Nie miała wątpliwości co do jego biegłości w sztuce rycerskiej. Ale siła i kunszt Gurwanta także były nieliche. Morvan mógł zostać poważnie ranny, nawet okaleczony. Mógł zginąć. Ta jedna myśl wypełniła jej cały świat, ścisnęła duszę lodowatymi mackami strachu, była nie do zniesienia. W tej chwili wydawało jej się, że jeśli Morvan padnie, nic już nie będzie miało znaczenia, ani bitwa, ani nawet samo La Roche de Roald. To było, oczywiście, głupie. Przecież to tylko jeden człowiek i to nawet z nią nie spokrewniony. Został wychowany do walki, jak wierzchowce hodowane przez Annę. A jednak jej serce nie chciało, nie mogło dopuścić do zaryzykowania jego życia.
Strażnik wsunął kuszę w ręce dziewczyny. Próbowała stać o własnych siłach, ale noga okazała się zbyt słaba. Gregory podtrzymywał ją pod ramiona, podpierając z tyłu własnym ciałem. Potrząsnęła głową, żeby odegnać falę osłabienia.
Jeśli chcesz powstrzymać mężczyznę, poderżnij mu gardło.
Jeszcze nigdy nie chciała nikogo zabić, tym razem zamierzała to zrobić, na zimno podjęła taką decyzję. Przez chwilę błysnęła jej absurdalna myśl, czy matka przełożona przyjęłaby ją z powrotem do klasztoru, gdyby o tym wiedziała.
Dostrzegła Gurwanta posuwającego się z wolna przez tłok bitewny w stronę Morvana. Kiedy zatrzymał się twarzą w twarz z jej odważnym rycerzem, zanim podnieśli broń, Anna błyskawicznie wypuściła strzałę z kuszy wycelowaną w szyję jasnowłosego olbrzyma.
Chybiła. Zanim strzała dosięgła celu, Gurwant uniósł topór, a jego koń cofnął się. Grot wbił się w nieosłoniętą zbroją część prawego ramienia. Morvan natychmiast spojrzał na mury i dostrzegł jasną głowę Anny. Wołała o następną strzałę, ale w tym momencie ramię Gurwanta opadło bezsilnie w dół, a topór z łoskotem uderzył w ziemię.
Strzała musiała zgruchotać kość. Wyciągnął umocowany przy siodle miecz i także cisnął go na ziemię.
Morvan podniósł przyłbicę. Nawet z murów widać było jego wściekłość, że wróg się poddał.
– Do diabła – mruknął Gregory. – Z całym szacunkiem, pani, ale powinnaś leżeć w łożu w swym buduarze, kiedy on tu wróci, a ja już postaram się jakoś mu to wszystko wytłumaczyć.
Świat dokoła zaczął wirować. Anna osunęła się w ramiona Gregory’ego.
– Chyba rzeczywiście powinieneś mnie zanieść do łoża.
11
Morvan stał przy bramie i obserwował wziętych w niewolę. Rannych zabierano do zamku. Mieli za sobą krwawe godziny, ale największe straty poniosła wroga armia. Sam Gurwant został już wtrącony do lochu, następni mieli wkrótce do niego dołączyć.
Morvan wszedł do zamku i skierował się do swojej komnaty. Leżeli tam pospołu ranni z obu armii, zajmowało się nimi kilka służących. Rycerz zawołał dwóch ludzi, żeby pomogli mu zdjąć zbroję. Przebrał się w długi kaftan i wyszedł, żeby poszukać czegoś do jedzenia.
Długi stół w wielkiej sali zastawiony był chlebem, serem i mięsem. Morvan nałożył sobie jedzenie na talerz, nalał piwa i jadł posiłek, stojąc przy palenisku.
– Wybacz, panie, czy nie wiesz, gdzie się podziewa ojciec Ascanio? – zapytała go młoda służąca.
– A czego od niego chcesz?
– Lady Catherine kazała mi go znaleźć. Chodzi o lady Ann? Catherine potrzebuje dla niej księdza.
– Lady Anna potrzebuje księdza? – Serce Morvana zamarło.
– Och, nie chodzi o ostatnie namaszczenie. Lady Catherine potrzebuje jego siły, żeby się uporać z lady Anną.
Morvan wychylił kubek do dna, a resztki chleba wrzucił do ognia.
– Jeśli potrzebna jest męska siła, to służę.
Zbliżając się do komnaty Anny, usłyszał dobiegającą stamtąd kłótnię. Rozróżniał strapiony głos Catherine i ciche odpowiedzi jej siostry.
