Potrzeba podboju i ujarzmienia wzięła górę nad innymi impulsami i popychała go, by doprowadził sprawę do końca. W głębi duszy rozumiał jednak, że nie uda mu się odsunąć od siebie prawdy. Niezależnie od tego, co wydarzy się tej nocy, Anna ruszy rankiem do boju.
Morvan spojrzał w oczy dziewczyny i dostrzegł w nich jakąś rysę na jej determinacji. Decyzja chwiała się. Przez jedno mgnienie oka udało mu się dostrzec to, czego dotychczas nie zauważał. Lepiej poznał jej duszę. Ta świeżo zdobyta wiedza nie wstrząsnęła nim, umocniła tylko przekonanie, że zwyczajny rycerz w służbie Anny nie zdoła zapewnić jej bezpieczeństwa, nawet gdyby rościł sobie do tego prawo.
Pochylił głowę i znów ucałował pełną pierś, starając się utrwalić w pamięci zarówno jej miękkość, jak i namiętną reakcję dziewczyny.
– Gdybym potrafił uwierzyć, że dzięki temu zdołam zmienić twoją decyzję, wziąłbym cię, nie przejmując się, co myślisz o moich motywach. Może nawet, zgodnie z radą Haarolda, sprawiłbym ci lanie. Twierdzisz, że pojedziesz z nami, bo twoje umiejętności będą potrzebne na polu bitwy, ale odnoszę wrażenie, że w rzeczywistości zupełnie nie o to chodzi. – Puścił Annę i cofnął się, by wyrwać się z jej hipnotyzującej bliskości. – Sam się dziwię, że dotychczas na to nie wpadłem, choć zdążyłem już nieźle cię poznać. Chcesz jechać nie tylko dlatego, że będziesz potrzebna. Myślę, że ty to po prostu lubisz.
Odwrócił się, zostawiając Annę z wyrazem osłupienia na twarzy. Wyszedł, żeby przygotować się do bliskiej bitwy i modlić się, by aniołowie mieli ją w opiece.
10
Dwie godziny przed świtem Anna zeszła na najniższy poziom twierdzy i wyprowadziła swą niewielka armię z La Roche de Roald. Strażnicy nieśli pochodnie, żeby oświetlić im drogę w krętych jak labirynt lochach.
W głębi jednego ze ślepych korytarzy dostrzegła drzwi z zawiasami przeżartymi rdzą od wilgoci i wieloletniego nieużywania. Zastanawiała się, czy spoczywają za nimi szczątki jakiegoś wroga jednego z jej przodków. Perspektywa znalezienia szkieletów powstrzymała ją od próby zajrzenia do komnaty.
Po śmierci Drąga Anna była jedyną osobą, która znała drogę do wykutych w klifie schodów. Ale dziś rano, na wypadek najgorszego, pokazała ją Catherine.
To była krótka bezsenna noc. Odpoczynku pozbawiły jej myśli o zbliżającej się bitwie, ale i rozmyślania o wizycie Morvana. Tak łatwo uległa jego pochlebstwom i pieszczotom. Było w niej coś, nad czym nie miała kontroli, a co odpowiadało głodem na jego dotyk. Może to na skutek strachu przed bitwą. Może w głębi ducha chciała, by Morvan ją powstrzymał, by dał jej wymówkę, która pozwoliłaby jej nie stać w tej chwili w miejscu, w którym się znajdowała.
Ciągle dźwięczały jej w uszach słowa, które wypowiedział na pożegnanie, że jej pragnienie wzięcia udziału w walce jest silniejsze niż lęk. Czyżby miał rację? Czy naprawdę lubiła walkę? Czy odgrywając rolę pana na zamku, wcieliła się w nią do końca? Czy niecierpliwie oczekiwała tej walki, jak to czynią wojownicy, a nie jak kobieta, zmuszona do przyjęcia roli nie do pomyślenia dla niewiasty? Ona, która nigdy nie patrzyła w lustro, stała teraz przed zwierciadłem, w którym próbowała bezskutecznie dostrzec, co naprawdę dzieje się w jej duszy.
Znalazła się przed tajną furtką w murach. Szarpnęła ją gwałtownie, aż głośne skrzypnięcie odbiło się echem od granitowego sklepienia. Oddział wyszedł za Anną na plażę.
Klif był poszarpany i nierówny, miejscami wznosił się ostro ponad plażę, miejscami obniżał się do jej powierzchni. O półtora kilometra na północ Anna skręciła na ścieżkę, która wiodła przez skalne rumowisko do lasu powyżej.
