– A ja sądzę, że za długo gadałaś z Catherine.
Anna wzruszyła ramionami.
– Miałyśmy mnóstwo czasu do zabicia, kiedy leżałam unieruchomiona w łóżku przez tę ranę. Jestem dorosłą kobietą i nic nie poradzę na to, że jestem ciekawa. A poza tym to oczywiste, że niebezpiecznie być taką ignorantką, jaką byłam. – Anna Dojrzała na Morvana znacząco.
I natychmiast zrozumiała, że mówiąc to, nawet w żartobliwej tonacji, popełniła błąd. W jego oczach pojawił się ogień, którego nie widziała w nich od czasu bitwy.
Oczywiście musiała wytrzymać jego wzrok. Nigdy nie była w stanie odwrócić od niego oczu. Jakże szybko zmieniała się atmosfera panująca między nią a tym mężczyzną! W jednej chwili byli wesołymi przyjaciółmi, ale wystarczyło słowo czy gest, a wracała dawna intymna bliskość, jakby Morvan potrafił dotrzeć do tej części jej istoty, której nikt nie miał prawa znać. Anna zbudowała wokół swej kobiecości mur, który miał ją przed nim zasłonić, ale wzniosła mur nie z kamienia, a z drewna i Morvan był w stanie obrócić go w popiół jednym gorącym spojrzeniem czarnych oczu.
Zanim zatrzymali się na postój, ciemne chmury zasłoniły niebo i zerwał się lodowaty wiatr. Usiedli razem i rozważali, gdzie zatrzymać się na noc. Gregory i pozostali mężczyźni woleli rozbić obóz w polu, nie wierząc, że miasta i opactwa są wolne od zarazy.
Przed zmrokiem dotarli do Winchesteru. Mężczyźni zajęli się rozbijaniem obozu w pobliżu drogi, a Morvan pojechał z Anną obejrzeć miasto. Opowiadał dziewczynie, że przed wiekami była to stolica wielkiego króla Alfreda. Opisywał bitwy, które Alfred staczał z Duńczykami, i w jaki sposób udało mu się utrzymać niepodległość swego królestwa Wessex, choć inni saksońscy władcy upadli.
Zapadała już noc, kiedy opuścili wreszcie miasto i skierowali się w stronę obozu przy drodze.
Morvan ucieszył się, że Anna wybrała drogę lądową. Przez wszystkie kolejne spędzone na statku noce narastała w nim bolesna pewność, że ich wspólny czas dobiega końca. Jeśli król Edward i książę zgodzą się na prośbę Anny, dziewczyna wkrótce wyjedzie. On będzie ją eskortował w drodze powrotnej i zawiezie ją do Saint Meen. Sam był zaskoczony melancholią, jaka go ogarniała, ilekroć o tym rozmyślał.
Bez trudu mógł ją sobie wyobrazić w klasztorze, wywierającą silny wpływ na mniszki, które przychodziły do niej prosić o radę lub osąd. Wyobrażał sobie, jak Anna zarządza zapasami klasztoru, racjonalizuje gospodarkę opactwa, łagodzi wewnętrzne konflikty. Ascanio miał rację. Te wyobrażenia jawiły się jako bardziej realne od innych, w których dziewczyna zamknięta była w domostwie jakiegoś mężczyzny i uległa jego woli w łożu.
Próbował namówić księdza, aby to on eskortował ją do Anglii, ale nie czynił tego ze szczerego serca. Nie miał wcale ochoty pozbawiać się tego krótkiego czasu, który mógł z nią jeszcze spędzić. Od nocy po bitwie odmawiał sobie towarzystwa Anny, bo kiedy zobaczył ją leżącą w łożu, rozdrażnioną i niemogącą zasnąć, pożądanie znów zaczęło brać górę nad rozsądkiem. Ale tego dnia radość, wypływająca z jej przyjaźni i zaufania, rosła w nim i rozproszyła chmurne myśli, że wkrótce ją straci.
Obóz został rozbity na polanie otoczonej drzewami, w centrum płonęło wielkie ognisko. Anna zsiadła z konia i podeszła, żeby się ogrzać.
Gregory zbliżył się, żeby zająć się koniem Morvana.
– Kapitan dał nam trochę mięsa – oznajmił. – Zaraz się weźmiemy do gotowania.
– Gdzie są rzeczy lady Anny? – zapytał Morvan, rozglądając się po obozie.
Gregory pokazał palcem. Przeszli przez polanę do kępy krzaków i przedarli się przez nie. Bagaże Anny i Morvana leżały przy niewielkim ognisku.
– Sądziliśmy, że pani będzie chciała odrobiny prywatności – Wyjaśnił Gregory. – Lepiej, żeby nie spała wśród mężczyzn, jeśli da się tego uniknąć, prawda? Oni zresztą też tak wolą.
