Morvan podniósł rękę, pochylił ku sobie głowę dziewczyny i obdarzył ją długim, pełnym słodyczy pocałunkiem. Wreszcie oderwał się od ust, ale nie pozwolił jej się wyprostować. Wpatrywał się płonącym wzrokiem w jej oczy. Bała się, że Morvan usłyszy oszalałe bicie jej serca.
– Wygląda na to, że w chwili śmierci będę żałował dwóch rzeczy, a nie jednej, pani – rzekł, uśmiechając się smutno. – Kiedy znów odwiedzą cię aniołowie, musisz zażądać dla mnie całkowitego odpustu w nagrodę za wstrzemięźliwość.
Opuścił rękę i odwrócił się na bok, przytulając twarz do jej nóg i obejmując jedną ręką kolano dziewczyny.
Siedziała bez ruchu, jakby sparaliżowana dziwnymi wrażeniami, które owładnęły nią, gdy poczuła na sobie ciężar mężczyzny. Ciągle jeszcze była pod wrażeniem jego pocałunku, nadal miała trudności z oddychaniem, kiedy wyczuła, że ciało Morvana odpręża się i rycerz zapada w sen.
Przygasający ogień rzucał słabe światło na jego twarz, którą zaczęło opuszczać napięcie. Wygładzona, złagodniała, wyglądała młodziej. Malowała się na niej ta wzruszająca przyjaźń, którą Anna zawdzięczała zarazie i którą ta sama zaraza mogła jej lada chwila odebrać. Poczuła w sercu ostry ból, żal i gniew.
Bez zastanowienia uniosła ręce i zatrzymała je nad Morvanem. Z wahaniem, niepewnie opuściła je i zaczęła gładzić czarne fale jego włosów.
5
Wrażenia zaatakowały go, kiedy dryfował na skraju czarnej mgły. Przytłaczający ciężar… Śliskie, wilgotne gorąco… Błyski światła…
Próbował się obudzić, ale zbliżył się tylko do krawędzi jawy, ledwo jej dotknął. Udało mu się tylko wyczuć zapach – odór rozkładającego się ciała, odór śmierci. Cofnął się w duchu, uciekał od smrodu, ale ten gonił za nim we mgle, a wraz z nim płynęły jakieś wyłaniające się z ciemności cienie, ożywiające wspomnienia straszniejsze od najokrutniejszych wizji, jakie mogły nań zesłać demony…
Cały pokój cuchnął rozkładającym się ciałem, śmiercią.
Dwoje oczu łypało z zapadniętych oczodołów. Dłoń poruszyła się słabo w ledwie wyczuwalnym geście przywołania.
Przełknął śliną, żeby powstrzymać falą mdłości, i pochylił się nad umierającym ojcem. To nie w porządku, żeby jedna zabłąkana strzała położyła kres życiu takiego człowieka jak Hugh Fitzwaryn – Czy Edward przybył? – Rana w piersi sprawiła, że pytanie było niewiele głośniejsze niż westchnienie. – Wszyscy wiedzą, że umieram, bada, wiać starali się, mnie okłamywać. Ciebie proszę, o prawdą.
Czuł, że powinien skłamać, ale nie był w stanie. Potrząsnął głową.
– Nie przybył. Nie przysłał też obietnicy, że przybędzie.
Powieki rannego zakryły pełne bólu oczy. Leżał tak nieruchomo, jakby śmierć już go zabrała. Po chwili oczy znów otworzyły się i ich spojrzenie spoczęto na synu.
– W takim razie spadnie to na ciebie, bo mój czas dobiega już końca.
– Obiecują ci, że będziemy się trzymać. Nieważne, jak długo to potrwa. Wytrzymamy, dopóki nie nadejdzie pomoc. Albo będziemy walczyć aż do ostatniego człowieka…
– Nie, musisz prosić o warunki kapitulacji. Po mojej śmierci ludzie się załamią, Głód już by ich pokonał, gdyby nie poczucie lojalności wobec mnie.
– Za późno. Jakie warunki mogą stawiać ludzie, którzy poddają się, bo są na granicy załamania?
– Nie chodzi o ciebie i mężczyzn. Chodzi o kobiety. Zmuś wodza, żeby dał ci słowo, że pozwoli im wyjść. Poślij je do Edwarda. Rycerz musi bronić słabszych, chłopcze, i teraz to ty musisz zrobić wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby obronić damy. – Z trudem wydobywał z siebie słowa. Znów zamknął oczy. Wydawało się, że jego ciało się skurczyło, jakby mówienie odebrało mu resztką energii.
