Выбрать главу

– Nie mam zamiaru się poddać. – Decyzja Anny zapadła nagle i była piekielnie ryzykowna. Nie spodziewała się, że będzie jej tak straszliwie trudno ją podjąć. Rozwinęła zwój pergaminu i pokazała mapę włości. – Posłałam Carlosa do miasta drogą wzdłuż wybrzeża, która odsłania się tylko podczas odpływu. Przesłałam angielskim łucznikom wiadomość, że jutro o świcie zaatakujemy obóz Gurwanta.

Były jakieś obiekcje, ale propozycja dziewczyny nie spotkała się z prawdziwym oporem. Ci mężczyźni byli wojownikami i myśl o wydaniu bitwy wydawała się im kusząca. Zgromadzili się wokół mapy.

– Ojciec opowiadał mi, w jaki sposób Jeanne de Montfort rozprawiła się z oblegającymi miasto. Wyprowadziła rycerzy tylnym wyjściem, okrążyła obóz oblegających i niespodziewanie zaatakowała od tyłu. Zrobimy to samo. Zepchniemy siły Gurwanta w stronę murów, a tam będą już czekali łucznicy, którzy udzielą nam wsparcia. Nasze główne siły zaatakują obóz w tym miejscu. – Pokazała miejsce na wprost zamku. – Ja z Carlosem i jeszcze jednym rycerzem pojedziemy z łukami na północny skraj pola i zapobiegniemy ruchom oskrzydlającym, angielscy łucznicy zrobią to samo od południa.

Po zakończeniu wyjaśnień Anny w komnacie zapadło grobowe milczenie. Podniosła wzrok i zobaczyła pięć par męskich oczu wpatrzonych w nią z osłupieniem.

Paul pierwszy odzyskał głos.

– Nie możesz przecież planować udziału w wyprawie, pani.

– Oczywiście, że mogę. Brałam już udział w wyprawach wojennych, wezmę i teraz.

– Nie mają nad nami aż takiej przewagi liczebnej – odezwał się Haarold. – Niech kto inny zajmie twoje miejsce.

– A kto mógłby zająć moje miejsce? Kto potrafi równie celnie jak ja strzelać z grzbietu galopującego wierzchowca? Czy wśród twoich ludzi jest ktoś taki, Haaroldzie? A może u ciebie, Fouke? – Jej spojrzenie spotkało się z parą gorejących oczu. – Morvanie? Czy którykolwiek z was uważa, że nie ma potrzeby umieszczenia łuczników w tym miejscu?

– Możesz wpaść w ich ręce – stwierdził Haarold.

– Przez większość czasu będę się znajdować pod osłoną murów. A poza tym mam bardzo szybkiego konia i nie przywdzieję zbroi, by go nadmiernie nie obciążać.

Informacja, że Anna nie zamierza wdziać zbroi, nie najlepiej przysłużyła się jej sprawie. Ponad chór protestów wzbił się głos Ascania.

– Oni także mają łuczników.

– Zaatakujemy niespodziewanie, nie będą mieli czasu na sformowanie szyków. Włożę hełm, żeby mnie nie rozpoznali, więc moja obecność nie wpłynie na przebieg bitwy. I będę jutro na polu bitwy, chyba że znajdziecie na moje miejsce kogoś o umiejętnościach równych moim.

Dopracowanie szczegółów Anna pozostawiła mężczyznom. Spędziła godzinę z Ruth i Marguerite, a potem wyszła na dziedziniec, by odetchnąć świeżym powietrzem. Kiedy podeszła do furtki w murze, Ascanio zastąpił jej drogę.

– Jeśli zostałeś wysłany przez pozostałych, żeby wyperswadować mi udział w jutrzejszej wyprawie, nie trać czasu nadaremno.

– Nie, choć po twoim wyjściu rozmawialiśmy na ten temat. Haarold przedstawił swą opinię, że porządne lanie pozwoliłoby wlać ci odrobinę oleju do głowy. Morvan byłby skłonny się z nim zgodzić i wyraźnie ma ochotę podjąć się udzielenia ci lekcji osobiście. Na twoim miejscu starałbym się dzisiaj nie dać mu się przydybać na osobności. Bardziej mu teraz w głowie klapsy niż pieszczoty z poprzedniej nocy.

Anna wyobraziła to sobie i wybuchnęła śmiechem.

– Będę ostrożna. Przyszedłeś mnie ostrzec?

– Nie, musimy porozmawiać o czym innym. Wejdźmy na mury, będziemy sami.

Poprowadził ją na blanki i znalazł miejsce z dala od straży. Odwrócił się ku Annie z poważnym wyrazem twarzy. Dziewczyna zrozumiała, że będzie mówił jako ksiądz.