Ale, oczywiście, ktoś musiał przy niej być. Morvan mógł przydzielić to zadanie Gregory’emu. Powinien właściwie to zrobić, ale wiedział, że nie może być nawet o tym mowy.
Zjedli posiłek przy głównym ognisku. Anna mówiła niewiele, lecz słuchała z przyjemnością wesołych opowieści żołnierzy o zabawnych wydarzeniach z różnych bitew. Morvan obserwował, z jaką łatwością odnalazła swoje miejsce w gronie mężczyzn, jakby do niego należała od zawsze. Kiedy zapadła noc i głowa jednego z żołnierzy opadła ze zmęczenia, dziewczyna wstała bez słowa i zniknęła za kępą krzewów. Morvan porozmawiał jeszcze i odczekał chwilę, zanim poszedł za nią.
Siedziała przy ognisku, opatulona płaszczem, i przyciskała kolana do piersi. Nie spuszczała Morvana z oczu, kiedy zbliżał się, przedzierając się przez krzaki. Każdy inny uznałby to za całkiem zwyczajne spojrzenie, ale on już dobrze ją poznał. Czuł, że dziewczyna uświadomiła sobie, iż zapadła noc, a oni znaleźli się sami.
Wyjął nóż, naciął całe naręcze gałązek wiecznie zielonych krzewów i zrobił z nich dwie poduszki po dwóch stronach ogniska. Potem wyjął ze swych bagaży skórę do przykrycia gałązek i długi płaszcz, który miał mu posłużyć za koc. Kątem oka dostrzegł, że Anna po drugiej stronie ogniska robi to samo.
– Jutro dotrzemy do Windsoru. Podejrzewam, że właśnie tam jest teraz królewski dwór, ale myślę, że przed spotkaniem z księciem powinnaś najpierw pojechać do Londynu – powiedział lekko.
Twarz Anny nieco się odprężyła, lecz widział, że dziewczyna nadal ma się na baczności. Wyczuwał jej strach, strach dziewicy. Ogarnęło go podniecenie, a ponieważ Anna wyraźnie unikała patrzenia na niego, domyślił się, że i ona nie jest obojętna.
– Po pierwsze – ciągnął – musimy pozbyć się koni, a w Londynie możemy zostawić je w stajniach na rynku. A po drugie, chciałbym najpierw zobaczyć się z siostrą. Mają z mężem dom w Windsorze, w którym przypuszczalnie mogłabyś się zatrzymać.
Dorzucił do ognia i wyciągnął się na swoim legowisku. Anna przyglądała mu się przez chwilę, jakby chciała nabrać pewności, że Morvan zostanie już na tym miejscu.
Obudził go wiatr. Bez przeszkód hulał po polanie i rozrzucał żar przygasającego już ogniska. Morvan narzucił płaszcz na ramiona i wstał. Burza, która zatrzymała ich statek w Southampton, przesunęła się teraz w głąb lądu i przyniosła ze sobą przenikliwe zimno. Poczuł, że ręce i nogi całkiem mu skostniały.
Dorzucił drewna do ognia. Buchnął wielki płomień, ale wiatr porwał ciepło i zaniósł je gdzieś w świat. Morvan zerknął na Annę. Spała zwrócona twarzą do ognia, zwinięta w kłębek. Dygotała z zimna, a jej twarz wydawała się niezwykle blada.
Podszedł do kępy krzewów i spojrzał na obóz. Burza musiała zbudzić także i ich, bo w ognisku leżały świeże kłody. Przy ogniu dostrzegł nie pięć, a dwa okutane płaszczami duże kształty; widać żołnierze przytulili się do siebie dla ciepła.
Podszedł do swoich bagaży i wyciągnął obszerny, podbijany futrem płaszcz. Podniósł skóry, na których leżał, i przeniósł gałęzie na drugą stronę ogniska. Umościł sobie posłanie tuż przy drżących z zimna plecach Anny. Położył się przy niej, okrył płaszczem ich oboje i czekał, kiedy dziewczyna przestanie dygotać.
13
Anna ocknęła się przed świtem. Na dworze, poza przytulnym kokonem umoszczonym z koców i futer, panowało przenikliwe zimno.
Mimo otumanienia snem do świadomości dziewczyny przedarło się jednak odczucie ciepła, promieniującego z czegoś dużego i gorącego, co znajdowało się za jej plecami. Poczuła, że z tyłu obejmuje ją ramię, a czyjaś dłoń spoczywa spokojnie na jej piersi. Uwagę dziewczyny zwrócił ucisk w dole ciała. Morvan wsunął we śnie prawą nogę pomiędzy jej uda. Ciepło promieniujące z jego ciała otumaniło jej na wpół uśpione jeszcze zmysły. Przymknęła powieki, żeby jeszcze przez chwilę rozkoszować się zaskakującym poczuciem komfortu, jakie dawała bliskość tego mężczyzny.