– Najlepiej będzie, jak ją odwrócę. Wtedy będę lepiej widziała ranę. Odwróć się.
Morvan dotknął ramienia Anny.
– Służące wyszły i nie będą się gapić. Czy teraz będziesz posłuszna siostrze?
Kiwnęła głową. Odwrócił się. Kiedy Catherine skończyła przygotowania, Anna leżała oparta plecami o poduszki. Siostra ubrała ją w cieniutką koszulę. Prześcieradło szczelnie okrywało całą sylwetkę poza okolicą rany. Morvan dostrzegł siniaki występujące powoli na prawym ramieniu i ręce Anny i lekkie zaczerwienienie na policzku pod okiem.
Usiadł na łóżku obok rannej i wydał polecenie służącej:
– Usiądź na jej nogach tuż poniżej kolan. Musisz całkowicie unieruchomić jej nogi.
Anna skrzywiła się, kiedy służąca zrobiła to, co jej kazał. Morvan podsunął jej pas i dziewczyna z grymasem niechęci na twarzy zagryzła skórę. Potem, tak delikatnie, jak tylko mógł, bo nie wiedział, jakie jeszcze mogła odnieść obrażenia, unieruchomił lewą ręką ramiona Anny powyżej piersi, a prawą położył na jej brzuchu.
– Teraz.
Przy pierwszym ukłuciu mocno się szarpnęła. Morvan przygniótł ją z całej siły do łóżka. Zacisnęła ręce na jego ramionach, najpierw, żeby z nim walczyć, potem, by ulżyć sobie w bólu. Wiedział, kiedy igła wbija się w jej ciało, bo mocniej gryzła pas i poruszała głową.
W chwili złości Morvan powiedział sobie, że zasłużyła na to. Skoro uparła się, żeby wziąć udział w męskiej walce, musi też nauczyć się znosić ból po męsku. Ale kiedy patrzył na jej drobne białe ząbki, wbijające się w skórę i na wypełniające się łzami oczy, czuł prawdziwą udrękę.
– Nie możesz się pospieszyć?
– Trzeba to zrobić porządnie, bo inaczej nie ma sensu w ogóle tego robić.
Catherine miała rację, a ponieważ zszywała długie rozcięcie, to musiało potrwać. Znał ten ból aż za dobrze. Powolne zszywanie rozerwanego ciała było specyficzną, jedyną w swoim rodzaju torturą.
Pochylił się nad Anną.
– Otwórz oczy. Kiedy są zamknięte, ból wydaje się silniejszy. Patrz na sufit albo na materiał mojego ubrania. Licz nici.
Dziewczyna natychmiast podniosła powieki, a z kącików oczu pobiegły ku skroniom strużki łez. Nie patrzyła na sufit ani na kaftan Morvana, wpatrywała się w jego oczy. Pozwolił jej na to, próbował osłabić jej ból siłą spojrzenia.
– Opowiedzieć ci, jak zostałem właścicielem Diabła? – zapytał. – Dostałem go w prezencie od Edwarda za męstwo w bitwie pod Crecy. Kiedy poprosiłem, by zwolnił mnie z udziału w wyprawie do Calais, żebym mógł wstąpić do służby w Gaskonii, podarował mi Diabła. To był jeden z jego wierzchowców. Myślałem… – Morvan opowiadał, żeby oderwać myśli dziewczyny od tego, co się z nią dzieje. Tak naprawdę nigdy o tym nie myślał. – Podziwiałaś go. On pochodzi z dobrej hodowli. Może powinniśmy skrzyżować go z kilkoma twoimi klaczami. Wezmę jedno ze źrebiąt jako zapłatę. To przyjęty zwyczaj, prawda?
Dziewczyna skinęła głową i na jej ustach zaczął formować się uśmiech, ale w tej chwili Catherine musiała wbić igłę w szczególnie wrażliwe miejsce, bo Anna aż krzyknęła. W jej oczach pojawiło się szaleństwo. Morvan z trudem zapanował nad sobą.
– Gdybym mógł, chętnie wziąłbym twój ból na siebie, Anno. Przysięgam na Boga, że chciałbym to zrobić – szepnął, mocniej przytrzymując jej ciało, bo znów próbowała się wyrwać.
Najgorsze musiało minąć, bo uspokoiła się i znów patrzyła mu w oczy.
– To się niedługo skończy – zapewnił ją. – Nic nie trwa wiecznie. Kiedy wydobrzejesz, musisz wybrać się do Anglii na spotkanie ze swoim księciem. Musisz to wreszcie wyjaśnić.
Posmutniała, potem kiwnęła głową.