Nie zwróciły uwagi na jego wejście. Wokół łoża stały cztery kobiety, a Catherine siedziała obok, z pudłem z balsamami. Kobiety próbowały przytrzymać Annę, która opędzała się od nich, używając mocnych ramion i jeszcze mocniejszych gróźb.
– To trzeba zszyć – mówiła Catherine z irytacją.
– Ja twierdzę, że to tylko draśnięcie. Wystarczy ścisnąć brzegi rany bandażem i samo się zagoi. – Anna dała głośnego klapsa w ramię jednej z kobiet.
Wszystkie odskoczyły od łoża i wreszcie zwróciły uwagę na Morvana. Przez chwilę gapiły się na niego bez słowa, zapominając o zasłonięciu Anny, która leżała na brzuchu całkiem naga. Morvan nie odrywał wzroku od łagodnie zakrzywionych linii jej smukłego ciała, od jasnej skóry i osłupiałej twarzy. Zapłonął na widok jej pleców, piękniejszych od wszystkich, jakie w życiu widział, opuścił wzrok na talię. Pośladki unosiły się wysoko, bardziej krągłe i jędrne niż u większości danych mu kobiet, a biodra i uda były szczupłe i prężne. Ciało Anny wyglądało jeszcze piękniej niż w jego wyobraźni.
Kobiety nagle odzyskały rozsądek. Skoczyły i zasłoniły sobą łoże niczym rząd strażników.
– Och, święci pańscy – jęknęła Anna i ukryła twarz na skrzyżowanych przedramionach. – Catherine, jak mogłaś?!
– Wezwałam Ascania. – Ton Catherine świadczył, że przelała się już przejmować, co siostra o niej pomyśli. Obeszła łóżko i stanęła po drugiej stronie. Służące okryły ranną prześcieradłem.
– Ascanio jest przy umierających – oznajmił Morvan, podchodząc do łóżka. – Jakiej pomocy potrzebujesz?
– Potrzebuję silnego mężczyzny, który przytrzymałby moją siostrę, kiedy będę zszywać ranę – rzekła Catherine. – Dla nas jest za silna.
– Do takiej rany wystarczy bandaż! – Anna podniosła głowę, żeby spojrzeć na siostrę.
– Skąd wiesz? Przecież jej nie widzisz. Ja twierdzę, że jeśli nie zostanie zszyta, źle się zrośnie i do końca życia będziesz ją czuła. Już nie mówiąc o tym, że zostanie ci paskudna blizna.
– A co mnie może obchodzić jakaś przeklęta blizna!
Morvan odsunął służące na bok. Odrzucił prześcieradło i odkrył ciało dziewczyny. Rana była usytuowana na lewym boku, nieco z tyłu, i tworzyła rodzaj poszarpanego wzgórza długości dłoni. Skóra, została niemal całkowicie oddarta od ciała, a u nasady rany uszkodzony był także mięsień. Utworzył się już paskudny krwiak, będący skutkiem zarówno ciosu mieczem, jak i uderzenia o ziemię. Wkrótce pokażą się także i inne siniaki.
Spojrzał na stojący z boku cebrzyk z mokrymi ręcznikami. Dziewczyna została wykąpana, nie czuła więc jeszcze zesztywnienia mięśni, ale jutro zaczną jej dolegać na dobre.
– Panie – upomniała Morvana jedna ze służących. Wzięła prześcieradło i starannie okryła nim Annę, zostawiając odsłoniętą jedynie okolicę rany.
– On nie jest twoim panem – sprostowała Anna zduszonym głosem.
– To prawda, gdybym był, na twojej skórze byłyby ślady mojej ręki, a nie miecza i twoja siostra nie musiałaby zszywać teraz rany. Nie lubię Haarolda, ale z przykrością stwierdzam, że muszę mu przyznać rację.
Morvan zaczął rozpinać pas okalający jego biodra. Anna podniosła się na łokciach i spojrzała na niego.
– Nie odważysz się!
– Nie w sytuacji, kiedy leżysz ranna, chyba że nie będziesz posłuszna. Ta rana musi zostać zszyta. A pas jest przeznaczony dla twoich ust, żebyś nie pogryzła warg z bólu.
Służące spojrzały na siebie znacząco. Morvan pożałował swoich słów. Nagle zrozumiał bunt Anny. Wskazał gestem dziewczynę, która go upomniała.
– Ty zostań tutaj. Pozostałe mają zejść na dół i zająć się mężczyznami w sieni. Jest wielu rannych.
Trzy służące z wyraźnym ociąganiem posłuchały polecenia.
– Teraz możemy się za to zabrać – zwrócił się do Catherine.
Dziewczyna zaczęła układać poduszki wzdłuż brzegu łóżka.