– Odprawię dziś wieczór mszę świętą i pomodlimy się przed czekającym nas sądem bożym. W czasie mszy udzielę jeszcze jednego sakramentu. Udzielę ślubu Josce’owi i Catherine.

– Ślubu? Z czyjego polecenia, za czyją zgodą?

– Ich własną. Ceremonia może odbyć się publicznie albo w tajemnicy i tylko ja jako ksiądz będę ich świadkiem.

– Ale przecież nie wolno im się pobrać bez zgody księcia. Musielibyśmy zapłacić wysokie odszkodowanie, na które nie bardzo nas stać…

– Anno, Catherine spodziewa się dziecka. Podejrzewałem to już dawniej, ale dopiero wczoraj postanowili mi o tym powiedzieć.

Dziewczyna wpatrywała się w blanki. Poza szokiem odczuwała irytację. Czy i bez tego mało było problemów? Czy naprawdę Catherine nie mogła jeszcze trochę poczekać? W tym momencie Anna przypomniała sobie, co się z nią działo w ramionach Morvana, i cała złość natychmiast z niej wyparowała.

– Biedny Ascanio, zostawiłeś ich, usłyszawszy nowinę, i pobiegłeś mnie szukać. Pewnie myślisz, że wszystkie kobiety w naszej rodzinie to ladacznice.

– Myślę, że kobiety z waszej rodziny są namiętne i pełne życia. A w tej sytuacji jest też pewien plus. Jeśli jutro coś ci się stanie, nic nie powstrzyma Gurwanta od sięgnięcia po Catherine. Jego plany co do ciebie zostaną po prostu przeniesione na nią. Ale jako mężatka przy nadziei jest całkowicie zabezpieczona przed jego zakusami. Nawet jeśli Josce zginie, ona i włości zostaną uratowane.

To, co powiedział Ascanio, miało sens. Anna bardzo martwiła się o przyszłość siostry, jeśli sama zginie w czasie ataku.

– Powinnaś się z nimi zobaczyć. Czekają na ciebie w koronacie twojego ojca.

Anna ruszyła wzdłuż murów, wyrzucając sobie skrępowanie podczas narady. To wszystko przez to, że straciła prawo do oceniania uczynków innych.

Ślub był bardzo skromną uroczystością, bo wszyscy myśleli wyłącznie o czekającej ich nazajutrz bitwie. Ale Josce i Catherine zdawali się tego nie zauważać. Morvan, widząc radość młodych, poczuł pustkę w sercu. Nawet najtwardszy mężczyzna musiał być przejęty, patrząc, jak spoglądali sobie w oczy, łącząc się w miłości.

Starano się, z miernym zresztą skutkiem, przekształcić kolację w ucztę weselną. Pod koniec wieczerzy Anna zaprowadziła siostrę na górę.

Morvan czekał na jej powrót, ale nie wróciła, choć zapadła już głęboka noc. Udał się więc na poszukiwanie.

Jeśli ta dziewczyna sądziła, że on zaakceptuje jej decyzję wzięcia udziału w jutrzejszej bitwie, to bardzo się pomyliła. Przez cały dzień dręczyły go wizje martwej Anny leżącej na polu walki. Fouke i Haarold mogli nie przejmować się specjalnie, czy ona zginie, Ascanio mógł wierzyć, że osłonią ją aniołowie, ale twardy węzeł, w który zwinął się żołądek Morvana, świadczył o tym, iż nie wolno mu pozwolić jej wyjechać jutro za mury.

Nie musiał sprawdzać, żeby mieć pewność, że Anna nie znajduje się w swojej sypialni. Odnalazł ją w komnacie jej ojca. Siedziała na ogromnym rzeźbionym krześle i wpatrywała się w buzujący na palenisku ogień. Chmura splątanych loków okalała jej głowę, jakby dziewczyna wstała przed chwilą z łóżka, w którym na próżno przewracała się, nie mogąc zasnąć. Osłona szata, zbyt luźna, jak większość jej męskich strojów, usiała na niej jak worek. Trzymała w ręku miecz, którego czubek opierał się o podłogę.

Wpatrywała się w płomienie niewidzącym wzrokiem. Morvan wyczuł jej nastrój, zawsze potrafił go wyczuć, już tej pierwszej nocy. Z dziewczyny emanowały smutek i rezygnacja. I coś jeszcze. Zawstydzenie?

Nawet nie podniosła oczu, kiedy wszedł do komnaty, jakby wiedziała, że Morvan nadchodzi.

Tak, wiedziała. Istniał miedzy nimi jakiś przedziwny związek. Mogła nie chcieć o nim mówić, mogła zaprzeczać mu do woli, jednak istniał. Za każdym razem, kiedy Morvan się zbliżał, poczucie łączącej ich więzi przybierało na sile.