Znów słaby gest, by się zbliżył. Nie pochylił się. Zawołał mamę i siostrę, żeby razem z nim czuwały przy umierającym. Przez okno znów dobiegły odgłosy walki. Stał przy łóżku, imając nieruchomą dłoń w nadziei, że odwaga i siła wielkiego Hugh Fitzwaryna przejdą, na jego syna w chwili, gdy ojciec wyda ostatnie tchnienie.
Kiedy na godziną przed zmierzchem wyszedł z komnaty ojca udał się do wielkiej sali, nie był już dzieckiem. Polecił zarządcy, żeby wysłał herolda na negocjacje, i przygotował się. Przebrał się w najlepsze odzienie i przypasał do boku miecz ojca. Był wysoki jak na swój wiek, ale czubek miecza i tak szorował po ziemi.
Poszukał księdza i wyspowiadał się, a potem długo modlił się, w kaplicy. Nie poszedł do matki, bo wiedział, że starałaby się, wyperswadować mu decyzja.
Na dziedzińcu zapadła cisza, kiedy wyszedł z zamku. Mężczyźni przyglądali mu się z poważnymi minami, zażenowani tym, że dziesięcioletni chłopiec musi zaoferować swoje życie w rozpaczliwej próbie ocalenia ich od śmierci.
Maszerował odważnie, tak jak nauczył go ojciec, rycerskim krokiem. Minął dziedziniec, na którym jeszcze przed pięcioma miesiącami grał w piłkę, i ćwiczył walkę, drewnianym mieczem.
Zatrzymał się na chwilę, w otwartej furtce i obejrzał za siebie. Matka stała w progu, śmiertelnie blada z głodu, a jej czarne oczy lśniły jak klejnoty. Był jeszcze dzieckiem i zapragnął podbiec do niej jak dziecko i szukać w jej ramionach pocieszenia.
Spojrzał na furtkę. Po drugiej stronie czekała śmierć…
Całe pomieszczenie cuchnęło rozkładającym się ciałem i śmiercią.
Przebudził się. Czuł wilgoć, żar i nieznośną słabość. Przez chwilę nie rozpoznawał płóciennych ścian i drewnianego dachu.
Z wysiłkiem odwrócił głowę. Na pryczy obok miotał się w bólu jakiś człowiek; koc zsunął się do połowy i odsłonił nagie ciało. Czarne krosty znaczyły owłosione ramię i bok. Mężczyzna jęczał. Morvan próbował rozpoznać niewyraźny głos. Miał nadzieję, że to nie Gregory.
Prycza Morvana była wilgotna i lepka, a skóra pokryta potem. Kilka ciężkich futer przygniatało słabe ciało, niemal dusząc. Pragnął je zrzucić, ale każdy mięsień aż dygotał na samą myśl o jakimkolwiek wysiłku.
Czyżby umierał? Czuł się bardziej wyczerpany niż kiedykolwiek w życiu. Nawet po całym dniu ciężkich walk jego ciało nie było równie bezużyteczne jak w tej chwili.
Muskające twarz chłodne powietrze było cudowne, jak łyk zimnego piwa po walce. Zebrał wszystkie siły i wyciągnął spod futer prawie ramię; natychmiast opadło bezwładnie. Oswobodzone palce gładziły puszyste futrzane okrycie.
Dotknął czegoś jedwabistego i cudownego. Owinął palce tym materiałem o innej strukturze, gładził go między kciukiem i dłonią.
Włosy. Kobiece włosy. Powoli uniósł się nieco i z trudem przekręcił głowę, żeby na nie spojrzeć.
Anna siedziała przy nim na podłodze, śpiącą głowę złożyła na skraju pryczy w zagięciu prawego ramienia. Miała na sobie tylko rajtuzy i męską koszulę. Cienki materiał napinał się na krągłej piersi. Krągłej, pełnej kobiecej piersi. Widział jej fragment przez szerokie rozcięcie koszuli przy szyi. Ta dziewczyna krzywdzi samą siebie, nosząc męski strój, pomyślał.
Rajtuzy opinały kształtne biodra i nogi. Jak miło byłoby pieścić te cudownie zaokrąglone linie. Uznał, że chyba nie umarł, skoro takie myśli przychodzą mu do głowy.