Выбрать главу

– Nie mówiłaś mi – w głosie Colleen brzmiał wyrzut.

– Nie pytałaś – odparła Teresa. – Ale to żaden sekret, jeżeli tak ci się właśnie zdaje. Mój związek z Jackiem nie ma w sobie niczego romantycznego.

– I rozmawialiście o kampanii reklamowej? – drążyła dociekliwie Colleen. – Nie sądzę, abyś chciała mu o tym mówić, szczególnie że mógłby się poczuć w pewien sposób odpowiedzialny za pomysł.

– Zmieniłam zdanie – przyznała się Teresa. – Pomyślałam, że mu się spodoba, skoro ma dużo wspólnego z jakością opieki zdrowotnej.

– Jesteś pełna niespodzianek – skomentowała Colleen.

– To chyba niezły pomysł prosić o opinię Jacka lub Cheta. Uwagi zawodowców mogą się okazać pomocne.

– Z radością zadzwonię z propozycją – zaoferowała się bez wahania Colleen.

Rozdział 18

Piątek, godzina 14.45, 22 marca 1996 roku

Jack wisiał na telefonie ponad godzinę, wydzwaniając do krewnych trzech ofiar. Zanim zadzwonił do siostry i współlokatorki Joy Hester, porozmawiał z Laurie. Nie chciał, aby pomyślała, że za plecami zajmuje się jej sprawą, ale Laurie zapewniła go, że nie ma nic przeciwko temu.

Niestety z tych rozmów nie dowiedział się niczego, co by wyjaśniało zagadkę. Na wszystkie swoje pytania uzyskał negatywne odpowiedzi. Nie, żadna z chorych osób nie miała kontaktu z dzikimi zwierzętami, a w szczególności z królikami. Jedynie Lagenthorpe zetknął się z kotem domowym swojej przyjaciółki, którego niedawno otrzymała w prezencie. Kot miał się jednak całkiem dobrze. Odkładając słuchawkę po ostatniej rozmowie, niedbale wyciągnął się na krześle i bezmyślnie zapatrzył na białą ścianę. Adrenalina, której poziom podniósł mu się, kiedy rozpoznał gorączkę Gór Skalistych teraz powodowała narastającą frustrację. Miał wrażenie, że nie posunął się naprzód ani o krok.

Telefon wyrwał go z odrętwienia. Rozmówca przedstawił się jako doktor Gary Eckhart, mikrobiolog z laboratorium miejskiego.

– Czy rozmawiam z doktorem Stapletonem? – zapytał.

– Tak, to ja.

– Mam pozytywny wynik badania na riketsje. Pański pacjent zmarł na gorączkę Gór Skalistych. Czy zgłosi pan to sam do Rady Zdrowia, czy mam to zrobić osobiście?

– Proszę to zrobić – odpowiedział Jack. – Nie wiem nawet, kogo miałbym powiadomić.

– Proszę uważać rzecz za załatwioną – odparł doktor Eckhart i odwiesił słuchawkę.

Swoją Jack odłożył powoli, z namysłem. To, że jego wstępna diagnoza potwierdziła się, było dla niego równie wielkim szokiem jak potwierdzenie dwóch poprzednich. Rozwój wypadków przybierał nieprawdopodobny kierunek. W ciągu trzech dni stwierdzili wystąpienie trzech stosunkowo rzadkich chorób zakaźnych.

To jest możliwe tylko w Nowym Jorku, pomyślał. Oczami wyobraźni zobaczył samoloty z całego świata lądujące na lotnisku Kennedy'ego.

Jego zaskoczenie zaczęło powoli przeradzać się w niedowierzanie. Nawet przy tych wszystkich samolotach i ludziach przylatujących z egzotycznych stron świata, przywożących ze sobą wszelkiego rodzaju pasożyty, bakterie, wirusy, wydaje się, że jednoczesne pojawienie się dżumy, tularemii i gorączki Gór Skalistych, to coś więcej niż zwykły zbieg okoliczności. Analityczny umysł Jacka zaczął szacować prawdopodobieństwo podobnego splotu zdarzeń.

– Moim zdaniem zerowe – powiedział na głos.

Nagle poderwał się z krzesła i wybiegł z biura jak oparzony. Niedowierzanie zaczęło przemieniać się w złość. Był pewny, że dzieje się coś tajemniczego, i przez chwilę traktował to osobiście. Głęboko wierząc, że trzeba coś zrobić, zjechał na dół i zjawił się u pani Sanford. Domagał się rozmowy z szefem.

– Obawiam się, że to niemożliwe. Pan Bingham udał się do ratusza na spotkanie z burmistrzem i szefem policji -oświadczyła sekretarka Binghama.