Zanim dotarła do polany, usłyszała ciche rżenie. Carlos, który przyprowadził ze stadniny dwadzieścia koni, wskazał jej jedno z drzew. Przywiązał doń trzy wspaniałe rumaki o smukłych kształtach i nogach, zdradzających ich saraceńskie pochodzenie. To były najszybsze wierzchowce, przeznaczone dla Anny, Louisa i Carlosa.
Wsunęła miecz w skórzaną pętlę po lewej stronie siodła, po czym wskoczyła na koński grzbiet i pochyliła się, by przymocować kołczan przy prawej nodze.
Ktoś zaczął przywiązywać dolne rzemyki do pierścieni przy siodle. Anna obróciła się i spojrzała w błyszczące oczy Morvana. Jego twarz wydawała się surowa. Nagle bez słowa zawisły między nimi wspomnienia wczorajszej bliskości.
Morvan położył rękę na kolanie Anny.
– Trzymaj się blisko murów. W grupie naszych łuczników – rozkazał szorstko.
Gdyby go posłuchała, jej strzały nie byłyby skuteczne.
– Będę ostrożna.
– Jeśli pójdzie źle, uciekaj do zamku. Gregory będzie cię wypatrywał. Wciągnie cię do środka.
Nie wiedziała, że Morvan wydał Gregory’emu specjalne rozkazy. Powinna to była przewidzieć.
– Jeśli znajdziesz się w niebezpieczeństwie, zsuń z głowy kaptur. Oni nie mogą sobie pozwolić na zrobienie ci krzywdy.
Mówił jej, że ma się znaleźć w rękach Gurwanta żywa, nawet nie ranna! A ona postanowiła, że w żadnym wypadku do tego nie dopuści.
Morvan złapał jej ramię, pociągnął do dołu, ujął jej głowę i przycisnął wargi do ust Anny.
Carlos tymczasem wyprowadzał już ludzi z polany.
– Nie rób sobie wyrzutów, że nie zdołałeś mnie zatrzymać. I nie zamartwiaj się o mnie, tylko uważaj na własne życie – poprosiła. – Carlos będzie przy mnie, a jest lepszym żołnierzem, niż mógłbyś przypuszczać. Bóg z tobą, Morvanie.
– I z tobą, pani.
Dosiadł swego wierzchowca. Anna przekonała się, że to wspaniały koń, wytrzymały i szybki. W czasie bitwy mógł się okazać bardziej użyteczny niż najbardziej rasowe zwierzę.
Ruszyli przez las. Wreszcie Carlos dał ręką znak, że dotarli na miejsce. Piechurzy ustawili się po prawej i lewej stronie, formując szyk. Anna, Carlos i Louis pojechali na północne flanki. Ludzie czekali w milczeniu.
Powoli czerń nocy, rozjaśniana jedynie przez przygasające ogniska z obozu Gurwanta, zaczęła blednąc. Dawało się już rozpoznać niewyraźne sylwetki śpiących ludzi i drzemiących koni. Niestety, Anna dostrzegła, że nie wszyscy są pogrążeni we śnie. Niektórzy, w tym sam Gurwant, zgromadzeni przy centralnym ognisku, byli już na nogach i to w pełnych zbrojach.
Uwagę dziewczyny przykuło coś, co działo się z tyłu, za obozem. Na południu zamajaczyły jakieś nieruchome sylwetki. To musieli być angielscy łucznicy z Brestu.
Nagle srebrzystoszare światło zalało pole. Odległe sylwetki podniosły się, wyciągnęły ramiona i ruszyły do przodu w zwartym szyku. Poranną ciszę rozdarł świst strzał, wypuszczanych falami z długich łuków w stronę obozowiska Gurwanta.
Łucznicy Anny wybiegli z lasu i przyłączyli się do ataku, celując, zgodnie z rozkazem, w stado koni stojących na skraju lasu. Rozpętało się piekło i położyło kres leniwemu spoczynkowi. Ciszę rozdzierały okrzyki wojenne. Rycerze i inni zbrojni szarżowali na obóz Gurwanta, w którym zapanował całkowity chaos.
Anna minęła obóz galopem, tuż za nią trzymali się Carlos i Louis. Kiedy rzuciła wodze i zaczęła szyć strzałami w przeciwników, dostrzegła, że od bramy zamkowej zbliża się Haarold na czele niewielkiego oddziału.
Atak z zaskoczenia zrównoważył nierówne siły. Wielu z pogrążonych we śnie żołnierzy Gurwanta miało już nigdy się nie obudzić, inni walczyli pieszo, niezakuci w zbroje i nieprzygotowani. Gurwant i jego rycerze zdołali jednak dosiąść koni i jasna głowa wroga Anny wznosiła się jak wieża nad polem bitwy, kiedy przebijał się przez kłębowisko, walcząc toporem.