Выбрать главу

Bitwa zaczęła obejmować coraz szerszy teren. Anna kierowała koniem kolanami i galopując wzdłuż północnego skrzydła, starannie celowała w konie górujących nad tłumem rycerzy, starając się powalić ich na ziemię.

Krew żywiej krążyła w jej żyłach, czuła strach i radosne uniesienie. Mimo wszechogarniającego poczucia zagrożenia, wydawało jej się, że nigdy jeszcze nie była tak bardzo żywa i nigdy równie jasno nie myślała.

Popędziła w stronę zamku w kolejnym nawrocie, po czym zawróciła konia. I serce w niej zamarło. Jeden z rycerzy Gurwanta wyrwał się z bitwy i szarżował na północne pole. Zjeżdżał w dół z uniesionym mieczem, kierując się w stronę młodego Louisa, który nie zdawał sobie sprawy z czającego się za plecami niebezpieczeństwa.

Anna założyła strzałę i wycelowała w wierzchowca atakującego rycerza, ale nagle na linii strzału, pomiędzy nią a wrogiem znalazł się Louis. Dziewczyna umocowała łuk przy siodle, wydostała miecz i ruszyła naprzód. Rycerz dopędził chłopca w chwili, gdy wjechała wprost w jego wierzchowca i zdążyła przyjąć na swój miecz uderzenie, wymierzone w kark Louisa.

Ostrze zsunęło się po ramieniu młodzieńca. Jego wierzchowiec uskoczył w bok, ale konie Anny i rycerza sczepiły się ze sobą, zrzucając oboje jeźdźców na ziemię.

Siła upadku zaparła dziewczynie dech w piersiach. Ból rozszedł się po jej biodrach i nogach. Konie się rozdzieliły. Rycerz poruszał się z mozołem w swej zbroi, próbując wstać. Anna poderwała się z ziemi i pochwyciła wodze swego rumaka, ten jednak odskoczył spłoszony i nie zdołała wskoczyć na siodło.

Czuła śmierć za plecami. Puściła wodze i odwróciła się. Rycerz zdołał już stanąć na nogi. Podniósł przyłbicę i patrzył na nią.

Anna ściskała oburącz miecz. Wydawało jej się, że bitwa bardzo się oddaliła, a pole powiększyło się do niebywałych rozmiarów.

Rycerz roześmiał się, zanim ruszył w jej stronę.

Morvan wiedział, w którym momencie bitwa została rozstrzygnięta. Z mieczem w dłoni przedzierał się poprzez gęstwę pieszych żołnierzy ku rycerzom na koniach i wtedy zauważył, że nieprzyjaciel zaczyna się cofać. A to oznaczało ruch w stronę murów twierdzy. Te kilka kroków do tyłu przypieczętowało los armii wroga.

Morvan pragnął zmierzyć się z samym Gurwantem, przebijał się więc ku niemu, nie spuszczając z oka górującej nad otoczeniem jasnej głowy.

Jego uwagę zwrócił jakiś ruch po lewej. Cofnął konia w ostatniej chwili, by odepchnąć uzbrojonego w miecz pieszego, który właśnie zamierzał się bronią na nogi jego wierzchowca. Gniadosz zatoczył koło, zanim stanął. Morvan spojrzał na północ, gdzie powinna znajdować się Anna.

Nie mógł jej dostrzec. Szybko uwinął się z jakimś zbrojnym, który się na niego zamierzał, i znów spojrzał na północ. Dostrzegł dwa rumaki bez jeźdźców i szczupłą zakapturzoną postać stojącą z mieczem w dłoniach na wprost zakutego w zbroję rycerza.

Zaklął przez zęby. Wyrwał się z pola bitwy, nie zważając, czy tratuje wrogów, czy też swoich. Parł do przodu jak taran; targany wyrzutami sumienia i wściekłością. Wiedział doskonale, że, choć prosił ją o to, Anna nie zdejmie kaptura, żeby dać się rozpoznać.

Rycerz uderzył. Odparowała jego uderzenie mieczem, zaleciła nim i wytrąciła mu broń z ręki. To był świetny sposób obrony, ale drugi raz już jej się nie uda. Morvan zacisnął zęby i uderzył konia, by przyśpieszyć biegu. Żołądek zacisnął mu się w twardy supeł, kiedy uświadomił sobie, że nie zdoła przybyć na czas. Usłyszał własny krzyk, kiedy rycerz zadał potworne cięcie.

Tylko swej szybkości i zwinności Anna zawdzięczała, że nie została rozcięta na pół. Miecz napastnika zawadził jedynie czubkiem o jej bok. I tak jednak padła na ziemię jak kłoda. Rycerz szykował się do dobicia dziewczyny. Nie zauważył nadciągającego wroga. Nagle tuż nad nim znalazł się pędzący jak burza gniadosz. Wyciągnięty naprzód miecz bez trudu strącił głowę rycerza, która odskoczyła od tułowia jak piłka.