– Psiakrew! – zaklął Jack. – On się tam wprowadził czy co?

– Jest sporo kontrowersji wokół tego przypadku ze śmiertelnym postrzeleniem – odpowiedziała, ostrożnie ważąc słowa.

– Kiedy wróci? – Nieobecność Binghama tylko pogłębiła jego frustrację.

– Po prostu nie wiem – przyznała pani Sanford. – Ale z pewnością poinformuję go, że chciał pan z nim rozmawiać.

– A doktor Washington?

– Jest na tym samym spotkaniu.

– To świetnie.

– Czy mogę panu w czymś pomóc?

Jack przez chwilę myślał.

– Poproszę o kawałek papieru. Powinienem zostawić wiadomość.

Sekretarka wręczyła mu kartkę papieru maszynowego, na której Jack drukowanymi literami napisał: LAGENTHORPE MIAŁ GORĄCZKĘ GÓR SKALISTYCH. Za informacją umieścił pół tuzina znaków zapytania i wykrzykników. Poniżej dopisał: MIEJSKA RADA ZDROWIA ZOSTAŁA POINFORMOWANA PRZEZ MIEJSKIE LABORATORIUM.

Wręczył notatkę pani Sanford, która przyrzekła, że osobiście dopilnuje, aby pan Bingham otrzymał ją, gdy tylko się zjawi. Zapytała jeszcze, gdzie Jack będzie, gdyby szef chciał się z nim spotkać.

– Zależy kiedy wróci – odparł Jack. – Zamierzam na chwilę wyjść z biura. Ale może się tak zdarzyć, że zanim usłyszy mnie, usłyszy o mnie.

Pani Sanford spojrzała na niego pytająco, nie rozumiejąc, co ma na myśli, lecz nie zamierzał wdawać się w szczegóły.

Wrócił do siebie po kurtkę. Zszedł na dół i odczepił rower. Pomimo napomnienia Binghama ruszył do Manhattan General. Przez dwa dni podejrzewał, że dzieje się tam coś dziwnego, teraz miał już pewność.

Po szybkiej jeździe zaparkował rower przy tym samym znaku co zwykle i wszedł do szpitala. Rozpoczęły się godziny odwiedzin, więc hall zatłoczony był ludźmi, szczególnie wokół punktu informacyjnego.

Przeciskając się przez tłum, Jack wszedł na schody i ruszył na pierwsze piętro. Skierował się prosto do laboratorium. Poczekał na recepcjonistkę. Tym razem, chociaż od razu miał ochotę wejść do środka, postanowił najpierw spotkać się z szefem.

Martin Cheveau kazał na siebie czekać aż pół godziny. Przez ten czas Jack postanowił uspokoić myśli. W ciągu ostatnich czterech, może pięciu lat zauważył u siebie niepokojące zmiany. Nawet w najlepszych okolicznościach nie potrafił zachować taktu, a gdy był zły, a teraz był, stawał się arogancki.

Zjawił się technik i przekazał Jackowi, że doktor Martin Cheveau może go przyjąć.

– Dziękuję, że przyjmuje mnie pan bez zwłoki – przywitał się Jack z kierownikiem laboratorium. Pomimo najlepszych chęci nie zdołał uniknąć sarkazmu.

– Jestem zapracowanym człowiekiem – odpowiedział Martin, nie racząc nawet wstać.

– To akurat doskonale potrafię sobie wyobrazić – odpowiedział Jack. – Z serią zakaźnych chorób, które wylęgają się w pańskim szpitalu dzień po dniu, podejrzewam, że musi pan nawet zostawać po godzinach.

– Doktorze Stapleton – Martin świetnie panował nad głosem – muszę panu powiedzieć, że pańską obecność tutaj uważam za wysoce niewskazaną.

– Widzę, że jest pan zmieszany. Przy pierwszej rozmowie był pan wzorem gościnności. Przy drugiej ustawił się pan w pozycji wroga.

– Niestety, proszę wybaczyć, ale nie mam czasu na tę rozmowę – przerwał Martin. – Czy chciał mi pan powiedzieć coś szczególnego?

– Oczywiście. Nie przyszedłem tu po to, aby kogokolwiek obrażać. Chciałbym zasięgnąć pańskiej, opinii jako profesjonalisty. Jakie jest prawdopodobieństwo, by w tym samym czasie w szpitalu pojawiły się trzy choroby zakaźne roznoszone przez owady. Cenię sobie nade wszystko własną opinię, jednak pańskie zdanie jako szefa laboratorium jest dla mnie również niezwykle cenne.

– Co pan ma na myśli, mówiąc "trzy choroby"? – zapytał zdezorientowany Martin.