – odpowiedział Jack.
Czwartek był dla Cheta dniem papierkowym. Nie schodził do sali autopsyjnej, lecz siedział przy biurku i wypełniał zaległą dokumentację. Właściwie lekarze patolodzy wykonywali autopsje tylko przez trzy dni w tygodniu. Pozostałe dni wykorzystywali na opracowanie pełnej dokumentacji zbadanych przypadków. Zawsze było mnóstwo dokumentów z wydziału dochodzeniowego, z laboratorium, ze szpitali i od lekarzy rodzinnych, w końcu z policji. Do tego lekarze musieli przeglądać preparaty mikroskopowe przygotowywane do każdego przypadku przez laboratorium histologiczne.
Jack usiadł i odepchnął na bok część papierów od dawna zalegających biurko, żeby zrobić nieco miejsca do pracy.
– Dobrze się czułeś rano? – zapytał Chet.
– Troszkę mnie trzęsło – przyznał Jack. Wydobył aparat telefoniczny spod sterty raportów laboratoryjnych i otworzył pierwszą z przyniesionych przed chwilą teczek. Zaczął przeglądać jej zawartość. – A ty?
– Świetnie. No aleja przywykłem do odrobiny wina i czegoś tam jeszcze. A poza tym wspomnienie tych kurczaczków pomaga, szczególnie Colleen. Wieczór jest aktualny, co?
– Chciałem o tym porozmawiać.
– Obiecałeś – przypomniał Chet.
– Właściwie to nie obiecałem – uznał Jack.
– No co ty – prosząco zaczął Chet. – Nie załamuj mnie. Będą czekały na nas. Mogą sobie pójść, jak pokażę się sam.
Jack wnikliwie przyjrzał się koledze zza biurka.
– Nie rób mi tego. Proszę! – nalegał Chet.
– Niech tam, w porządku – zgodził się niechętnie Jack. – Tylko ten raz. Szczerze powiedziawszy, nie wiem, do czego mnie potrzebujesz. Sam doskonale dajesz sobie radę.