Jej oświetlona blaskiem ognia uśpiona twarz wyglądała bardzo młodo, spokojnie i nieco tajemniczo. Mógłby przyglądać się tej dziewczynie bez końca, gdyby tak bardzo nie bolał go kark. Opadł na poduszkę.
Pewnie Anna była przy nim podczas całej choroby, ale wspomnienia z tego okresu bardziej przypominały mgliste wyobrażenia niż rzeczywistość. Ostatnie przytomne spojrzenie rzucił na nią nazajutrz po przybyciu, kiedy tuż po przebudzeniu zobaczył ją siedzącą na sąsiedniej pryczy. Rano pojawiły się jakieś kłopoty w majątku i odjechała ze strażą, żeby spróbować pochwycić złodziei, którzy znów na nich napadli. Po odjeździe dziewczyny Morvanowi podskoczyła temperatura i do południa, kiedy zajrzał do niego Ascanio, rycerz dygotał już w gorączce. A potem była już tylko ciemność i przerażające sny, z krótką przerwą na chwilę, kiedy odzyskał przytomność i zobaczył przy sobie dziewczynę.
– Jestem przy tobie – powiedziała i ciemna mgła natychmiast znów ogarnęła Morvana.
Teraz pieścił jej włosy, rozkoszując się ich dotykiem. Nie siedziała tu przez cały czas. Przychodzili i inni, Ascanio i jakaś kobieta. Może ta dziwka, o której Anna wspomniała.
Przed oczami przesunęły mu się sceny z tamtej nocy. Przestraszył ją. W tych sprawach była jak małe dziecko. Tylko kiedy zerwała się, żeby uciec jak królik, który stanął oko w oko z lisem, była w stanie nazwać rzeczy po imieniu. A i wtedy źle zrozumiała to, co się dzieje. Uznała to za najbardziej prymitywne, rozpaczliwe pożądanie. Jeszcze nigdy w życiu nie zdławił pożądania tak, jak to zrobił przy niej.
Loki Anny miękko owijały się wokół jego palców. To była niezwykła kobieta, silna i niezależna, ale jemu udało się dostrzec w niej dziecko.
Była całkiem sama, jak on.
Mgła znów zaczęła go oblepiać. W milczeniu osunął się w zapomnienie, ślubując w duchu bronić tej dziwnej dziewczyny, która odważnie obstawała przy swoim w tym niebezpiecznym i niewdzięcznym świecie.
Płócienne ściany nie przepuszczały promieni słonecznych i wnętrze szałasu oświetlał tylko słaby blask ognia. Przez chwilę oczy Anny musiały się przyzwyczaić do panującego wewnątrz półmroku.
Stanęła jak wryta na widok tego, co wreszcie dojrzała.
Morvan wstał z pryczy. Stał zwrócony twarzą do ognia, całkiem nagi, na rozstawionych nogach, z rozłożonymi szeroko ramionami. Odrzucił głowę do tyłu i Anna wyobraziła sobie, że mężczyzna ma zamknięte oczy. Wyglądał tak, jakby ciepło wprawiło go w ekstazę.
Nie usłyszał jej wejścia. Mogła wyjść albo dać znać, że jest w środku. Albo przynajmniej odwrócić wzrok.
Nie zrobiła tego.
Stracił trochę na wadze, lecz choroba nie pozbawiła go siły. Nadal przypominał piękne zwierzę, raczej wierzchowca, na którym dopiero co jeździł, niż konia bojowego. Tors i nogi miał muskularne, ale bez przesadnych gruzłów mięśni. Wyprostowane ramiona znamionowały siłę. Kiedy tak stał w blasku ogniska, wyglądał jak pomnik zwycięzcy i to wykuty z kamienia, a nie wymodelowany w glinie. Jak posąg obdarzony życiem.
Anna zdążyła już doskonale poznać to ciało, pielęgnując go, kiedy majaczył nieprzytomny w gorączce. Wielokrotnie musiała je obmywać. Po pierwszym dniu przestała się czuć zażenowana. W czasie choroby Morvan był obok niej, ale jednocześnie przebywał bardzo daleko i nieświadomość tego, co się z nim dzieje, sprawiała, że dziewczyna mogła zachwycać się męskim ciałem całkowicie beznamiętnie.
Wszystko zmieniło się jednak w chwili, gdy gorączka ustąpiła. Zupełnie się zmieniło. Morvan stał się nagle przytomnym i w pełni świadomym mężczyzną, który z upływem każdej godziny odzyskiwał coraz więcej sił. Najmniejszy ruch stawał się dla Anny niezręczny i krępującym Dla niej, nie dla niego. Te niesamowite, lśniące jak diamenty oczy zdradzały rozbawienie jej zakłopotaniem. Ascanio domyślił się, co się z Anną dzieje, i wziął na siebie najbardziej żenujące dla dziewczyny obowiązki. Trochę pomogło, ale mimo wszystko ostatnie dwa tygodnie były dość trudne.
