Warren był inteligentny. Gdyby los mu sprzyjał, mógł zostać lekarzem, prawnikiem albo kimś podobnym. Jack był o tym przekonany.
– Na przedramieniu pewnego faceta dostrzegłem przypadkowo taki tatuaż – wyjaśnił.
– Martwego faceta? – pytał dalej Warren. Wiedział, w jaki sposób Jack zarabia na życie.
– Jeszcze nie – odpowiedział Jack. Rzadko pozwalał sobie na ironiczne uwagi wobec znajomych z boiska, ale tym razem jakoś mu się wyrwało.
Warren przybrał groźną pozę i nadal nie wypuszczał piłki z rąk.
– Jaja sobie robisz czy co?
– Co ty, kurde, żadnych jaj. Mogę być biały, ale to nie znaczy, że jestem głupi.
Warren uśmiechnął się.
– Gdzieś się dorobił takiej szczęki?
Warren nie dał się zwieść.
– Nadziałem się na łokieć. No wiesz, stałem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.
Warren podał mu piłkę.
– Pograjmy trochę jeden na jednego. Losujemy piłkę.
Warren wszedł na boisko wcześniej niż Jack, ale Jack w końcu także zaczął grać, i to dobrze. Drużyna Spita wydawała się tego dnia nie do pokonania, ku zmartwieniu Warrena, z którym przyszło im się zmierzyć kilka razy. Do osiemnastej Jack był wykończony i spływał cały potem.
Cieszył się, że może opuścić boisko wtedy, kiedy i inni zaczęli znikać na obiad albo cosobotnie wieczorne hulanki. Boisko będzie puste aż do następnego popołudnia.
Długi, pomeczowy prysznic stanowił wyjątkową przyjemność. Po kąpieli przebrał się w czyste ubranie, poszedł do kuchni i zajrzał do lodówki. Jej wnętrze przedstawiało smutny widok. Cały zapas piwa wypili nieproszeni goście. Z jedzenia pozostał mu kawałek cheddara i dwa jajka niewiadomego wieku. Zamknął lodówkę. Zresztą nie był głodny.
W pokoju dziennym usiadł na wytartej kanapie i wziął do ręki jedno z medycznych czasopism. Codzienną normą było czytanie czegoś do dwudziestej pierwszej trzydzieści lub dwudziestej drugiej. Później szedł spać. Tego wieczoru był ciągle pełen energii pomimo gry na boisku. Nie potrafił się skoncentrować.
Rzucił czasopismo i wpatrzył się w ścianę. Był samotny. I chociaż co wieczór był samotny, to dziś odczucie to przygnębiało go. Zaczął myśleć o Teresie i o tym, jak się nad nim ulitowała.
Pod wpływem impulsu zerwał się z kanapy, podszedł do biurka, wziął książkę telefoniczną i po chwili zadzwonił do Willow i Heath. Nie wiedział, czy po godzinach centrala telefoniczna będzie łączyć, ale ktoś odebrał. Po kilku wadliwych połączeniach wreszcie udało mu się skontaktować z Teresą.
Z sercem niespodziewanie dla niego mocno bijącym, ostrożnie napomknął, że myślał o zjedzeniu czegoś w mieście.
– Czy to jest zaproszenie? – zapytała Teresa.
– Cóż – odparł z wahaniem. – Może zechciałabyś pójść ze mną, jeżeli jeszcze nie jadłaś.
– To najbardziej wymijające zaproszenie, jakie otrzymałam, od czasu gdy Marty Berman poprosił mnie na bal maturalny – skwitowała ze śmiechem. – Wiesz, co zrobił? Użył trybu warunkowego: "Co byś powiedziała, gdybym cię zaprosił?"
– No to znaczy, że Marty i ja mamy ze sobą coś wspólnego.
– Niewiele. Był chudym krasnalem. Ale co do kolacji, musimy przełożyć ją na inny termin. Z ochotą zobaczyłabym się z tobą, wiesz jednak, że mamy gardłowy termin. Spodziewamy się, że dzisiaj jeszcze sfinalizujemy przedsięwzięcie. Rozumiesz, mam nadzieję.
– Rozumiem – przyznał Jack. – Żaden problem.
– Zadzwoń do mnie jutro. Może uda nam się wyrwać po południu na kawę albo coś podobnego.
Obiecał, że zadzwoni, i życzył jej wszystkiego najlepszego. Odłożył słuchawkę i poczuł się jeszcze bardziej samotny. Po tylu latach dobrowolnego skazania się na samotność zrobił wielki wysiłek, aby nawiązać towarzyskie stosunki i poniósł porażkę.