Mimo ciężkiej zbroi Morvan bez trudu zeskoczył z konia i podbiegł do leżącej bez życia Anny. Odrzucił rękawice i miecz, ukląkł przy niej na jedno kolano. Po raz pierwszy w życiu był śmiertelnie przerażony. Bitwa, pole, nawet słońce, wszystko nagle zniknęło, kiedy wpatrywał się w nieruchome ciało.

Podniósł głowę dziewczyny i mocno uderzył ją w policzek. Odetchnął z ulgą, kiedy zamrugała i otworzyła oczy.

Stukot kopyt galopującego konia znów postawił Morvana w stan pogotowia, ale tym razem nie było powodu do obaw. To Carlos zatrzymał się tuż przy nich; jego twarz wyrażała zgrozę i udrękę.

– Żyje! – krzyknął do niego Morvan. – Zostań tu i osłaniaj nas. Zaniosę ją do twierdzy.

Carlos zatoczył koniem, by mieć na oku pole walki, i stanął z łukiem w pogotowiu.

– Wsadź ją na konia! – zawołał. – Ja się tu wszystkim zajmę.

Morvan wziął Annę pod ramiona i postawił na nogach. Krew spływała z jej biodra. Rana była paskudna, ale wydawało się, że kości nie zostały zgruchotane.

Wsiadł na konia, podciągnął dziewczynę i posadził ją przed sobą. Kiedy krzyknęła, coś szarpnęło się gdzieś w głębi duszy Morvana. Zdawał sobie sprawę, że ból musi być nie do zniesienia. Prawym ramieniem objął Annę, w lewą rękę ujął wodze. I nagle zsunął jej kaptur z głowy, a złociste loki rozsypały się na wietrze.

Ból pomógł Annie odzyskać przytomność. Uchwyciła się zbroi Morvana, żeby utrzymać równowagę na galopującym koniu. Mężczyzna pożałował, że odruchowo na nią spojrzał. Jego wzrok przykuła krew wsiąkająca w ubranie i ściekająca po siodle.

Zadrżał na myśl o tym, jak bliska jest śmierci. Ogarnęła go wściekłość na jej samowolę.

Kiedy dotarli do bramy, most zwodzony był już opuszczony. Morvan nie czekał, aż krata całkowicie się podniesie, pochylił się w siodle i wpadł galopem na dziedziniec. Podjechał do Gregory’ego i zsunął dziewczynę w jego ramiona.

– Jest poważnie ranna. Zanieś ją do Catherine, niech kobiety natychmiast się nią zajmą. – Rzucił Annie jeszcze ostatnie spojrzenie i wrócił na pole bitwy.

Ból był bardzo przenikliwy, ale Anna nie czuła już takiej słabości jak przed chwilą.

– Postaw mnie na ziemi, Gregory. Jestem dla ciebie za duża i mogę stać o własnych siłach.

Gdy opuścił jej stopy na ziemię, musiała się na nim wesprzeć, żeby nie upaść, ale lewa noga wytrzymała.

– Pomóż mi wejść na mury.

– Słyszałaś rozkaz sir Morvana, pani.

– On nie jest moim panem. Chcę wejść na mury.

Gregory pomógł jej dokuśtykać do schodów.

– Piekło się rozpęta, kiedy Morvan się o tym dowie, uprzedzam. On nie należy do ludzi, których rozkazy można lekceważyć, a pani traci wiele krwi.

– Powiedz mu, że wykonałeś mój rozkaz.

Gregory zawołał strażnika i razem wtaszczyli Annę na blanki twierdzy. Mocno przytrzymywała się obu mężczyzn i spojrzała na pole. Armia Gurwanta była naciskana coraz mocniej.

Dostrzegła hełm Morvana i jasnowłosą głowę Gurwanta w samym sercu walki. Mężczyźni z wolna przebijali się poprzez ciżbę ku sobie. Widziała, jak Gurwant opuszcza topór bojowy na jednego z jej ludzi. Nawet z tej odległości dostrzegła fontannę krwi tryskającej z rozpłatanej czaszki.

Bitwa przesuwała się nieubłaganie w stronę zamku i łucznicy na murach zaczęli się przygotowywać. Kiedy tylna straż Gurwanta zorientowała się, gdzie się znajduje, wybuchła panika.

– Przynieś moją kuszę, Gregory.

– Pani, już wygraliśmy. Możesz zejść na dół i pozwolić kobietom opatrzyć ranę.

– Kuszę! – Nie odrywała chłodnych niebieskich oczu od Morvana.