Выбрать главу

Kiedy on wyjdzie dziś z szałasu, będzie na niego czekała. Poprowadzi go znów do świata żywych. I będzie oczekiwała od niego takiego zachowania, jakby nic pomiędzy nimi nie zaszło.

Tak jednak nie będzie. Morvan nie mógł już cofnąć tego, co się stało, tak jak Anna nie byłaby w stanie sprawić, by Ascanio stał się znów, po jej walce o życie, obcym dla niej człowiekiem.

Skończył się myć i rozłożył ubrania. Było to pańskie odzienie, choć nieco staromodne. Włożył koszulę i długie rajtuzy, sięgnął po kaftan.

Nagle do wnętrza wdarło się światło i niemal natychmiast znów pociemniało. Odwrócił się do drzwi, spodziewając się zobaczyć w nich Ascania. Jego wzrok spoczął jednak na innym jasnowłosym mężczyźnie, który szeroko się do niego uśmiechał. To był John, drugi rycerz w jego oddziale.

– Widzę, że Bóg ci błogosławił, Morvanie. Powiadają, że to modlitwy panienki sprowadziły tu aniołów.

– Na sąsiedniej pryczy skonało dwóch ludzi, Johnie, myślę więc, że aniołowie raczej się tu nie pofatygowali.

– Ty jednak wydajesz się całkiem krzepki i żwawy jak na kogoś, kto był o włos od śmierci.

Morvan nie przerywał ubierania się, czekając, aż John zdecyduje się powiedzieć, po co przyszedł. Nie byli przyjaciółmi i John niewątpliwie nie rozpaczałby po jego odejściu.

John przysunął sobie krzesło i rozwalił się na nim.

– Pani tego zamku twierdzi, że za trzy dni będziemy mogli wyjechać.

– Ludzie się ucieszą. Ja jednak chyba nie będę jeszcze mógł udać się w podróż, dołączę do was później.

– Sądzę, że byłoby lepiej, gdybyśmy i my zostali. Lepiej dla wszystkich.

Morvan nie odpowiedział. Skończył zapinać kaftan i wciągał buty.

John spojrzał na wejście i odezwał się zniżonym do szeptu głosem:

– Rozmawiałem ze służącymi. W pobliżu są dwa prawie pozbawione obrony lenna. Parę kilometrów na wschód stąd.

Morvan spojrzał na młodego rycerza i czekał na dalsze słowa.

Na twarzy Johna pojawił się chytry uśmieszek.

– Tam nie ma pana i prawie nie ma obrońców. Jesteśmy już wewnątrz twierdzy, a zdobycie broni nie będzie stanowiło problemu, zważywszy na niedoświadczenie strażników. Fortuna się do nas uśmiechnęła, starczy dla nas wszystkich.

– Ilu ludzi jest z tobą?

– Dość.

– Może gdybym zmarł, ale w obecnej sytuacji za mało chyba, żeby zaaprobować ten plan. Większość z nich nie wystąpi przeciwko mnie i dlatego właśnie do mnie przyszedłeś.

John wzruszył ramionami, niechętnie przyznając Morvanowi rację.

– Proponujesz kradzież i gwałt na damie w zamian za jej gościnność i opiekę – wytknął mu Morvan.

– Nic złego jej nie spotka, przysięgam.

– Wybij sobie ten pomysł z głowy. Anna de Leon znajduje się pod moją opieką. Jeśli spróbujesz, nadziejesz się na mój miecz. Jeżeli sprowadzisz na nią jakiekolwiek niebezpieczeństwo, zabiję cię.

Twarz Johna skrzywiła się w irytacji.

– Jesteś głupcem, jak zawsze – powiedział, wstając. – Jeśli chcesz mieć tę olbrzymkę, nie mam nic przeciwko temu. Mógłbyś zostać tu panem i naprawdę jej bronić. Pomyśl o tym, co powiedziałem. Przywiódł nas tu szczęśliwy los i zaoferował nam prezent. Wystarczy wyciągnąć rękę i po niego sięgnąć. – Wyszedł, klnąc pod nosem.

Morvan wstał i narzucił na ramiona krótki płaszcz. John odważył się mówić do niego tak bez osłonek, bo łączyło ich jedno zasadnicze podobieństwo. Obaj nie mieli ziemi. Korzystny mariaż nie był zbyt prawdopodobny. Mogli kupić ziemię za łupy wojenne lub zdobyć ją przemocą.