– Znam na dworze kilka osób, które mogłyby ci pomóc. Dam ci listy do nich. – Morvan starał się zignorować własny ból na myśl o tym, jakie konsekwencje dla niego będą miały te wyjaśnienia. Zobaczył oczami duszy Annę przechodzącą w brązowym, miękko opływającym jej ciało habicie przez klasztorną furtę, która powoli się za nią zamyka. Na zawsze. Ta wizja była jednak łatwiejsza do zniesienia od innych, które dręczyły go od kilku dni: od wizji martwego ciała dziewczyny, łżącego na polu bitwy, lub wizji zmartwiałej ze zgrozy Anny łżącej pod Gurwantem.
– Skończyłam – oznajmiła Catherine.
Morvan rozluźnił nacisk, ale nie cofnął rąk. Anna odetchnęła głęboko i wypuściła pas z ust. Nie puściła jednak ramion rycerza, których przez cały czas trzymała się kurczowo.
Spojrzał w niebieskie oczy, z których powoli znikał wyraz bólu.
– Zdarzało mi się trzymać przy zszywaniu ran zahartowanych w boju żołnierzy, którzy nie zachowywali się tak dzielnie jak ty.
– Zanim przyszedłeś, one mówiły, że ta rana to kara boska. Za to, że porwałam się na męskie czyny. Nie Catherine, ale pozostałe. Nie chciałam dać im satysfakcji obserwowania moich cierpień.
Morvan podejrzewał coś podobnego. Przedtem nie zdawał sobie sprawy, że podczas gdy mężczyźni zaakceptowali wreszcie udział Anny w bitwie, kobiety nie były w stanie jej tego wybaczyć. Czuły się dotknięte, że istota należąca do ich płci próbuje żyć w odmienny sposób. Ciekawe, od jak dawna wyczekiwały z niecierpliwością na znak od Boga, że taka niezależność nie może być tolerowana, nawet u świętej.
– Czy mógłbyś nas teraz zostawić same, panie? Chciałabym to zabandażować. A potem moja siostra musi odpocząć – zwróciła się do rycerza Catherine.
Morvan starł z twarzy Anny kropelki łez.
– Co z Gurwantem? – spytała, chwytając go za rękę.
– Oczekuje na twój wyrok. Prześpij się teraz. Porozmawiamy o nim później.
Wyszedł z komnaty dziewczyny i ruszył w dół po schodach, prowadzących do zamkowych podziemi. Lochy składały się z wąskiego przejścia i położonych po obu jego stronach cel więziennych. Nawet zimą panowała w nich wilgoć i dawało się wyczuć zapach morza.
Podszedł do drzwi i kazał strażnikowi je otworzyć. Na rzuconych na podłogę siennikach siedziało trzech mężczyzn. Gurwant stał, przyciskając do piersi prawe ramię. Jego jasna głowa sięgała niemal sufitu. Zimnymi niebieskimi oczami zmierzył przybysza.
Morvan przypomniał sobie, jaki był wściekły w chwili, gdy strzała Anny pozbawiła go szansy zabicia tego człowieka. W czasie bitwy jedynym jego celem było uwolnienie tej dziewczyny od lęku przed Gurwantem. Teraz jednak najbardziej bolało go to, iż wątpiła w jego umiejętności rycerskie.
– Ktoś przyjdzie opatrzyć ci ramię – zwrócił się do Gurwanta.
– A potem?
– Pani zadecyduje o twoim losie. Jeśli o mnie chodzi, doradzałbym jej, by cię powiesiła.
– Nie może tego zrobić. To by ściągnęło tutaj całą moją żądną zemsty rodzinę.
– Niekoniecznie. Przecież oni z pewnością zdają sobie sprawę, jaki jesteś. Zwyrodniała narośl na drzewie rodu, która traci całą armię w bitwie z kobietą. Nawet jej rana jest znacznie mniej groźna niż twoja.
Oczy Gurwanta zlodowaciały.
– Ona stanęła w polu? Cóż za mężczyźni jej służą, że musi się za nich bić?
– Nieliczni w stosunku do twojej armii, jednak udało im się ją pokonać.
– Mówiono mi, że ona jest łuczniczką. Myślę, że to jej sprawka. – Gurwant wskazał wzrokiem swe bezwładne ramię.
– Uratowała ci życie.
– Nie, to tobie uratowała życie. Ale myślę, że przyjdzie taki dzień, w którym będziemy mogli się o tym przekonać.
– Jeśli ujdziesz stąd z życiem i kiedykolwiek wrócisz, będę na ciebie czekał.
Gurwant uśmiechnął się.
– Kim jesteś, rycerzu, że tak jej bronisz? Kuzynem? Nie sądzę. Na pewno wiesz, że nigdy jej nie zdobędziesz. Jest moja. Jest moja od dziecka. Położyłem wówczas na niej swoją pieczęć.