Nancy Wiggens zastał przy badaniu jakichś bakterii.
– Cześć – przywitał się. – Pamiętasz mnie?
Nancy spojrzała na gościa i wróciła do przerwanej pracy.
– Oczywiście.
– Zrobiliście świetną robotę przy zdiagnozowaniu dżumy w drugim przypadku – pochwalił.
– To nietrudne, jeśli się wie, czego szukać – przyznała. – Ale przy trzecim przypadku już nie poszło nam tak dobrze.
– Właśnie o tym przyszedłem porozmawiać. Jak wyglądało zabarwienie?
– Nie robiłam tego. Zajmowała się tym Beth Holderness. Chcesz z nią porozmawiać?
– Chciałbym.
Nancy odłożyła narzędzia i zniknęła. Jack skorzystał z okazji i rozejrzał się po laboratorium mikrobiologicznym. Był pod wrażeniem. W większości laboratoriów, szczególnie mikrobiologicznych, panował niezmienny bałagan. To jednak bez wątpienia było doskonale kierowane. Każda rzecz, krystalicznie czysta, znajdowała się na swoim miejscu. Robiło wrażenie, iż pracują w nim kompetentni ludzie.
– Cześć, jestem Beth.
Jack odwrócił się i ujrzał przed sobą uśmiechniętą, dwudziestokilkuletnią kobietę. Bił od niej zapał typowy dla cheerleader, wręcz zaraźliwy. Włosy z trwałą ondulacją sterczały jak naelektryzowane.
Jack przedstawił się i natychmiast został oczarowany naturalną swobodą, z którą Beth prowadziła rozmowę. Była jedną z najbardziej przyjacielsko usposobionych kobiet, jakie spotkał w życiu.
– Z pewnością nie przyszedłeś tu pogadać – powiedziała Beth. – Słyszałam, że interesujesz się badaniami dotyczącymi Susanne Hard. Chodź. Czekają na ciebie.
Beth dosłownie złapała Jacka za rękaw i pociągnęła za sobą do swojego stanowiska. Pod mikroskopem znajdowała się próbka tkanki Susanne. Wszystko było przygotowane do pracy.
– Usiądź tutaj – powiedziała, sadzając Jacka na swoim krzesełku. – Jak? Dobra wysokość?
– Doskonale – zapewnił ją Jack. Pochylił się nieco do przodu i spojrzał w okular. Przez chwilę przyzwyczajał wzrok. Kiedy już się zaadaptował, ujrzał pole wypełnione zabarwionymi na czerwono bakteriami.
– Proszę zauważyć, jak są polimorficzne – usłyszał męski głos.
Jack uniósł wzrok. Richard, szef działu technicznego, zjawił się znienacka i stał tak blisko Jacka, że niemal go dotykał.
– Nie zamierzałem kłopotać wszystkich moją osobą – rzekł do Richarda.
– Nie sprawia pan kłopotu. Tak naprawdę sam interesuję się tym przypadkiem. Ciągle nie mamy diagnozy. Nic się nie pokazuje, a jak się domyślam, wie pan już, że testy na dżumę są negatywne.
– Słyszałem. – Znowu schylił się nad mikroskopem i jeszcze raz przyjrzał się bakteriom. – Nie myślę, aby chciał pan usłyszeć moją opinię. Nie jestem w tym takim ekspertem jak pan.
– Ale widzi pan polimorfizm? – zapytał Richard.
– Tak sądzę. To całkiem małe bakterie. Niektóre wyglądają na kuliste albo może są ustawione pionowo?
– Myślę, że widzi je pan takie, jakie są – odparł Richard. – Więcej tu polimorfizmu niż w wypadku dżumy. Dlatego właśnie Beth i ja wątpiliśmy, czy to dżuma. Oczywiście do momentu zrobienia testu fluorescencyjnego nie mieliśmy pewności.
Jack oderwał się od mikroskopu.
– Jeżeli to nie dżuma, to co to jest waszym zdaniem?
Richard zaśmiał się słabo i z zakłopotaniem.
– Nie wiem.
Jack spojrzał na Beth.
– A ty? Zaryzykuj. Beth pokręciła głową.
– Nie, skoro i Richard nie ryzykuje – odpowiedziała dyplomatycznie.
– Czy nikt nie zaryzykuje? Zgadujcie. Richard zaprzeczył ruchem głowy.
– Nie nadaję się do tego. Ile razy zgaduję, tyle razy się mylę.
– Nie pomyliłeś się w sprawie dżumy – przypomniał mu Jack.