Wyszedł przed szałas. Oślepiło go światło, a ostre powietrze szczypało skórę. Ocenił chłodnym okiem rzeczywistość, przyjrzał się dziedzińcowi i twierdzy, pomyślał o lasach i wsiach za jej murami. Próbował wyrzucić z głowy kuszącą propozycję Johna, ale mimo woli nurtowała go ona. Niesprecyzowane rozważania snuły mu się po głowie, mocował się z własnymi myślami. Tu, w zasięgu ręki, było to, o co modlił się od piętnastu lat. Mając taki majątek, mógłby planować walkę i odzyskanie rodzinnego honoru. Mógłby odzyskać Harclow przywrócić szlachectwo nazwisku Fitzwaryn. Mógłby też odzyskać to, co zły los tak brutalnie odebrał mu przed tylu laty.

Nie potrzebował podszeptów Johna, by dostrzec rysujące się możliwości. Uświadomił je sobie, kiedy wjechał konno za bramę i zobaczył, jaka jest sytuacja w twierdzy. Służba nosiła świeżą wodę do granic obozu. Anna wytężała lity i dostarczała mężczyznom cebrzyki.

Mógłbyś zostać tu panem i naprawdę jej bronić.

To pociągająca wizja. Ona była taka bezbronna, a La Roche de Roald stanowiło niezwykle kuszącą nagrodę. Jak długo ta dziewczyna będzie w stanie bronić swego dziedzictwa przed całym światem? Wątpił, by na tej ziemi bezprawia zdołała kiedykolwiek wrócić do klasztoru, jak planowała.

Nawet gdyby jednak zmieniła zdanie co do klasztoru, nie była dla niego. Książę oddałby ją jednemu ze swych baronów, by zaskarbić sobie jego poparcie polityczne.

Ale książę przebywał w Anglii, baronowie zaś toczyli ze sobą wojnę. A on był tutaj. Mógłby osiągnąć swój cel, zanim świat by się o tym dowiedział. Mógł po nią sięgnąć. Nie musiałby nawet zdobywać zamku, jak planował to John. Wystarczyłoby uwieść dziewczynę, która rumieniła się, kiedy tylko chciał, by się zarumieniła.

Anna musiała zwrócić na Morvana uwagę, bo podeszła do niego i spytała:

– Możesz iść sam czy mam zawołać kogoś, żeby ci pomógł?

– Pójdę sam.

Szła tuż przy nim, wystarczająco blisko, by czuł zapach jej mydła. Spojrzał na jej profil, na brew w kształcie sokoła w locie. Zerknął na kobiece kształty, kryjące się pod męskim kaftanem i płaszczem.

Naszły go wspomnienia z szałasu. Nawet w malignie czuł, że to jej ręce myją jego ciało. Przypomniał sobie rozszerzone oczy dziewczyny, kiedy odkryła ze zdumieniem, że dotyk może sprawiać przyjemność. Drżące od jego pocałunków usta. Światło ogniska wydobywające z cienia fragment kobiecej piersi…

6

Anna ulokowała Morvana w dawnej jadalni. Zawołała, by przygotowano kąpiel, pokazała mu kufer z ubraniami i wyszła. Spodziewała się, że rycerz prześpi cały dzień.

Nie spał. Zjawił się na południowym posiłku świeżo ogolony i z przyciętymi włosami. Stare ubrania jej ojca wyglądały na nim jak dworski strój. Usadziła go przy wysokim stole obok Josce’a i zajęła się rozmową z Carlosem, pierwszym stajennym, o ujeżdżaniu i treningu kilku koni.

– Nie marszcz czoła, pani – powiedział Carlos. – Wyglądasz wtedy jak twój ojciec, a żadna dziewczyna by tego nie chciała.

Anna musiała uśmiechnąć się w odpowiedzi. Lubił drażnić się z nią na temat jej wyglądu i zachowania, choć wiedział tak dobrze jak nikt inny, że dziewczyna nie przywiązuje najmniejszego znaczenia do wyglądu.

Ich wzajemna bliskość wynikała ze wspólnego dzieciństwa, bo ojciec Carlosa służył w majątku jako pierwszy koniuszy. Ojciec Anny kupił ich podczas wyprawy do Kastylii wraz ze saraceńskimi wierzchowcami, które dały początek ich stadu rasowych rumaków. Niski, żylasty Carlos o ciemnych, pełnych wyrazu oczach i krótko przyciętej bródce opuścił majątek jako młody chłopak, ale wrócił po trzech latach, by po śmierci ojca objąć stanowisko pierwszego koniuszego. Był w tym znakomity i świetnie się znał na ujeżdżaniu wierzchowców. W czasie zarazy zajął się też ziemiami należącymi do majątku i stał się tu kimś naprawdę ważnym.

– Marszczę czoło, bo doba ma za mało godzin, Carlosie. Wierzchowce potrzebują więcej czasu, niż ty i ja razem wzięci możemy im poświęcić. Dziś rano przekonaliśmy się o tym niezbicie.