Zadziwiając coraz bardziej samego siebie, odnalazł numer do Laurie i zadzwonił. Próbując pokryć zdenerwowanie dowcipem, poinformował, że oczekiwana przez niego grupa zakonnic w ostatniej chwili zrezygnowała.
– Czy to znaczy, że chcesz iść na przyjęcie? – zapytała Laurie.
– Jeśli mnie zabierzesz.
– Z rozkoszą – odpowiedziała.
Rozdział 22
Niedziela, godzina 9.00, 24 marca 1996 roku
Jack czytał właśnie jedno z tych swoich medycznych czasopism, gdy zadzwonił telefon. Od rana jeszcze się do nikogo nie odezwał, więc głos jego brzmiał chrapliwie.
– Chyba cię nie obudziłam? – w słuchawce zabrzmiał głos Laurie.
– Nie śpię już całe wieki – zapewnił ją.
– Dzwonię, ponieważ mnie o to prosiłeś – przypomniała Laurie. – Inaczej nie zawracałabym ci głowy w niedzielny poranek.
– Dla mnie to nie jest wczesna pora.
– Ale późno wróciłeś do domu.
– Nie było tak bardzo późno, a poza tym niezależnie od tego, jak późno kładę się spać, i tak zawsze wstaję wcześnie.
– W każdym razie chciałeś wiedzieć, czy w nocy pojawiły się jakieś kolejne ofiary infekcji z General. Nic nie było. Janice poinformowała mnie, że w szpitalu nie ma ani jednego przypadku zachorowania na gorączkę Gór Skalistych. To dobra wiadomość, prawda?
– Bardzo dobra – zgodził się Jack.
– Moi rodzice byli tobą zachwyceni – dodała. – Mam nadzieję, że dobrze się bawiłeś.
– Tak, to był przemiły wieczór. Szczerze powiedziawszy, trochę mi głupio, że się tak zasiedziałem. Dziękuję za zaproszenie i podziękuj rodzicom. Nie mogliby być bardziej gościnni.
– Musimy to kiedyś powtórzyć – stwierdziła Laurie.
– Bezwarunkowo – potwierdził Jack.
Odwiesił słuchawkę i próbował wrócić do czytania. Jednak myślami wrócił do poprzedniego wieczoru. Rzeczywiście miło spędził czas. Bawił się lepiej, niż mógł przypuszczać, i to go najbardziej kłopotało. Pilnował się przez pięć lat i nagle, bez ostrzeżenia, zaczął się dobrze czuć w towarzystwie dwóch całkiem różnych kobiet.
U Laurie podobała mu się swoboda, jaką czuł w jej towarzystwie. Teresa natomiast potrafiła być wyniosła nawet wtedy, gdy stawała się wyjątkowo opiekuńcza. Teresa onieśmielała go bardziej niż Laurie, ale równocześnie stanowiła jakby wyzwanie, co bardziej odpowiadało brawurowemu stylowi życia Jacka. Gdy jednak miał okazję zobaczyć sposób, w jaki Laurie traktuje rodziców, zaczął doceniać jej otwarcie i serdeczność wybijającą się nad inne cechy. Wyobraził sobie, że mając za ojca napuszonego kardiochirurga, nie mogło to być łatwe.
Laurie próbowała naciągnąć Jacka na osobiste wynurzenia, gdy tylko starsza generacja zakończyła biesiadowanie, lecz bez powodzenia. Chociaż go kusiło. Nieco otworzył się przed Teresą poprzedniej nocy i z zaskoczeniem doszedł do wniosku, że rozmowa przynosi ulgę. Wczoraj wrócił jednak do swojej starej strategii polegającej na skierowaniu rozmowy na drugą osobę i dowiedział się kilku niespodziewanych rzeczy.
Najbardziej zaskoczyła go informacja, że Laurie nie jest z nikim związana. Przypuszczał, iż ktoś równie pociągający i wrażliwy jak ona musi kogoś mieć, a tymczasem twierdziła, że nawet nieczęsto umawia się na randki. Opowiedziała o policjancie, z którym kiedyś się spotykała, ale sprawa była już nieaktualna.
Wreszcie wrócił do czasopisma. Czytał, dopóki głód nie wygnał go z domu do baru. Wracając z lunchu, zobaczył, że wokół boiska zaczęły się już zbierać grupki chłopaków. Spragniony ruchu skoczył szybko do domu, przebrał się i dołączył do nich.
Grał przez kilka godzin. Niestety rzuty nie były tak celne jak poprzedniego dnia. Warren niemiłosiernie pokpiwał z niego, tym bardziej że w kilku meczach grali w przeciwnych drużynach. Odbijał sobie za porażki sobotniego popołudnia.