– Powiedziałem: "takie są fakty", mówiąc o możliwości. Ale dajmy spokój, łapiemy się za słówka. Tak naprawdę przyjęliście postawę nadmiernie nieufną. To wzbudziło moje zainteresowanie historią szpitala i infekcjami szpitalnymi, które zdarzały się tu w przeszłości. Co możecie o tym powiedzieć?
Kelley spurpurowiał i wybuchnął. Jack na wszelki wypadek cofnął się o krok.
– Nasze doświadczenia z chorobami szpitalnymi to nie pański interes.
– Ależ to coś, od czego należy zacząć – stwierdził Jack. – No, ale zostawię to na następny raz. Było mi miło znowu państwa widzieć. Do zobaczenia.
Jack przepchnął się przez mały tłumek i pomaszerował przed siebie. Usłyszał za sobą nagły ruch i schylił się w uniku, spodziewając się nadlatującej zlewki albo jakiegoś innego poręcznego przedmiotu z laboratoryjnego wyposażenia. Ale doszedł do drzwi i nic się nie stało. Przed szpitalem odwiązał rower i skierował się na południe.
Klucząc między pojazdami w ulicznych korkach, nie mógł się nadziwić przebiegowi dopiero co zakończonej wizyty w Manhattan General. Najbardziej zniechęcająca była nadwrażliwość ludzi, z którymi się spotkał. Nawet Martin, tak przyjacielsko usposobiony za pierwszym razem, teraz atakował Jacka jak wroga. Co oni wszyscy ukrywali? I dlaczego ukrywali to przed nim?
Nie wiedział, kto zaalarmował górę o jego pobycie w szpitalu, ale z łatwością domyślał się, kto zawiadomi Binghama. Nie łudził się, że Kelley nie wykorzysta kolejnej okazji do zaprotestowania.
Nie rozczarował się. Gdy tylko zjawił się w biurze, pracujący na dole ochroniarz zatrzymał go.
– Kazano mi przekazać panu, że natychmiast po powrocie ma się pan zgłosić do szefa – poinformował Jacka. – Doktor Washington osobiście kazał mi to zrobić.
Zabezpieczając rower, zastanawiał się, co powinien powiedzieć Binghamowi. Nic nie przychodziło mu do głowy.
Jadąc windą na górę, zdecydował, że skoro nie potrafi wymyślić niczego na swoją obronę, to zaatakuje. Kiedy stanął przed biurkiem panny Sanford, ciągle jeszcze obmyślał taktykę działania.
– Ma pan wejść bez czekania – powiedziała, jak zwykle nie odrywając się od pracy.
Jack przeszedł obok jej biurka i wszedł do gabinetu Binghama. Od razu spostrzegł, że szef nie jest sam. Potężne cielsko Calvina wierciło się w pobliżu oszklonej biblioteki.
– Szefie, mamy problem – powiedział poważnie Jack. Podszedł prosto do jego biurka i dla podkreślenia powagi sytuacji uderzył w nie dłonią. – Ciągle nie mamy diagnozy w sprawie tej Hard, a musimy ją mieć tak szybko, jak to tylko możliwe. Jeżeli nie uda nam się ustalić, co to za choroba, zbłaźnimy się, szczególnie że prasa cały czas węszy i pisze o dżumie. Nawet pojechałem do tego Manhattan General, żeby przyjrzeć się bakteriom. Niestety, nie pomogło.
Bingham pilnie przyglądał się Jackowi swymi kaprawymi oczkami. Miał zamiar natrzeć mu uszu, teraz jednak wahał się. Zamiast coś powiedzieć, zdjął druciane okulary i przecierał je, ważąc słowa Jacka. Spojrzał także na Calvina. Ten w odpowiedzi podszedł do biurka. Jego Jack nie oszukał.
– O czym pan, do diabła, mówi? – zapytał ostro.
– O Susanne Hard – odpowiedział Jack. – Pamięta pan. Przypadek, w związku z którym pan i ja założyliśmy się o dwadzieścia dolarów.
– Zakład? – zapytał Bingham. – Czyżbyśmy się stawali jaskinią hazardu?
– Niezupełnie, szefie – odparł Calvin. – To jedynie taki sposób dosadnego wyrażenia swojego zdania. Normalnie to się nie zdarza.
– Mam nadzieję, że nie – sapnął Bingham. – Nie życzę sobie tu żadnych zakładów, a zwłaszcza w sprawach dotyczących diagnozowania. Nie chciałbym o czymś podobnym przeczytać w gazetach. Nasi wrogowie mają dziś dobry dzień na polowanie.
– Wracając do Susanne Hard – wtrącił Jack. – Nie bardzo wiem, co dalej robić. Miałem nadzieję, że w bezpośredniej rozmowie z laborantami w szpitalu coś uzyskam, jakąś wskazówkę, ale niestety nic takiego się nie stało. Jak pan myśli, co powinienem teraz zrobić? – Jack chciał, aby rozmowa zeszła z niebezpiecznego tematu hazardu w pracy. To mogło odwrócić uwagę Binghama, ale później miałby piekło z Calvinem.