Podejrzewała, że następny tydzień będzie już nie do zniesienia.
Morvan opuścił ręce i obejrzał się przez ramię. Jego płonące spojrzenie spotkało się ze wzrokiem dziewczyny i Anna poczuła, że oblewa się rumieńcem.
Zupełnie nieskrępowany własną nagością, podszedł do pryczy. Oboje wiedzieli, że dziewczyna już niejednokrotnie widziała go, jak go Pan Bóg stworzył. Usiadł i okrył biodra kocem.
– Mówiłaś, że dziś będę już mógł przenieść się do zamku. Mam nadzieję, że natychmiast. Mam już dość tej umieralni.
Podała mu ubrania, które przyniosła, i starała się wyglądać na kogoś, kto właśnie wszedł do szałasu.
– Należały do mojego ojca. W komnacie, w której zamieszkasz, znajdziesz więcej odzieży. – Przysunęła do pryczy grzejący się przy ogniu cebrzyk z gorącą wodą. – Jak się umyjesz i ubierzesz, zaprowadzę cię do zamku. – Podała mu czysty ręcznik.
Palce Morvana zacisnęły się lekko wokół jej palców, przytrzymał dłoń dziewczyny.
– Nie pomożesz mi się umyć? Nie jestem pewien, czy wystarczy mi sił – powiedział z najniewinniejszą w świecie miną, ale oczy lśniły mu podejrzanie.
– Przed chwilą robiłeś wrażenie człowieka, który już całkiem wrócił do sił.
– Rozkoszowałem się ciepłem. Nawet tak proste rzeczy wydają mi się teraz niezwykłe.
Anna rozumiała, co miał na myśli, ale to ją zaalarmowało. Nie chciała, by jej przypominano, że mają za sobą te same doświadczenia.
– Jeśli potrzebujesz pomocy przy myciu, przyślę ci Ascania. To należy do jego obowiązków.
– Ostatnio tak, ale przecież nie przez cały czas. – W oczach Morvana pojawił się nieco złośliwy błysk.
Nie mógł mieć co do tego pewności. Był przecież nieprzytomny, kiedy go pielęgnowała. Albo przynajmniej wydawało jej się, że jest całkiem nieprzytomny. Poczuła przerażenie na myśl o tym, że mógł zdawać sobie sprawę, co przy nim robiła.
Wyrwała mu swą rękę. Gładził ją, bawił się nią w idiotyczny sposób, który dziwnie ją podniecał. Zachowywał się tak, jakby byli sobie bardzo bliscy. Owszem, byli, ale teraz, kiedy przeżył, wyrwał się śmierci, przyszedł czas, by z tą bliskością skończyć.
Na szczęście, kiedy już przeprowadzi się do zamku, jego uwagę przyciągną inne, bardziej pociągające kobiety i będzie mógł na nich wypróbować powracające siły.
– Umyj się sam albo zaczekaj na Ascania.
Uśmiechnął się szeroko, przysunął bliżej cebrzyk i odrzucił koc. Anna odwróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia.
Przy drzwiach zerknęła za siebie. Morvan siedział w wodzie i wycierał wyciągniętą rękę. Kropelki wody lśniły na napiętych muskułach. Jego oczy błyszczały radością i triumfem, kiedy Cedził ruchy ręcznika.
Upajał się faktem, że żyje.
Większość ludzi, którym udało się przeżyć plagę, pokorniało. On wyglądał, jakby był przekonany, że dzięki temu zdoła zawojować świat.
Strumyczek ciepłej wody ściekał mu po skórze, znaczył na niej kręty ślad. Nadszedł jego czas i Morvan zamierzał się nim w pełni rozkoszować. Zdolność radowania się najdrobniejszymi sprawami nie będzie trwała wiecznie, zdawał sobie z tego sprawę. Już zaczynała słabnąć.
Ale doskonale znane sprawy jeszcze wydawały mu się całkiem nowe. Zapach i dotyk. Piękno tańczących płomieni. Zakłopotanie kobiety pod męskim spojrzeniem.
To także przeminie, jeśli Anna pójdzie wytyczoną sobie wcześniej drogą. W ciągu ostatnich kilku dni była w stosunku do niego niemal nadgorliwa. Ale lakoniczne polecenia nie zdołały ukryć jej niepokoju, podobnie jak obojętna mina nie zamaskowała reakcji dziewczyny, które Morvan bardziej wyczuwał, niż dostrzegał. Pod płaszczykiem bardzo zajętej pani na włościach kryła się niepewna siebie dziewczyna.