– To tylko szczęście – odpowiedział Richard i lekko się zarumienił.
– Co tu się dzieje? – dobiegł ich zirytowany, podniesiony głos.
Jack obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Tuż za Beth stał kierownik laboratorium Martin Cheveau. Stał na rozstawionych nogach, ręce miał oparte na biodrach, a jego wąs poruszał się nerwowo. Za nim stała doktor Mary Zimmerman, a za nią Charles Kelley.
Jack wstał z krzesła. Laboranci odsunęli się na bok. Atmosfera stała się napięta. Kierownik laboratorium wyglądał na szczerze rozgniewanego.
– Jest pan tu z oficjalną wizytą? – zapytał Jacka. – Bo jeżeli tak, to ciekaw jestem, dlaczego nie zastosował się pan do powszechnie panujących obyczajów i nie przyszedł do mojego biura, zamiast tu węszyć? Mamy w szpitalu kryzysową sytuację, a laboratorium jest w centrum sprawy. Nie ścierpię czyjegokolwiek wtrącania się.
– Ho, ho! – zawołał Jack. – Spokojnie. – Nie spodziewał się podobnego wybuchu, szczególnie po Martinie, który poprzedniego dnia był tak gościnny.
– Żadne "spokojnie" – warknął Martin. – Co pan tu, do cholery, robisz?
– Wykonuję swoją pracę, prowadzę dochodzenie w sprawie śmierci Katherine Mueller i Susanne Hard. Nie wydaje mi się, żebym przeszkadzał. Właściwie to mogę powiedzieć, że jak dotąd byłem dyskretny.
– Szuka pan czegoś konkretnego w moim laboratorium? -zapytał Martin.
– Omawiałem sprawę badania bakterii z pańskim niezwykle uzdolnionym personelem – odpowiedział Jack.
– Pańskie uprawnienia pozwalają jedynie na opisanie przypadku i przyczyny śmierci – wtrąciła się doktor Zimmerman, wysuwając się przed Martina. – A to już pan zrobił.
– Nie całkiem – poprawił ją Jack. – Nie postawiliśmy jeszcze diagnozy w przypadku Susanne Hard.
W odpowiedzi dostrzegł zwężające się złowrogo oczy doktor Zimmerman. Nie miała maski ochronnej, więc Jack mógł się przekonać, jak surowy wyraz miała jej twarz. Podkreślały go zwłaszcza wąskie, zacięte usta.
– Nie postawił pan szczegółowej diagnozy w przypadku Susanne Hard. Jednak postawił pan diagnozę ogólną, wykrywając fatalną infekcję. W tych warunkach sądzę, że to podobna sprawa.
– Określenie "podobna" nigdy nie było celem moich medycznych ambicji – zauważył sarkastycznie Jack.
– Ani moich – odparowała Mary Zimmerman. – Również nie dla Centrum Kontroli Chorób ani Miejskiej Rady Zdrowia, które aktywnie zajęły się wyjaśnieniem niefortunnych zdarzeń. Szczerze powiedziawszy, pańska obecność tylko utrudnia nam pracę.
– I jest pani pewna, że nie potrzebujecie pomocy? – Nie potrafił ukryć kpiącego tonu.
– Powiem, że pańska obecność to coś więcej niż tylko utrudnianie pracy – wtrącił się Kelley. – Jesteś pan zwykłym oszczercą. Będzie pan musiał porozmawiać z naszymi prawnikami.
– Och la, la! – odpowiedział Jack, unosząc ręce w geście obrony przed nagłym i niespodziewanym atakiem. – Utrudnia pracę, to jeszcze mogę zrozumieć. Oszczerca brzmi natomiast śmiesznie.
– Nie z mojego punktu widzenia – stwierdził Kelley. – Kierowniczka działu zaopatrzenia poinformowała mnie, że powiedział pan, iż Katherine Mueller zaraziła się chorobą w pracy.
– A to nie zostało udowodnione – dodała doktor Zimmerman.
– Wypowiadanie nie sprawdzonych poglądów jest oszczerstwem wobec instytucji i obniża jej reputację – podniesionym głosem wyrzucił z siebie Kelley.
– I może mieć negatywny wpływ na poziom notowań na giełdzie – dodał od siebie Jack.
– I to także – zgodził się Kelley.
– Kłopot w tym, że nie powiedziałem, iż pani Mueller zaraziła się w pracy. Powiedziałem, że mogła się zarazić w pracy, a to wielka różnica.
– Pani Zarelli powiedziała, iż potraktował pan tę możliwość jako fakt – zauważył Kelley.