– Jestem w małym kłopocie – zaczął Bingham. – Nie dalej jak wczoraj kazałem panu pozostać na miejscu i zająć się wyznaczonymi sprawami. Szczególnie mocno podkreślałem, żebyś się pan, do cholery, nie zbliżał do Manhattan General. – Nastrój Binghama zmienił się na gorsze.
– Gdybym chciał załatwiać sprawy osobiste – zauważył Jack. – Ale to nie o to chodziło. Pojechałem zawodowo.
– No to jak udało się panu znowu wyprowadzić z równowagi ich szefa? Znowu dzwonił do cholernego biura burmistrza ze skargą na nas. Burmistrz chce wiedzieć, czy pan czasami nie cierpi na jakieś zaburzenia albo czy to może ja cierpię na jakąś umysłową dolegliwość, zatrudniając pana.
– Mam nadzieję, że zapewnił go pan, iż obaj jesteśmy całkiem normalni – powiedział Jack.
– Niech pan na domiar wszystkiego nie będzie impertynencki.
– Jeżeli mam być zupełnie szczery – wyznał Jack – to powiem, że nie mam najmniejszego pojęcia, dlaczego pan Kelley tak się rozzłościł. Może presja tego przypadku z dżumą tak podziałała na pracowników jego szpitala, gdyż wszyscy zachowywali się agresywnie.
– A więc teraz wszyscy zachowują się wobec pana agresywnie – zauważył Bingham.
– No, nie wszyscy – zaprzeczył Jack. – Ale tam dzieje się coś dziwnego i tego akurat jestem pewien.
Bingham spojrzał na Calvina, który wzruszył ramionami i znacząco spojrzał na sufit. Nie rozumiał, o czym mówi Jack. Bingham znów popatrzył na Jacka.
– Niech pan posłucha – zwrócił się do niego. – Nie chcę pana wyrzucać, więc niech mnie pan nie wnerwia. Jest pan bystry. Ma pan przed sobą przyszłość. Ale ostrzegam pana, jeżeli rozmyślnie będzie pan nieposłuszny i nadal będzie nas narażał wobec władz miejskich na niepotrzebne uwagi, nie zawaham się ani przez moment. Czy pan zrozumiał?
– Doskonale – potwierdził Jack.
– Świetnie – powiedział Bingham. – Proszę teraz wracać do pracy, spotkamy się później na konferencji.
Jack natychmiast posłuchał rady i zniknął.
Przez chwilę Bingham i Calvin milczeli zatopieni we własnych myślach.
– Dziwny gość – stwierdził Bingham. – Nie potrafię go rozszyfrować.
– Ani ja – przyznał Calvin. – Jego niezaprzeczalną zaletą jest bystrość i ochota do ciężkiej pracy. Jest bardzo zaangażowany. Ile razy ma dyżur przy autopsjach, zawsze jest pierwszy w sali.
– Wiem i dlatego nie mogę go od razu wylać. Skąd u niego tyle zuchwalstwa? Przecież musi wiedzieć, że to źle nastraja ludzi, a nie wydaje się, żeby go to zniechęcało. Jest lekkomyślny, sam się unicestwia, do czego wczoraj wręcz się przyznał. Dlaczego?
– Nie wiem. Czasami mam wrażenie, że to złość. Ale na co? Nie mam pojęcia. Kilka razy próbowałem z nim porozmawiać na towarzyskiej stopie, ale to równie bezskuteczne jak wyciskanie wody z kamienia.
Rozdział 15
Czwartek, godzina 20.30, 21 marca 1996 roku
Teresa i Colleen wysiadły z taksówki na Drugiej Avenue, pomiędzy Osiemdziesiątą Ósmą a Osiemdziesiątą Dziewiątą, kilka domów od "Elaine", i poszły spacerkiem do restauracji. Nie mogły podjechać pod samo wejście, ponieważ podjazd zajęty był przez parkujące limuzyny, stojące równolegle jedna obok drugiej.
– Jak wyglądam? – zapytała Colleen, gdy znalazły się w cieniu markizy wiszącej nad wejściem. Rozchyliła płaszcz, aby Teresa mogła lepiej się przyjrzeć.
– Za dobrze – odpowiedziała przyjaciółka i tak rzeczywiście myślała. Colleen zamieniła tak charakterystyczny dla niej blezer i dżinsy na prostą, czarną sukienkę, która znakomicie podkreślała jej godny pozazdroszczenia biust. Teresa pomyślała o sobie i nieco się podłamała. Ciągle miała na sobie kostium, w którym była w biurze. Nie znalazła niestety dość czasu, by pojechać do domu i przebrać się.